20.06.2017

DRUGGED BY MOVIES NA 20. FESTIWALU FILMÓW KULTOWYCH

Od 9 do 17 czerwca w Gdańsku odbył się 20. Festiwal Filmów Kultowych. Impreza do tej pory zarezerwowana dla Katowic w tym roku zagościła na północy. Pierwotnie chciano zorganizować dwie równoczesne edycje w obu miastach, jednak ostatecznie tylko w Gdańsku przedsięwzięcie doszło do skutku. Mieszkając kilka kilometrów od Stoczni Gdańskiej (organizatorzy postawili na industrialną atmosferę), w której wydarzenie miało miejsce oczywiście nie miałem innego wyboru niż wziąć udział (w towarzystwie Piotra Kuszyńskiego z Komnaty Dymu) To zbyt niepowtarzalna okazja.

Nie będzie to relacja od A do Z, niestety czas nie pozwolił mi na uczestnictwo w większości punktów programu (nie wspominając już, że wiele z nich odbywało się równocześnie), jednak chwytałem się niemal każdej okazji, czego wynikiem jest poniższe podsumowanie.

Dzień 1 - 9.06
20:00 Koncert Nightrun87/Perturbator
Już pierwszego dnia odbyły się dwa seanse (Różowe Flamingi i Oślizgły Dusiciel) jednak największą atrakcją był otwierający festiwal koncert dwóch przedstawicieli nurtu synthwave: Nightrun87 i Perturbator. Widowisko miało miejsce w hali B90, która była centralnym punktem całego festiwalu. Pod sceną zebrał się całkiem spory tłumek, ale wielkość sali sprawiła, że nie panował ścisk. Do Nightruna podchodziłem z początku sceptycznie, jako zapchajdziury przed właściwą atrakcją, ale szybko zmieniłem zdanie i dałem się porwać z resztą publiki. Miłym prezentem był dodawany do każdego biletu kod pozwalający na pobranie z Bandcamp najnowszego singla pt. The Destroyers Are Coming. Jednak prawdziwe szaleństwo zapanowało, gdy na scenę wkroczył James Kent, czyli Perturbator we własnej osobie, dla którego nie był to już pierwszy występ w naszym kraju, gdzie zyskuje coraz większą popularność Po delikatnym, melodyjnym brzmieniu Nightruna, które pozwalało co jakiś na chwilę odetchnięcia, był to zwrot o 180 stopni w kierunku nieprzerwanego, ciężkiego uderzenia. Nie było miejsca na żadne przerwy, gdyż każdy utwór płynnie przechodził w kolejny. Przyznaję, że aż ciężko mi podać wszystkie tytuły. A gdy wydawało się już, że to koniec, pożegnany gorącymi brawami wykonawca wrócił na scenę, aby zagrać jeszcze jeden kawałek.

Dzień 2 - 10.06
16:00 Wykład "Dziwne dzieje studia Full Moon"
Poza samymi filmami na festiwalu znalazło się również miejsce na wykłady o tej tematyce. Ku mojej radości pierwszy z nich został poświęcony studiu Full Moon. Znajdująca się na piętrze sala B64 okazała się ogromnym, białym pomieszczeniem, podzielonym ścianami, na których znalazło się miejsce na kilka plakatów oraz cieszący oko napis FFK ułożony z kaset wideo (wśród których znalazły się takie tytuły jak Karate Cop czy Nemesis 2 (tak, świerzbiły mnie ręce)). Problemem okazała się akustyka miejsca, dlatego na wszystkich wykładach trzeba było dosyć mocno wysilać słuch, aby wszystko zrozumieć. Organizatorzy realistycznie podeszli do frekwencji, ustawiając ok. 20 leżaków. Tak, festiwal okazał się dużo bardziej niszowym wydarzeniem niż oczekiwałem i takie ilości miejsc siedzących były na porządku dziennym. Poprowadzony przez Radosława Pisulę wykład spełnił swoje zadanie jako wprowadzenie dla niewtajemniczonych, pokrywając historię FullMoon od czasów Empire Pictures aż po "zevilbongizowane" czasy współczesne. Publiczność została zaznajomiona z postacią Charlesa Banda oraz szerokim spektrum produkcji studia. Pojawiło się kilka małych nieścisłości, ale to moje czepialstwo. Dla wyjadaczy nie było to nic nowego, ale cieszy mnie, że ktoś sięgnął po ten temat, dzięki czemu może przynajmniej przybyło kilku zainteresowanych starym, dobrym Full Moonem.

Ale stwierdzenia, że drugie Subspecies jest gorsze od pierwszego nie daruję.

18:30 Amerykański Ninja
Z okazji festiwalu do Gdańska przybył wywodzący się z Wałbrzycha reżyser Sam Firstenberg. W ramach "Retrospektywy Sama Firstenberga" zaprezentowano cztery produkcje jego autorstwa, czyli właśnie Amerykańskiego Ninję, sequel tegoż, Breakdance 2: Elektryczne Wariactwo oraz Ninja 3: Dominacja. Z bólem donoszę, że nie udało mi się zobaczyć tego ostatniego, ale załapałem się na oba filmy z Michaelem Dudikoffem. Amerykański Ninja (którego pokaz odbył się w dużo mniejszej, bocznej sali Soundrive Stage) poprzedzony został wprowadzeniem samego reżysera, który w skrócie omówił kulisy powstania produkcji nakręconej dla wytwórni Cannon, nie tracąc przy tym poczucia humoru. Seans zleciał wśród śmiechów i okrzyków radości, do czego zresztą zachęcał twórca.

21:00 The Room
Do tej pory The Room znałem tylko z fragmentów obejrzanych na YouTube oraz licznych opowieści, które narosły wokół postaci Tommy'ego Wiseau. Dlatego możliwość obejrzenia po raz pierwszy tego legendarnie złego filmu w takim otoczeniu była niezapomnianym przeżyciem. Gdy przed projekcją Grzegorz Fortuna opowiedział, że kontrakt zezwalający na wyświetlenie filmu na festiwalu miał wymagania bardziej wyśrubowane niż te od dużych, hollywodzkich studiów (dni tygodnia, w które mogą odbywać się seanse, wytyczne co do umieszczania plakatów i przede wszystkim absolutny zakaz negatywnego wypowiadania się majstersztyku Wiseau) nie wiedziałem już, czy to jawa czy sen. Dalej mogło być już tylko dziwniej. I było, bowiem The Room w całości to przeżycie, które ciężko opisać. Znając tylko "najlepsze" momenty, nie byłem przygotowany na ogromną ilość ujęć miasta i wiele długich scen seksu. Tylko wydawało mi się, że widziałem ten film. Chociaż po seansie nadal nie jestem tego pewien.



