13.03.2017

[(ZA) DŁUGIE SERIE] MANIAC COP



Rok 1987. William Lustig po kilkuletniej przerwie w reżyserowaniu poszukuje kolejnego projektu, którym mógłby się zająć. Okazja nadarza się, gdy w podczas festiwalu filmowego w Los Angeles spotyka reżysera i, co najważniejsze, scenarzystę Larry'ego Cohena. Lustig, będący fanem Cohena, szybko się z nim zapoznaje. Podczas wspólnego lunchu w lutym Cohen zadaje mu kluczowe pytanie: "Czemu nigdy nie nakręciłeś sequela do Maniac? (filmu z 1980 z Joe Spinellem, który w 2012 doczekał się remake'u z Elijahem Woodem w roli głównej). William stwierdza, że jest to definitywnie zakończona historia. W tym momencie Cohen uruchamia swój znany z błyskawicznych pomysłów mózg. Zgodnie ze swoją tradycją przedstawiania na ekranie pozytywnie kojarzonych rzeczy w potworny sposób (niemowlęta - It's Alive wraz z sequelami, lody - The Stuff, karetki - The Ambulance) i padło na policjantów. W jednej chwili powstał tytuł Maniac Cop wraz z hasłem "You have the right the remain silent... forever". 

Przygotowania do produkcji okazały się tak samo szybkie jak procesy myślowe Cohena. Ponieważ potrzebni byli inwestorzy, w marcu postanowiono nakręcić część materiału bez żadnego scenariusza. Lustig zadzwonił do nikogo innego, tylko Bruce'a Campbella, który właśnie ukończył swoje magnum opus, czyli Evil Dead II. Ten musiał po prostu przyjechać do Nowego Jorku, a o reszcie miano zadecydować na miejscu. Tym samym scena parady Świętego Patryka, która pojawia się w ostatnim akcie filmu, została nakręcona na długo przed faktycznymi zdjęciami. Poza Bruce'm na miejscu stawił się również Sam Raimi, który pomógł przy nagraniu, ba, nawet występuje w jednym ujęciu jako reporter. Scena stała się "demem", które wraz faktem, że ludzie myśleli, iż to właśnie Raimi kręci film (co Lustig celowo przemilczał) było wystarczającą kartą przetargową. Problem budżetu został rozwiązany i można było przystąpić do właściwej produkcji.

Monotonne jest pisanie o szybkości Cohena, ale to prawda. Scenarzysta nie tylko z zaskakującą prędkością wpadał na pomysł, ale również przelewał je na papier. Ponieważ chciał zająć się swoimi projektami, napisał skrypt w ok. dziesięć dni i przekazał go Lustigowi, aby wyreżyserował film. Zdjęcia wystartowały w sierpniu, a w maju 1988 pierwszy Maniac Cop doczekał się mocno limitowanej premiery kinowej.

Maniac Cop (1988)
Film rozpoczyna się, gdy Nowym Jorkiem (w którym tak naprawdę kręcono przez kilka dni, skupiając się na plenerach, przez resztę czasu udaje go Los Angeles) wstrząsa seria morderstw na niewinnych obywatelach. Na nastroje społeczne szczególnie wpływa fakt, że mordy najwyraźniej są wykonywane przez stróża prawa. Głównym podejrzanym staje się policjant Jack Forrest (Bruce Campbell) po tym, gdy jego żona zostaje znaleziona martwa w pokoju motelowym. Tym samym, w którym poprzedniego wieczora nakrywa go na zdradzaniu jej z inną funkcjonariuszką, Theresą Mallory (Laurene Landon). Los Jacka zdaje się być przesądzony. Jednak wszystko się zmienia, gdy dzięki dochodzeniu detektywa Franka McRae (Tom Atkins) sprawcą okazuje się ktoś zupełnie inny. Ktoś, kto już dawno powinien nie żyć.