Dzień 3 - 11.06
16:00 Wykład "Spaghetti Western"
Kolejny dzień ponownie zacząłem od udziału w wykładzie. Tym razem poprowadził go Marcin Zembrzuski z zapewne znanej wam Kinomisji (która zresztą objęła festiwal patronatem). Dla osoby, której jedynym kontaktem z gatunkiem był Django z Franco Nero wykład okazał się niezwykle ciekawy i bogaty w informacje. W godzinie znalazło się miejsce na omówienie historii gatunku, różnic pomiędzy westernem włoskim a amerykańskim, kluczowych produkcji (ze starannie dobranymi ich fragmentami) i kontekstu społecznego.

17:30 Amerykański Ninja 2
To chyba mówi samo za siebie. Ponownie wprowadzenie Sama Firstenberga i tyle samo radości.

20:00 Suspiria
Przyznaję, jeżeli chodzi o twórczość Dario Argento jestem kompletnym żółtodziobem. Dlatego byłem niezwykle podekscytowany możliwością zobaczenia uważanej  przez wielu za najlepszy film tego reżysera Suspiri po raz pierwszy i to na trzech ekranach sali B90 (która posłużyła kilku już edycjom VHS Hell). I tak, nie rozczarowałem się. Rozczarowałem się natomiast częścią publiczności, która rechotała dosłownie w każdym momencie, często z rzeczy, które mogą wydawać się śmieszne chyba dopiero po ciężkich narkotykach (o ironio, spójrzcie na nazwę strony). Niestety, najwyraźniej przez częste pokazy VHS Hell do B90 przypięto już łatkę, że chodzi się tam, aby śmiać się na filmach. Do obejrzenia jeszcze raz w domowym zaciszu.

Dzień 4 - 12.06
22:00 Terminator
Mimo braku czasu stwierdziłem, że nie dam się i nie przerwę nagle festiwalu. A ponieważ możliwość zobaczenia pierwszego Terminatora na dużym ekranie to nadal wielka atrakcja, wybrałem się do sąsiadującej z B90 hali Wydziału Elektrycznego W4. I to właśnie w tym miejscu najbardziej udzielił mi się industrialny klimat imprezy. Owszem, ekran był nieco ciemny, a akustyka daleka od ideału, ale usłyszenie charakterystycznego motywu przewodniego z lekkim echem i w takim otoczeniu to niezapomniane przeżycie.


Dzień 6 - 14.06
22:00 Hardware
Po pominiętym wtorku powróciłem na festiwal w zupełnie innym, równie niecodziennym miejscu. Tak jak Suspirię, po raz pierwszy w wielkim stylu zobaczyłem Hardware Richarda Stanleya, którego seans odbył się na... złomowisku (znajdującym się niedaleko od stadionu piłkarskiego Energa). Film postapokaliptyczny wśród zdezelowanych samochodów. Czego chcieć więcej? Może znowu mniej roześmianej publiczności, aczkolwiek mogę wybaczyć, gdyż jest to produkcja bardzo humorystyczna i niekiedy przedziwna. Postapokalipsa szybko przeradza się w szalony horror z żądnym krwi robotem, wykańczającym po kolei bohaterów.

Dzień 7 - 15.06
14:00 Wykład "Szwedzka Seksploatacja"
Ostatni wykład, w którym wziąłem udział poświęcony został seksploatacji w szwedzkim wydaniu, która być może u wielu z was przywołuje na myśl postać Christiny Lindberg. Przed zdominowaną tym razem przez kobiety publicznością wystąpił zajmujący się obecnie skandynawskim horrorem doktorant Piotr Wajda i, niestety, nie do końca wykorzystał temat. Pomijając sposób prowadzenia wykładu lekceważący jakże ważny kontakt wzrokowy z publicznością (twarde wpatrywanie się w ekran laptopa), rozczarowało skupienie się na zaledwie początkach seksploatacji w Szwecji, gdy, ograniczona przez cenzurę, ukrywała się pod płaszczykiem kina artystycznego. Miłośnicy lat 70 w gatunku i ikonicznego dla niego Thriller: A Cruel Picture na pewno poczuliby się nienasyceni taką prezentacją. Sytuację uratował Marcin Zembrzuski, ciągnąc prowadzącego za język, co przedłużyło ten zbyt pospieszny wykład. Na plus natomiast zasługuje podjęcie kwestii "czym różni się seksploatacja od pornografii".

A folder w którym trzymane były fragmenty filmów nazywał się "szwedzkie seksiki".

16:00 Stridulum
Kryjące się pod enigmatycznym, oryginalnym włoskim tytułem The Visitor z 1979 roku. mimo skrajnych odczuć podczas seansu, urosło do jednego z moich ulubionych filmów z całego festiwalu. Bo jak odmówić uroku produkcji, w której Franco Nero wciela się w kosmicznego Jezusa, a grany przez Johna Hustona Bóg nosi imię Jerzy i rusza do walki z obdarzoną nadnaturalnymi mocami demoniczną dziewczynką? A to wszystko przy akompaniamencie znakomitej ścieżki muzycznej, na długo wwiercającej się w pamięć. Dziwaczne widowisko, która najpierw ciężko ocenić, ale kilka godzin później zaczyna się kochać.


Dzień 8 - 16.06
14:30 Głęboka Czerwień
Ostatni dzień festiwalu rozpocząłem od dalszej argentowskiej edukacji, a także chyba pierwszego mojego zetknięcia z gatunkiem giallo, który, w pogoni za wątkami paranormalnymi, gdzieś mi umknął. Tym razem z mniejszym rozmachem, bo w Soundrive Stage, ale bez rozpraszających śmiechów i na dodatek z oryginalną, włoską ścieżką dźwiękową! Prowadzący przed seansem starał się przekonać, że Profondo Rosso to najlepszy film Argento, ale nieśmiało oznajmiam, że na razie dla mnie wygrywa Suspiria.

17:15 Montażysta
Bezczelnie pomijając nowsze produkcje, nieco jako zapychacz przed ostatnim seansem, wyjątkowo wybrałem się na będącego rzekomym hołdem dla giallo Montażystę z 2014. Kolorowa (chociaż raczej umowna) stylistyka lat 70, muzyka m.in. Carpenter Bruta oraz duża ilość humoru sprawiły, że czas zleciał szybko i przyjemnie, ale jak zauważyli koledzy, w filmie, o dziwo, dominowały nawiązania przede wszystkim do twórczości Lucio Fulciego (zwłaszcza oczywiste odniesienie do The Beyond), a nie czystego giallo.

20:00 The Warriors
Kultowy film Waltera Hilla niestety został zepchnięty do najmniejszej z sal, czyli studia Luks Sfera, znajdującego się na szarym końcu ul. Elektryków. Małe, nieco duszne pomieszczenie, do którego przez czarne zasłony prosto w moje oczy zaglądało zachodzące słońce, nie przeszkodziło w czerpaniu przyjemności z filmu, który stuprocentowo wpisał się w atmosferę festiwalu. Aż szkoda, że zamiast tego sterylnego (jak na tą okolicę) wnętrza nie przyszło widzom obejrzeć filmu w W4. Nieco rozczarował mnie fakt, że zaprezentowano wersję reżyserską, czyli okraszoną komiksowymi przejściami pomiędzy scenami, które wykonaniem zdecydowanie zbyt mocno odstają od pierwotnego materiału i wyglądają jak próba wystylizowania na siłę filmu, który przecież sam w sobie jest bardzo komiksowy. Mając w pamięci oryginalną wersję nie był to dla mnie problem, ale nie polecam tego dziwnego "uptade'u" jako pierwszego kontaktu z produkcją, którym był zapewne dla kilku osób na seansie.


I tak oto przebiegł 20. Festiwal Filmów Kultowych z mojej perspektywy. Niestety, nie napiszę wam o czytanych na żywo przez samego Tomasza Knapika Samurai Cop i The Room (które zgromadziły największą publiczność, ale to drugie wydarzenie, dodane do programu dosyć późno, zubożyło nieco pokaz The Warriors, spychając go na mniejszą salę. Z drugiej strony film niestety nie miał szans na ogromną frekwencję, a już na pewno nie wartą poświęcania całego B90) czy o odbywającym się w sercu lasu "ukrytym seansie" (które odbył się 17 czerwca, a filmem okazało się być... REC, do czego nie jestem przekonany, biorąc pod uwagę specyfikę miejsca). Zachęcam się do zapoznania z profilem Festiwalu Filmów Kultowych na Facebooku, gdzie znajdziecie wiele zdjęć z większości wydarzeń o których napisałem w tym tekście i nie tylko. Frekwencja przez większość czasu nie była imponująca, dlatego z całych sił musimy trzymać kciuki, aby 21 edycja doszła do skutku. Czy w Gdańsku? Kto wie? Dla mnie byłoby pięknie. Póki co będę żył dobrymi wspomnieniami.

Od lewej: Sam Firstenberg, Marcin Zembrzuski (Kinomisja), Piotr Kuszyński (Komnata Dymu) i autor tego tekstu.
Czytaj całość »

13.03.2017

[(ZA) DŁUGIE SERIE] MANIAC COP

Rok 1987. William Lustig po kilkuletniej przerwie w reżyserowaniu poszukuje kolejnego projektu, którym mógłby się zająć. Okazja nadarza się, gdy w podczas festiwalu filmowego w Los Angeles spotyka reżysera i, co najważniejsze, scenarzystę Larry'ego Cohena. Lustig, będący fanem Cohena, szybko się z nim zapoznaje. Podczas wspólnego lunchu w lutym Cohen zadaje mu kluczowe pytanie: "Czemu nigdy nie nakręciłeś sequela do Maniac? (filmu z 1980 z Joe Spinellem, który w 2012 doczekał się remake'u z Elijahem Woodem w roli głównej). William stwierdza, że jest to definitywnie zakończona historia. W tym momencie Cohen uruchamia swój znany z błyskawicznych pomysłów mózg. Zgodnie ze swoją tradycją przedstawiania na ekranie pozytywnie kojarzonych rzeczy w potworny sposób (niemowlęta - It's Alive wraz z sequelami, lody - The Stuff, karetki - The Ambulance) i padło na policjantów. W jednej chwili powstał tytuł Maniac Cop wraz z hasłem "You have the right the remain silent... forever". 

Przygotowania do produkcji okazały się tak samo szybkie jak procesy myślowe Cohena. Ponieważ potrzebni byli inwestorzy, w marcu postanowiono nakręcić część materiału bez żadnego scenariusza. Lustig zadzwonił do nikogo innego, tylko Bruce'a Campbella, który właśnie ukończył swoje magnum opus, czyli Evil Dead II. Ten musiał po prostu przyjechać do Nowego Jorku, a o reszcie miano zadecydować na miejscu. Tym samym scena parady Świętego Patryka, która pojawia się w ostatnim akcie filmu, została nakręcona na długo przed faktycznymi zdjęciami. Poza Bruce'm na miejscu stawił się również Sam Raimi, który pomógł przy nagraniu, ba, nawet występuje w jednym ujęciu jako reporter. Scena stała się "demem", które wraz faktem, że ludzie myśleli, iż to właśnie Raimi kręci film (co Lustig celowo przemilczał) było wystarczającą kartą przetargową. Problem budżetu został rozwiązany i można było przystąpić do właściwej produkcji.

Monotonne jest pisanie o szybkości Cohena, ale to prawda. Scenarzysta nie tylko z zaskakującą prędkością wpadał na pomysł, ale również przelewał je na papier. Ponieważ chciał zająć się swoimi projektami, napisał skrypt w ok. dziesięć dni i przekazał go Lustigowi, aby wyreżyserował film. Zdjęcia wystartowały w sierpniu, a w maju 1988 pierwszy Maniac Cop doczekał się mocno limitowanej premiery kinowej.

Maniac Cop (1988)
Film rozpoczyna się, gdy Nowym Jorkiem (w którym tak naprawdę kręcono przez kilka dni, skupiając się na plenerach, przez resztę czasu udaje go Los Angeles) wstrząsa seria morderstw na niewinnych obywatelach. Na nastroje społeczne szczególnie wpływa fakt, że mordy najwyraźniej są wykonywane przez stróża prawa. Głównym podejrzanym staje się policjant Jack Forrest (Bruce Campbell) po tym, gdy jego żona zostaje znaleziona martwa w pokoju motelowym. Tym samym, w którym poprzedniego wieczora nakrywa go na zdradzaniu jej z inną funkcjonariuszką, Theresą Mallory (Laurene Landon). Los Jacka zdaje się być przesądzony. Jednak wszystko się zmienia, gdy dzięki dochodzeniu detektywa Franka McRae (Tom Atkins) sprawcą okazuje się ktoś zupełnie inny. Ktoś, kto już dawno powinien nie żyć.