I nie jest wielką tajemnica, że w pierwszym Maniac Copie zabójcą jest grany przez nieżyjącego już Roberta Z'Dara oficer Matt Cordell, który, krótko mówiąc, powraca zza grobu, aby zemścić się na za wyrządzone mu szkody. Legendarny super-policjant, który lekceważył prawa rzekomo należące się wszelkim szumowinom i najpierw strzelał, a dopiero potem zadawał pytania. Umieszczony w więzieniu Sing Sing przez nieuczciwych oficjeli, zostaje zmasakrowany przez trójkę kryminalistów których sam tam niegdyś wysłał.. Jednak czy faktycznie można użyć określenia "zza grobu" jest sporne. Bowiem Cordell to postać z którą ciężko dojść do ładu. Nigdy nie staje się jasne, czy naprawdę mamy do czynienia z żywym trupem, czy też, jak później jest sugerowane, udaje mu się przeżyć, ale jest kompletnie zniszczony psychicznie. Pewnym jest jednak, że kule się go nie imają, ale jak pamiętamy z Halloween, bycie psychopatycznym mordercą wystarczy, aby nabyć tą właściwość. Załóżmy jednak, że scenarzysta i reżyser pozostawili ten aspekt do rozstrzygnięcia widzom. Natomiast kolejne części nie wywołują już żadnych wątpliwości, że Cordell jest zombie, ba, w trzecim filmie powraca dzięki voodoo. 

Obaj twórcy od początku nie mogli się ze sobą zgodzić w kwestii jego wyglądu. Lustig po zobaczeniu Z'Dara w roli mordercy w filmie Night Stalker z 1986 zapragnął go do roli Cordella. Tymczasem Cohenowi marzył się typ "tancerza" o zwinnych ruchach. Nikogo takiego nie znaleziono. Gdy patrzy się na skrytą w cieniu potężną sylwetkę (i brodę, ale o tym nawet nie trzeba pisać) odzianą w mundur, nie ma wątpliwości, że dobrze się stało. Już sam zarys jest wystarczająco charakterystyczny, ale chciano czegoś więcej: twarzy, który zapadnie w pamięć każdemu fanowi horroru. I tutaj zaczęły się problemy. Nie bez powodu postać mordercy przez większość czasu jest schowana w ciemności: nie znaleziono czasu na określenie definitywnej charakteryzacji. Dlatego zmienia się ona kilka razy podczas filmu, pozostając ukryta. Twarz w pełnym świetle widzowie mogą zobaczyć dopiero na koniec. Twórcy nie byli zadowoleni z jej wyglądu, dlatego też w drugiej części Cordell wygląda zupełnie inaczej, tracąc swój ludzki wygląd (co, biorąc pod uwagę, że prawdopodobnie spędza kilka miesięcy na dnie rzeki, nie dziwi). Problem w tym, że również w części trzeciej twarz ulega zmianie (i prezentuje się nieco mizernie, szczególnie w zestawieniu ze znakomitą charakteryzacją z drugiego filmu). W jednym z wywiadów Cohen wyraził rozczarowanie, że nie udało się stworzyć oblicza na miarę Freddy'ego Kruegera. Tak rozpoznawalnego, że można je sprzedawać na gadżetach. Jednocześnie nie chciano postaci, która tak jak on, stałaby się autoparodią. Matt Cordell do samego końca pozostaje milczący i śmiertelnie groźny.

Cordell zmiennym jest.
Maniac Cop nie był ogromnym sukcesem kinowym, ale zarobił wystarczająco dużo, aby można było myśleć o sequelu, co też przewidział Cohen, jasno dając do zrozumienia w scenariuszu, że zagrożenie w postaci maniakalnego gliny nie zostało pokonane. Ale w przeciwieństwie do swojego kolegi scenarzysty, William Lustig lubił historie zamknięte w jednym obrazie. Jednak gdy Larry nagle dostarczył mu gotowy scenariusz, oniemiał z wrażenia i stwierdził, że ten film trzeba nakręcić. Pod koniec roku 1989 ruszyły zdjęcia.

Tak jak przy pierwszej części, Lustig ponownie musiał nagiąć nieco fakty, aby uzyskać (tym razem międzynarodowych) inwestorów. Zapytany, kto gra w jego filmie, chlapnął "Robert Davi" (który dopiero co wystąpił w Licence to Kill), co oczywiście było nieprawdą, ale zapewniło filmowi dystrybucję w Europie. Lustig na szczęście uniknął katastrofy, naprawdę zatrudniając aktora.

Maniac Cop 2 (1990)
Maniac Cop 2 rozgrywa się kilka miesięcy po pierwszym filmie. Gdy wydaje się, że problem Matta Cordella został ostatecznie rozwiązany, wybucha nowa fala morderstw, której ofiarami stają się również Jack i Theresa. Obowiązek zmierzenia się z mordercą spada na detektywa Seana McKinneya (Robert Davi), wyznającego podobną filozofię co niegdyś Cordell, oraz oficer Susan Riley (Claudia Christian).