I nie jest wielką tajemnica, że w pierwszym Maniac Copie zabójcą jest grany przez nieżyjącego już Roberta Z'Dara oficer Matt Cordell, który, krótko mówiąc, powraca zza grobu, aby zemścić się na za wyrządzone mu szkody. Legendarny super-policjant, który lekceważył prawa rzekomo należące się wszelkim szumowinom i najpierw strzelał, a dopiero potem zadawał pytania. Umieszczony w więzieniu Sing Sing przez nieuczciwych oficjeli, zostaje zmasakrowany przez trójkę kryminalistów których sam tam niegdyś wysłał.. Jednak czy faktycznie można użyć określenia "zza grobu" jest sporne. Bowiem Cordell to postać z którą ciężko dojść do ładu. Nigdy nie staje się jasne, czy naprawdę mamy do czynienia z żywym trupem, czy też, jak później jest sugerowane, udaje mu się przeżyć, ale jest kompletnie zniszczony psychicznie. Pewnym jest jednak, że kule się go nie imają, ale jak pamiętamy z Halloween, bycie psychopatycznym mordercą wystarczy, aby nabyć tą właściwość. Załóżmy jednak, że scenarzysta i reżyser pozostawili ten aspekt do rozstrzygnięcia widzom. Natomiast kolejne części nie wywołują już żadnych wątpliwości, że Cordell jest zombie, ba, w trzecim filmie powraca dzięki voodoo. 

Obaj twórcy od początku nie mogli się ze sobą zgodzić w kwestii jego wyglądu. Lustig po zobaczeniu Z'Dara w roli mordercy w filmie Night Stalker z 1986 zapragnął go do roli Cordella. Tymczasem Cohenowi marzył się typ "tancerza" o zwinnych ruchach. Nikogo takiego nie znaleziono. Gdy patrzy się na skrytą w cieniu potężną sylwetkę (i brodę, ale o tym nawet nie trzeba pisać) odzianą w mundur, nie ma wątpliwości, że dobrze się stało. Już sam zarys jest wystarczająco charakterystyczny, ale chciano czegoś więcej: twarzy, który zapadnie w pamięć każdemu fanowi horroru. I tutaj zaczęły się problemy. Nie bez powodu postać mordercy przez większość czasu jest schowana w ciemności: nie znaleziono czasu na określenie definitywnej charakteryzacji. Dlatego zmienia się ona kilka razy podczas filmu, pozostając ukryta. Twarz w pełnym świetle widzowie mogą zobaczyć dopiero na koniec. Twórcy nie byli zadowoleni z jej wyglądu, dlatego też w drugiej części Cordell wygląda zupełnie inaczej, tracąc swój ludzki wygląd (co, biorąc pod uwagę, że prawdopodobnie spędza kilka miesięcy na dnie rzeki, nie dziwi). Problem w tym, że również w części trzeciej twarz ulega zmianie (i prezentuje się nieco mizernie, szczególnie w zestawieniu ze znakomitą charakteryzacją z drugiego filmu). W jednym z wywiadów Cohen wyraził rozczarowanie, że nie udało się stworzyć oblicza na miarę Freddy'ego Kruegera. Tak rozpoznawalnego, że można je sprzedawać na gadżetach. Jednocześnie nie chciano postaci, która tak jak on, stałaby się autoparodią. Matt Cordell do samego końca pozostaje milczący i śmiertelnie groźny.

Cordell zmiennym jest.
Maniac Cop nie był ogromnym sukcesem kinowym, ale zarobił wystarczająco dużo, aby można było myśleć o sequelu, co też przewidział Cohen, jasno dając do zrozumienia w scenariuszu, że zagrożenie w postaci maniakalnego gliny nie zostało pokonane. Ale w przeciwieństwie do swojego kolegi scenarzysty, William Lustig lubił historie zamknięte w jednym obrazie. Jednak gdy Larry nagle dostarczył mu gotowy scenariusz, oniemiał z wrażenia i stwierdził, że ten film trzeba nakręcić. Pod koniec roku 1989 ruszyły zdjęcia.

Tak jak przy pierwszej części, Lustig ponownie musiał nagiąć nieco fakty, aby uzyskać (tym razem międzynarodowych) inwestorów. Zapytany, kto gra w jego filmie, chlapnął "Robert Davi" (który dopiero co wystąpił w Licence to Kill), co oczywiście było nieprawdą, ale zapewniło filmowi dystrybucję w Europie. Lustig na szczęście uniknął katastrofy, naprawdę zatrudniając aktora.

Maniac Cop 2 (1990)
Maniac Cop 2 rozgrywa się kilka miesięcy po pierwszym filmie. Gdy wydaje się, że problem Matta Cordella został ostatecznie rozwiązany, wybucha nowa fala morderstw, której ofiarami stają się również Jack i Theresa. Obowiązek zmierzenia się z mordercą spada na detektywa Seana McKinneya (Robert Davi), wyznającego podobną filozofię co niegdyś Cordell, oraz oficer Susan Riley (Claudia Christian).

Tak, jedyne postaci, którym udaje dożyć się do sequela, zostają brutalnie wyeliminowane w pierwszej połowie filmu, co jest szczególnie szokujące w przypadku Bruce'a Campbella. Szachownica zostaje wyczyszczona dla nowej obsady. Robert Davi świetnie sprawdza się jako ciężko doświadczony przez służbę i pozbawiony wszelkich złudzeń detektyw, Leo Rossi dodaje komizmu w roli Turkella, mordercy striptizerek widzącego w Cordellu przyjaciela (ta kreacja z zachowania i wyglądu jest wzorowana na... Igorze, zagranym przez Belę Lugosiego w Son of Frankenstein. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że William Lustig nazywa Maniac Copa połączeniem Frankensteina z French Connection), a Claudia Christian... to oddzielna historia. Lustigowi ze wszystkimi aktorami pracowało się znakomicie. Poza Christian, która cały czas kwestionowała jego polecenia i miała własną wizję odgrywanej postaci. Konflikt z reżyserem ma swoje odzwierciedlenie na ekranie, gdyż postać grana przez wyraźnie nie chcąca być na planie aktorkę wypada nijako i nienaturalnie, patrząc przez cały czas gdzieś w dal.

Niestety, krnąbrna aktoreczka nie była największym problemem przy produkcji. Pierwotnie Maniac Cop 2, tak jak poprzednik, miał trafić do kin. Dystrybutorem miało być New Line Cinema, wówczas mające w garści Freddy'ego oraz Leatherface'a. Jednak na scenę wkroczyło IVE (International Video Entertainment) z lepszą ofertą. Wbrew woli Lustiga wybrano tą opcję i film, który z powodzeniem mógłby gościć na srebrnym ekranie, stał się imponującym, ale jednak straight-to-video. 

Nie zmienia to faktu, że dysponujący dużo większym budżetem (cztery miliony w zestawieniu z nieco ponad milionem z pierwszym części) Maniac Cop 2 jest najlepszą częścią cyklu (chociaż wśród fanów nadal rywalizującą z pierwszą). Niczym w sequelu Terminatora postanowiono pójść w kierunku czystej akcji, racząc widzów efektownymi strzelaninami i pościgami. Historia Matta Cordella mogła zostać zamknięta w idealny sposób i Maniac Cop mógł zostać zapamiętany jako zgrabna dylogia. Jednak dystrybutor chciał inaczej, po sukcesie drugiego filmu sprzedając prawa do serii Overseseas Film Group.

Znaczyło to, że Cohen i Lustig stracili kontrolę nad swoim dzieckiem. Maniac Cop 3: Badge of Silence, który doczekał się premiery na wideo na początku 1993, powstawał w cieniu konfliktu i ciągłej kontroli. Jak twierdzi Lustig, on i Larry zostali zatrudnieni przez studio tylko dlatego, aby przykleić ich nazwiska na ostatecznym produkcie (co też zrobiono). Podczas gdy ojcowie serii chcieli pokazać w sequelu nowe postacie (czarnoskóry główny bohater, na co studio się nie zgodziło, przez co ponownie na ekranie pojawia się Robert Davi) i sytuacje, nowym włodarzom zależało na kalce poprzednich filmów, a jak nauczyło nas wiele innych przypadków (chociażby The Crow: City of Angels) zazwyczaj nie kończy się to zbyt spektakularnie. Obaj panowie szybko powiedzieli: dość! Cohen opuścił produkcję jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć, a Lustig po czterech tygodniach reżyserowania, zużywając cały budżet i zostawiając na pastwę studia zaledwie 50 minut materiału. Ze zmodyfikowanym przez producenta scenariuszem i garścią ponownie użytych scen z poprzednich filmów zdołano sklecić finalny produkt. Maniac Cop 3 okazał się daleki od ideału, ale nadal strawny.

Gdy wydawało się, że Matt Cordell w końcu dopełnił swojej zemsty, świat żywych znowu się o niego upomina. Za sprawą tajemniczego Houngana, maniakalny glina powraca do życia dzięki magii voodoo.

Jego powrót zbiega się z tragicznym incydentem. Policjantka Katie Sullivan (Gretchen Becker), przez media nazywana "Maniac Kate" dzięki jej stanowczemu obchodzeniu się z przestępcami, w wyniku strzelaniny z psychopatą Frankiem Jessupem (Jackie Earl Haley) zapada w śpiączkę. Jednak nic nie jest przypadkiem, a całe zajście było z góry przewidzianą próbą pozbycia się niewygodnej funkcjonariuszki. Historia zatacza koło i Matt Cordell dobrze o tym wie, eliminując po kolei osobników zagrażających życiu Katie. Jego tropem ponownie rusza detektyw McKinney.

Maniac Cop 3: Badge of Silence
Maniac Cop 3 to miks niezłych i dziwnych pomysłów, ubranych w najbardziej rozbudowaną fabułę z całego cyklu, przez co traci tempo napędzanych prostym pomysłem pierwszych dwóch produkcji. Wzorem Jason Lives seria obiera stuprocentowo paranormalny kierunek, jednak wątek magii voodoo jest tak naprawdę tylko dosyć kiepskim pretekstem do wskrzeszenia Cordella. Postać Houngana jest płaska jak deska i zdaje się nie mieć żadnej motywacji. Chyba, że po prostu zależy mu, aby monstrum dostało swoją księżniczkę. Tak, ponownie można się doszukiwać powiązania Frankensteinem, tym razem Bride of Frankenstein.. Jednak dyskusyjne jest, czy seria potrzebowała scenariusza tego typu.

Równocześnie udało się stworzyć, zarówno w warstwie wizualnej, jak i treściowej, najmroczniejszą część cyklu. Poprzednio największym czarnym charakterem (chociaż mającym rację w swoim pragnieniu zemsty) był Matt Cordell, a przestępcy byli zaledwie pociesznymi płotkami. W trzeciej części sytuacja odwraca się i na jego drodze staną lekceważący swoich pacjentów lekarz, dwóch łowców sensacji, którzy jeżdżąc całymi nocami po mieście z kamerą, żerują na ludzkim cierpieniu i wspomniany Jessup, nadpobudliwy psychopata, grany przez dobrze znanego fanom z kilku kultowych produkcji (np. Dollman od Full Moon) Jackie Earl Haley (Freddy Krueger w niezbyt fortunnym remake'u A Nightmare From Elm Street). Każdy z nich w jakiś sposób zagraża wybrance Cordella. Z taką plejadą nieprzyjemnych typów po raz pierwszy Maniac Cop zaczyna przypominać slashera (i to raczej z późniejszego okresu, gdy przestano zaludniać ekran postaciami, których śmierci wcale nie chcieliśmy), czyli gatunek, w którym Cohen niezbyt się lubuje i nie pisał poprzednich części z myślą o tej konwencji. Tymczasem w Badge of Silence oglądamy jak nasz umarlak wykańcza kolejne kanalie i kiwamy głową z akceptacją.

Ostatecznie trzeci Maniac Cop jest przyzwoitym, ale jednak najsłabszym ogniwem serii, zgodnie za takie uważanym. Włócząc się po raz kolejny po ulicach z Cordellem, odnosi się wrażenie, że właściwa historia została już opowiedziana i czujemy się równie zirytowani jak on sam, chcąc, aby dano mu już spokój. Po przeciągniętym, aczkolwiek efektownym finale myślimy "No, w końcu". Jednak zakończenie ponownie tego nie sugeruje. Ale rzeczywistość postanowiła inaczej i wraz z napisami końcowymi żegnamy postać maniakalnego gliny. A przynajmniej w tym wcieleniu.