Tak, jedyne postaci, którym udaje dożyć się do sequela, zostają brutalnie wyeliminowane w pierwszej połowie filmu, co jest szczególnie szokujące w przypadku Bruce'a Campbella. Szachownica zostaje wyczyszczona dla nowej obsady. Robert Davi świetnie sprawdza się jako ciężko doświadczony przez służbę i pozbawiony wszelkich złudzeń detektyw, Leo Rossi dodaje komizmu w roli Turkella, mordercy striptizerek widzącego w Cordellu przyjaciela (ta kreacja z zachowania i wyglądu jest wzorowana na... Igorze, zagranym przez Belę Lugosiego w Son of Frankenstein. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że William Lustig nazywa Maniac Copa połączeniem Frankensteina z French Connection), a Claudia Christian... to oddzielna historia. Lustigowi ze wszystkimi aktorami pracowało się znakomicie. Poza Christian, która cały czas kwestionowała jego polecenia i miała własną wizję odgrywanej postaci. Konflikt z reżyserem ma swoje odzwierciedlenie na ekranie, gdyż postać grana przez wyraźnie nie chcąca być na planie aktorkę wypada nijako i nienaturalnie, patrząc przez cały czas gdzieś w dal.

Niestety, krnąbrna aktoreczka nie była największym problemem przy produkcji. Pierwotnie Maniac Cop 2, tak jak poprzednik, miał trafić do kin. Dystrybutorem miało być New Line Cinema, wówczas mające w garści Freddy'ego oraz Leatherface'a. Jednak na scenę wkroczyło IVE (International Video Entertainment) z lepszą ofertą. Wbrew woli Lustiga wybrano tą opcję i film, który z powodzeniem mógłby gościć na srebrnym ekranie, stał się imponującym, ale jednak straight-to-video. 

Nie zmienia to faktu, że dysponujący dużo większym budżetem (cztery miliony w zestawieniu z nieco ponad milionem z pierwszym części) Maniac Cop 2 jest najlepszą częścią cyklu (chociaż wśród fanów nadal rywalizującą z pierwszą). Niczym w sequelu Terminatora postanowiono pójść w kierunku czystej akcji, racząc widzów efektownymi strzelaninami i pościgami. Historia Matta Cordella mogła zostać zamknięta w idealny sposób i Maniac Cop mógł zostać zapamiętany jako zgrabna dylogia. Jednak dystrybutor chciał inaczej, po sukcesie drugiego filmu sprzedając prawa do serii Overseseas Film Group.

Znaczyło to, że Cohen i Lustig stracili kontrolę nad swoim dzieckiem. Maniac Cop 3: Badge of Silence, który doczekał się premiery na wideo na początku 1993, powstawał w cieniu konfliktu i ciągłej kontroli. Jak twierdzi Lustig, on i Larry zostali zatrudnieni przez studio tylko dlatego, aby przykleić ich nazwiska na ostatecznym produkcie (co też zrobiono). Podczas gdy ojcowie serii chcieli pokazać w sequelu nowe postacie (czarnoskóry główny bohater, na co studio się nie zgodziło, przez co ponownie na ekranie pojawia się Robert Davi) i sytuacje, nowym włodarzom zależało na kalce poprzednich filmów, a jak nauczyło nas wiele innych przypadków (chociażby The Crow: City of Angels) zazwyczaj nie kończy się to zbyt spektakularnie. Obaj panowie szybko powiedzieli: dość! Cohen opuścił produkcję jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć, a Lustig po czterech tygodniach reżyserowania, zużywając cały budżet i zostawiając na pastwę studia zaledwie 50 minut materiału. Ze zmodyfikowanym przez producenta scenariuszem i garścią ponownie użytych scen z poprzednich filmów zdołano sklecić finalny produkt. Maniac Cop 3 okazał się daleki od ideału, ale nadal strawny.

Gdy wydawało się, że Matt Cordell w końcu dopełnił swojej zemsty, świat żywych znowu się o niego upomina. Za sprawą tajemniczego Houngana, maniakalny glina powraca do życia dzięki magii voodoo.