Dla pierwotnych twórców Maniac Cop 3 był bolesnym ciosem, a szczególnie Lustiga, który do dzisiaj nie może pogodzić się z powstaniem tego filmu i chce o nim po prostu zapomnieć. Przyznaje, że czasami w rozmowach z Cohenem zastanawia się, czy należałoby nakręcić zupełnie własną, czwartą część. Są to jednak tylko luźne dyskusje. Reżyser dodaje, że jest w zupełności zadowolony z dwóch udanych filmów i może tak powinno zostać. Serię możemy uznać za zakończoną, szczególnie, że w 2015 pożegnaliśmy się z Robertem Z'Darem, który nie grał tylko Cordella. On nim był.


Plakat zwiastujący potencjalny remake
Maniac Copa.
[EDIT 27.03.17] Wiem, wiem, remake jest potwierdzony. Mimo wszystko wolałem być ostrożny...

Kilka miesięcy po śmierci ikonicznego aktora rozbrzmiała informacja, że powstaje remake z Lustigiem i samym Nicolasem Windingiem Refnem w rolach producentów. Na krzesełku reżysera miałby zasiąść odpowiedzialny za odważne sequele do Universal Soldier John Hyams, a historią zająłby się scenarzysta komiksowy Ed Brubaker. Co prawda od czasu do czasu pojawiają się kolejne skromne informacje z ust Refna i najwyraźniej projekt powoli zmierza do przodu, ale nadal zdaje się on pozostawać on w sferze mglistych niusów, które nie muszą się spełnić. Pozostaje utemperować swoje oczekiwania i cierpliwie czekać.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o potencjalnym remake'u, w głowie wyjątkowo pojawiło mi się "to może zadziałać", w opozycji dla częstego "przecież oryginał i tak będzie lepszy!". Już w latach 80-tych Cohen napisał Maniac Copa jako pytanie "co by było, gdybyśmy bali się policji?". On sam nigdy nie miał z nią problemów, ale podkreśla, że dla ludzi pochodzących z grup etnicznych mundurowi zawsze byli zagrożeniem, tak jak Matt Cordell dla każdego przechodnia. A obecnie nie jest tajemnicą, że całe Stany Zjednoczone nienawidzą policji. Przy takich nastrojach społecznych nowy Maniac Cop w rękach odpowiednich ludzi (a proponowana ekipa brzmi obiecująco) mógłby okazać się celnym komentarzem.

To jednak na razie tylko ewentualna przyszłość. Pozostaje cieszyć się istniejącą trylogią, która jako całość jest naprawdę smakowitym, krwistym kąskiem, który schował się w cieniu wielkich braci noszących maskę hokejową i pasiasty sweter. Polecam z całego serca obejrzenie całej serii i wyrobienie sobie o niej opinii. Inaczej będziecie mieli tylko prawo do zachowania milczenia... na zawsze!
Czytaj całość »

15.01.2017

RE-ANIMATOR (1985)

W 1984 dyrektor artystyczny ze znajdującego się w Chicago Organic Theater zapragnął spróbować innego medium i nakręcić film. Nazywał się Stuart Gordon. Za radą swojego znajomego, Boba Greenberga, postanowił, że będzie to horror, gdyż można je nakręcić tanio i niezależnie od ich jakości, zawsze się zwrócą. Gordon zastanawiał się, czy nie nadszedł czas na następną ekranizację Frankensteina. Bob dał mu kolejną dobrą radę: zasugerował Herbert WestaReanimatora H.P. Lovecrafta. Przyszły reżyser był miłośnikiem twórczości tego pisarza, ale nigdy nie dane mu było przeczytanie tego opowiadania, gdyż wówczas nie było one dostępne w druku. Sześć miesięcy później dostał pozwolenie od Biblioteki Publicznej w Chicago, aby przeczytać znajdujący się tam stary, pulpowy magazyn zawierający materiał na przyszły film. Ponieważ pismo wręcz rozsypywało się w rękach ze starości, poprosił o wykonanie kopii. Gdy w końcu przeczytał podzielone na sześć części opowiadanie, uznał, że to jest to.

Rozpoczęto prace na scenariuszem. Pierwotnie pisano go z myślą o telewizji, a cała historia miała zostać rozłożona na półgodzinne odcinki. Miała to być wierna ekranizacja, rozgrywająca się w tej samej epoce co oryginał. Sugerowało to duży budżet, co z miejsca skreślało projekt w oczach włodarzy stacji. Na dodatek telewizje zaczęły odchodzić od formatu półgodzinnego na rzecz godziny. Scenariusz uległ modyfikacji: pierwsze dwie części opowiadania postanowiono zamknąć w jednym dłuższym odcinku. Już wtedy zaczęto przenoszenie fabuły do czasów współczesnych.

Przełom nastąpił, gdy Greenberg zapoznał Gordona z początkującym producentem Brianem Yuzną (przyszłym reżyserem takich filmów jak Society Return of the Living Dead III i dwóch sequeli, właśnie, Re-Animatora). Brian współpracował wówczas z przyszłym dystrybutorem Re-Animatora, Empire Pictures (studio Charlesa Banda, które po upadku miało przerodzić się w króla rynku wideo, czyli Full Moon) nad własnym projektem: antologią na podstawie komiksów undergroundowego rysownika Kima Deitcha, jednak zdawał się on nie zmierzać w żadnym kierunku. Yuzna pozostał zatem z niewykorzystanymi funduszami. Problem budżetu na dzieło Gordona został rozwiązany. Pod wpływem nowego współpracownika zaszła również najważniejsza zmiana: to musiał być film kinowy.



Pierwotnie Stuart chciał nakręcić swój pierwszy film na znanym gruncie: deskach Organic Theater. Jednak zarząd teatru przeraził się, że budynek ma posłużyć jako miejsce produkcji horroru. Nie tracąc zapału, nieopierzony reżyser przeniósł się ze swoją pracą do Los Angeles. W listopadzie 1984 ruszyły 18-dniowe zdjęcia.

Re-Animator Stuarta Gordona jest luźną ekranizacją opowiadania z 1922 roku autorstwa H.P. Lovecrafta. Główny bohater, Dan Cain (Bruce Abbott), jest obiecującym studentem medycyny na Uniwersytecie Miskatonic. Jego plany ukończenia szkoły i poślubienia swojej dziewczyny Megan (Barbara Crampton) zostają pokrzyżowane, gdy w jego życiu pojawia się nowy uczeń uniwersytetu i współlokator: utalentowany, ale niezwykle dziwaczny i krnąbrny Herbert West (Jeffrey Combs). Z początku sprawiający wrażenie nieszkodliwego, szybko odsłania przed Cainem swój straszny sekret: stworzył substancję przywracającą zmarłych do życia. West, który odniósł już pewien sukces w ożywianiu zwierząt, jest opętany wizją w pełni udanego wskrzeszenia człowieka. Dan zostaje wciągnięty w serię eksperymentów, których następstwa będą coraz bardziej groteskowe, a ich twórca: coraz bardziej bezwzględny.