Jego powrót zbiega się z tragicznym incydentem. Policjantka Katie Sullivan (Gretchen Becker), przez media nazywana "Maniac Kate" dzięki jej stanowczemu obchodzeniu się z przestępcami, w wyniku strzelaniny z psychopatą Frankiem Jessupem (Jackie Earl Haley) zapada w śpiączkę. Jednak nic nie jest przypadkiem, a całe zajście było z góry przewidzianą próbą pozbycia się niewygodnej funkcjonariuszki. Historia zatacza koło i Matt Cordell dobrze o tym wie, eliminując po kolei osobników zagrażających życiu Katie. Jego tropem ponownie rusza detektyw McKinney.

Maniac Cop 3: Badge of Silence
Maniac Cop 3 to miks niezłych i dziwnych pomysłów, ubranych w najbardziej rozbudowaną fabułę z całego cyklu, przez co traci tempo napędzanych prostym pomysłem pierwszych dwóch produkcji. Wzorem Jason Lives seria obiera stuprocentowo paranormalny kierunek, jednak wątek magii voodoo jest tak naprawdę tylko dosyć kiepskim pretekstem do wskrzeszenia Cordella. Postać Houngana jest płaska jak deska i zdaje się nie mieć żadnej motywacji. Chyba, że po prostu zależy mu, aby monstrum dostało swoją księżniczkę. Tak, ponownie można się doszukiwać powiązania Frankensteinem, tym razem Bride of Frankenstein.. Jednak dyskusyjne jest, czy seria potrzebowała scenariusza tego typu.

Równocześnie udało się stworzyć, zarówno w warstwie wizualnej, jak i treściowej, najmroczniejszą część cyklu. Poprzednio największym czarnym charakterem (chociaż mającym rację w swoim pragnieniu zemsty) był Matt Cordell, a przestępcy byli zaledwie pociesznymi płotkami. W trzeciej części sytuacja odwraca się i na jego drodze staną lekceważący swoich pacjentów lekarz, dwóch łowców sensacji, którzy jeżdżąc całymi nocami po mieście z kamerą, żerują na ludzkim cierpieniu i wspomniany Jessup, nadpobudliwy psychopata, grany przez dobrze znanego fanom z kilku kultowych produkcji (np. Dollman od Full Moon) Jackie Earl Haley (Freddy Krueger w niezbyt fortunnym remake'u A Nightmare From Elm Street). Każdy z nich w jakiś sposób zagraża wybrance Cordella. Z taką plejadą nieprzyjemnych typów po raz pierwszy Maniac Cop zaczyna przypominać slashera (i to raczej z późniejszego okresu, gdy przestano zaludniać ekran postaciami, których śmierci wcale nie chcieliśmy), czyli gatunek, w którym Cohen niezbyt się lubuje i nie pisał poprzednich części z myślą o tej konwencji. Tymczasem w Badge of Silence oglądamy jak nasz umarlak wykańcza kolejne kanalie i kiwamy głową z akceptacją.

Ostatecznie trzeci Maniac Cop jest przyzwoitym, ale jednak najsłabszym ogniwem serii, zgodnie za takie uważanym. Włócząc się po raz kolejny po ulicach z Cordellem, odnosi się wrażenie, że właściwa historia została już opowiedziana i czujemy się równie zirytowani jak on sam, chcąc, aby dano mu już spokój. Po przeciągniętym, aczkolwiek efektownym finale myślimy "No, w końcu". Jednak zakończenie ponownie tego nie sugeruje. Ale rzeczywistość postanowiła inaczej i wraz z napisami końcowymi żegnamy postać maniakalnego gliny. A przynajmniej w tym wcieleniu.

Dla pierwotnych twórców Maniac Cop 3 był bolesnym ciosem, a szczególnie Lustiga, który do dzisiaj nie może pogodzić się z powstaniem tego filmu i chce o nim po prostu zapomnieć. Przyznaje, że czasami w rozmowach z Cohenem zastanawia się, czy należałoby nakręcić zupełnie własną, czwartą część. Są to jednak tylko luźne dyskusje. Reżyser dodaje, że jest w zupełności zadowolony z dwóch udanych filmów i może tak powinno zostać. Serię możemy uznać za zakończoną, szczególnie, że w 2015 pożegnaliśmy się z Robertem Z'Darem, który nie grał tylko Cordella. On nim był.


Plakat zwiastujący potencjalny remake
Maniac Copa.
[EDIT 27.03.17] Wiem, wiem, remake jest potwierdzony. Mimo wszystko wolałem być ostrożny...