Po pierwszym obejrzeniu Re-Animatora ciężko mi było ocenić ten film. Nie wydał mi się on nadzwyczajny. Jednak z każdym kolejnym seansem, poczynając od drugiego, zaczęło do mnie docierać, że mam do czynienia z produkcją wyjątkową, w której wszystkie elementy doskonale ze sobą współgrają. Będąc miłośnikiem tego typu kina, czyli gatunkowego z naciskiem na horror, przywykłem do filmów mających wyraźnie widoczne wady, poczynając od niedoróbek w scenariuszu, nierównego tempa lub kiepskiego aktorstwa. Jednak w ostatecznym rozrachunku często mi się one podobają, ale mogę również napisać sporo o ich problemach. Tymczasem w Re-Animatorze... ciężko się do czegoś przyczepić. I chyba dlatego ciężko było mi określić moje uczucia wobec dzieła Gordona. Bo nagle trafiłem na obraz, w którym wszystko jest na swoim miejscu i bez przestojów wędruje od punktu A do B. Poczynając od suchego, ale trafnego humoru, wszechobecnych efektów i kończąc na bezbłędnych kreacjach aktorów. Re-Animator korzysta z tematyki i elementów zawartych we wszystkich filmach, które zmieściłem w zdaniu o produkcjach z wadami, czyli absurdu, dziwaczności i makabry, robiąc z nich najlepszych użytek.



Gdy przesłuchiwano aktorów, zbawiennym okazał się fakt, że dobierano ich parami. W ten sposób dostaliśmy ekranową parę w postaci Bruce'a Abbotta i Barbary Crampton, których doskonałe relacje mają swoje odzwierciedlenie na ekranie. Sam Bruce świetnie wciela się w zwykłego, wręcz nieco bezbarwnego młodego mężczyznę, który tak naprawdę reprezentuje publiczność: pełną pytań wobec efektów pracy Westa. Grany przez Jeffreya Combsa szalony naukowiec stał się najbardziej ikoniczną reprezentacją tej lovecraftowskiej postaci. Sam Stuart Gordon przyznał, że spodziewał się kogoś o wyglądzie rodem z opowiadania: błękitnookiego, wysokiego aryjczyka. Jednak nie wyglądem, a grą aktor błyskawicznie otworzył sobie drogę do tej produkcji. Nie było innych Westów. Był tylko Combs, który doskonale oddał ekscentryzm, dziwactwo, fanatyzm oraz znieczulenie cechujące tego (anty)bohatera. Pierwotnie scenariusz skupiał się bardziej na Danie i Meg. Przyznanie większej roli Westowi było chyba najlepszą decyzją, gdyż prawdopodobnie i tak to on ukradłby cały film. Po środku stoi zaś Barbara Crampton w roli dziewczyny, która próbuje uratować swojego chłopaka przed zgubnym wpływem Herberta Westa. Jej rola wymagała odwagi z bardzo oczywistego powodu: występuje na ekranie nago i na dodatek w bardzo niekomfortowej scenie. Pierwotnie rolę Meg miała zagrać inna aktorka, której imię nie jest znane. Po konsultacji z matką uznała, że nie może zagrać w tym filmie. Można powiedzieć, ze Barbara Crampton stała się dla tej produkcji kimś jak Linnea Quiqley: gdy była potrzebna kobieta gotowa na pokazanie swoich wdzięków, ona uratowała sytuację. W połączeniu z nieprzyjemną sceną, gdyby się nad tym zastanowić: jej postać ma najbardziej przekichane w tym filmie.

No i jest jeszcze David Gale, wcielający się w przebiegłego doktora Hilla. Pomiędzy nim a Westem od pierwszego spotkania wywiązuje się konflikt, który staje się napędem dla całej fabuły. Do wyboru było dwóch aktorów: Gale ze swoim "hammerowskim" stylem gry i ktoś, kogo imienia ponownie nie znamy, mający bardziej realistyczne podejście do postaci. Ostatecznie wybór padł na tego pierwszego, gdyż Stuart stwierdził, że jest "niczym Boris Karloff". Co zabawne i zarazem smutne, udział w Re-Animatorze kosztował Gale'a małżeństwo. Nie tylko Barbara Crampton brała udział w TEJ scenie. Żona aktora opuściła kino oburzona.

Zarówno Jeffrey Combs, jak i Barbara Crampton stali się ulubieńcami Gordona. Ten zaangażował ich do swoich kolejnych filmów opartych o twórczość Lovecrafta: From Beyond (1986) i niedocenionego Castle Freak (1995).



Najważniejszym elementem filmu jest sfera wizualna na którą składają się liczne efekty specjalne oraz zaskakująco wierne podejście do... śmierci. Łącznie znalazło się tutaj aż 89 scen z użyciem efektów. Ze względu na ograniczenia budżetowe (milion dolarów) pozwolono sobie tylko na jeden efekt optyczny (wynalazek doktora Hilla, czyli wiertło laserowe. Co ciekawe, ów przyrząd nie istniał w trakcie powstawania i wyświetlania filmu. Re-Animator przewidział zatem późniejszy sposób wykonywania lobotomii). Przy wykorzystaniu doświadczeń z teatru cała reszta efektów została wykonana na planie. Zatem z każdym zwyrodnieniem i obrzydliwością na ekranie (David Gale wyciągający krowi mózg grający ludzki ze sztucznej głowy) aktorzy naprawdę mieli kontakt. A za to przecież kochamy produkcje z tamtego okresu.

Pisząc o wiernym podejściu do śmierci: Stuart Gordon podszedł do sprawy z drastyczną dokładnością, odwiedzając wraz z aktorami kostnice. Reżyser dzięki temu nauczył się, że zwłoki nie są po prostu blade jak w wielu filmach. Mają "wszystkie kolory tęczy". Nie szczędził sobie również drastyczniejszych widoków i sporządził listę trupów z poszczególnymi ranami i uszczerbkami na których potem miano wzorować charakteryzację w filmie. Znajomy patolog sporządził dla niego cały szereg slajdów. Pokaz zrobił na Gordonie tak wstrząsające wrażenie, że ostatecznie zadowolił się oglądaniem samych slajdów pod światłem. Praca nad Re-Animatorem uodporniła go na tego typu widoki, a czarny humor pracowników kostnic, którzy traktują ciała jak śmieci (w końcu leżą w czarnych workach) znalazł swoje miejsce w filmie.

Efektem jest wybuchowy finał, w którym oglądamy zombie w najróżniejszych kolorach (od niebieskiej bladości po krwistą czerwień) i ze zróżnicowanymi okaleczeniami, które mają swoje odbicie w rzeczywistości. Pierwotnie trupów miała być cała armia. Budżet pozwolił na sześć. Czemu akurat tyle? Bo nie mieściły się jednocześnie w kadrze, sprawiając wrażenie większego tłumu.



Pisząc o kolorach, nie sposób nie wspomnieć o najbardziej charakterystycznym elemencie, czyli serum wskrzeszającym, które przez cały film jarzy się zielonym światłem ze strzykawek. Użyto płynu, który znajduje się we flarach. Jakby brakowało wrażeń dla aktorów: jest to niezwykle toksyczny specyfik i pod żadnym pozorem nie mógł zostać rozlany.

Jedna decyzja mogła sprawić, że widzowie nie zobaczyliby ani charakterystycznej zieleni, ani kolorowych zwłok. Stuart pierwotnie miał bardzo ambitny plan, aby nakręcić cały film na taśmie 16mm w czerni i bieli. Jednak Brian Yuzna ukrócił ten szalony plan.

Nie była to jedyna zmiana, która była kluczowa dla ostatecznego wyglądu produkcji. Pierwotnym operatorem kamery był Bob Ebinger, który pracował nad filmem przez pierwszy tydzień. Jego praca pokryła głównie sceny w domu Dana (ponownie, z powodu ograniczeń budżetowych cały film odbywa się we wnętrzach, nie licząc ujęcia uniwersytetu). Mimo, że Charles Band nie włożył w projekt złamanego centa, będąc dystrybutorem nadal miał pewien wpływ. Gdy zobaczył dotychczasowy materiał, uznał, że film jest zdecydowanie za ciemny i może wyglądać lepiej. Zasugerował swojego operatora, starego wyjadacza Maca Ahlberga. Ciężko określić, czy była to zmiana na lepsze od strony technicznej. Ale prawdopodobnie była dla całego filmu.



Stuart Gordon w materiałach, które obejrzałem przy pracy nad tym tekstem, często podkreśla, że na znakomitość Re-Animatora wpłynęło zebranie ekipy składającej się z odpowiednich ludzi. Jednym z nich był właśnie Mac. Będący zupełnym żółtodziobem w świecie kręcenia filmów Stuart znalazł w Ahlbergu mentora, który poprowadził go przez cały projekt. Zaowocowało to długotrwałą współpracą, gdyż nakręcili razem kolejnych siedem produkcji.

Koniec zdjęć (ostatni dzień trwał mordercze 16 godzin) był dopiero początkiem przygody. Pierwsza wersja filmu trwała 135 minut i została skrócono do dynamicznej godziny i dwudziestu minut. Oglądając wycięte sceny byłem nieco rozczarowany, że z filmu zniknęło mnóstwo dialogów rozwijających postacie i ich relacje (zniknął również cały wątek w którym Dr. Hill potrafił... hipnotyzować ludzi, aby byli mu posłuszni. Uznano, że film jest wystarczająco dziwaczny bez tego), jednak tempo zdecydowanie by ucierpiało. Ostateczną wersję dzięki jakości samego filmu ogląda się błyskawicznie.

Re-Animator nie mógł sobie pozwolić na zbyt szeroką kampanię reklamową. Czemu? Bo nie został sklasyfikowany przez MPAA. Okazało się, że po wycięciu wszystkich scen, które pozwoliłyby na uzyskanie kategorii R film trwałby ok. 40 minut. Postanowiono pójść za ciosem i wprowadzić go do kin w wersji "unrated", dzięki czemu publiczność mogła się cieszyć w pełni groteskową wizją reżysera. Rozgłos wypełnił braki w reklamie, sale wypełniły się ludźmi, a Re-Animator stał się małym sukcesem, który zyskał uznanie zarówno publiczności, jak i, ku zaskoczeniu Gordona, krytyków. Jednak nie okazał się blockbusterem i szybko przeminął. Wielkiego powrotu doczekał się dzięki rewolucji wideo, a stamtąd droga prowadziła do uzyskania statusu filmu kultowego wśród miłośników gatunku.

Nieco innego zdania są zatwardziali miłośnicy samego Lovecrafta, którzy uważają, że produkcja nie ma nic wspólnego z pierwowzorem. Należy jednak brać pod uwagę, że już on odstawał mocno od reszty twórczości pisarza, który raczej unikał obrazowych opisów makabry, czemu drukowany Re-Animator wyraźnie zaprzeczał. Z każdym kolejnym napisanym rozdziałem Lovecraft coraz bardziej był przekonany, że pisze parodię i w tym kierunku ostatecznie poszedł. Tak jak jego fani nienawidzą ekranizacji, tak on sam nienawidził swojego opowiadania, które tak naprawdę napisał tylko dla pieniędzy i musiał je sztucznie dzielić na części skrojone do publikacji w kolejnych numerach pulpowego magazynu (streszczenia na początku każdego rozdziału). Mnie jednak bardziej interesuje, że dostaliśmy świetny film. A jednocześnie uważam, że nieco krzywdzące jest przekonanie, że poza motywem reanimacji z opowiadania nie pozostało nic. Z oryginału zachowanych zostało wiele elementów, czasem nieznacznych, które, przy nadaniu postaciom nowych lub zmodyfikowanych ról, zaaranżowano na nowo, tworząc historię bardziej przystosowaną do niespełna półtorej godzinnego filmu, zachowując przy tym ducha oryginału. A ten przecież nie był kwintesencją Lovecrafta. Czy upragniona przez wielu wierna adaptacja sprawdziłaby się? To pytanie na razie pozostaje bez odpowiedzi. Jednak istnieje ryzyko, że byłaby zaledwie odtwórczą ekranizacją. Tymczasem dzieło Stuarta Gordona w swoim szaleństwie i świeżości broni się samo. A po przeczytaniu opowiadania tylko zyskuje.

Przeczytajcie pierwowzór, obejrzyjcie film, powtórzcie. Re-Animator to dla wielu klasyka gatunku i jeżeli jeszcze go nie widzieliście: jest szansa, że również dla was zyska ten status.


Trailer

Czytaj całość »