Kilka miesięcy po śmierci ikonicznego aktora rozbrzmiała informacja, że powstaje remake z Lustigiem i samym Nicolasem Windingiem Refnem w rolach producentów. Na krzesełku reżysera miałby zasiąść odpowiedzialny za odważne sequele do Universal Soldier John Hyams, a historią zająłby się scenarzysta komiksowy Ed Brubaker. Co prawda od czasu do czasu pojawiają się kolejne skromne informacje z ust Refna i najwyraźniej projekt powoli zmierza do przodu, ale nadal zdaje się on pozostawać on w sferze mglistych niusów, które nie muszą się spełnić. Pozostaje utemperować swoje oczekiwania i cierpliwie czekać.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o potencjalnym remake'u, w głowie wyjątkowo pojawiło mi się "to może zadziałać", w opozycji dla częstego "przecież oryginał i tak będzie lepszy!". Już w latach 80-tych Cohen napisał Maniac Copa jako pytanie "co by było, gdybyśmy bali się policji?". On sam nigdy nie miał z nią problemów, ale podkreśla, że dla ludzi pochodzących z grup etnicznych mundurowi zawsze byli zagrożeniem, tak jak Matt Cordell dla każdego przechodnia. A obecnie nie jest tajemnicą, że całe Stany Zjednoczone nienawidzą policji. Przy takich nastrojach społecznych nowy Maniac Cop w rękach odpowiednich ludzi (a proponowana ekipa brzmi obiecująco) mógłby okazać się celnym komentarzem.

To jednak na razie tylko ewentualna przyszłość. Pozostaje cieszyć się istniejącą trylogią, która jako całość jest naprawdę smakowitym, krwistym kąskiem, który schował się w cieniu wielkich braci noszących maskę hokejową i pasiasty sweter. Polecam z całego serca obejrzenie całej serii i wyrobienie sobie o niej opinii. Inaczej będziecie mieli tylko prawo do zachowania milczenia... na zawsze!
Czytaj całość »

15.01.2017

RE-ANIMATOR (1985)

W 1984 dyrektor artystyczny ze znajdującego się w Chicago Organic Theater zapragnął spróbować innego medium i nakręcić film. Nazywał się Stuart Gordon. Za radą swojego znajomego, Boba Greenberga, postanowił, że będzie to horror, gdyż można je nakręcić tanio i niezależnie od ich jakości, zawsze się zwrócą. Gordon zastanawiał się, czy nie nadszedł czas na następną ekranizację Frankensteina. Bob dał mu kolejną dobrą radę: zasugerował Herbert WestaReanimatora H.P. Lovecrafta. Przyszły reżyser był miłośnikiem twórczości tego pisarza, ale nigdy nie dane mu było przeczytanie tego opowiadania, gdyż wówczas nie było one dostępne w druku. Sześć miesięcy później dostał pozwolenie od Biblioteki Publicznej w Chicago, aby przeczytać znajdujący się tam stary, pulpowy magazyn zawierający materiał na przyszły film. Ponieważ pismo wręcz rozsypywało się w rękach ze starości, poprosił o wykonanie kopii. Gdy w końcu przeczytał podzielone na sześć części opowiadanie, uznał, że to jest to.

Rozpoczęto prace na scenariuszem. Pierwotnie pisano go z myślą o telewizji, a cała historia miała zostać rozłożona na półgodzinne odcinki. Miała to być wierna ekranizacja, rozgrywająca się w tej samej epoce co oryginał. Sugerowało to duży budżet, co z miejsca skreślało projekt w oczach włodarzy stacji. Na dodatek telewizje zaczęły odchodzić od formatu półgodzinnego na rzecz godziny. Scenariusz uległ modyfikacji: pierwsze dwie części opowiadania postanowiono zamknąć w jednym dłuższym odcinku. Już wtedy zaczęto przenoszenie fabuły do czasów współczesnych.

Przełom nastąpił, gdy Greenberg zapoznał Gordona z początkującym producentem Brianem Yuzną (przyszłym reżyserem takich filmów jak Society Return of the Living Dead III i dwóch sequeli, właśnie, Re-Animatora). Brian współpracował wówczas z przyszłym dystrybutorem Re-Animatora, Empire Pictures (studio Charlesa Banda, które po upadku miało przerodzić się w króla rynku wideo, czyli Full Moon) nad własnym projektem: antologią na podstawie komiksów undergroundowego rysownika Kima Deitcha, jednak zdawał się on nie zmierzać w żadnym kierunku. Yuzna pozostał zatem z niewykorzystanymi funduszami. Problem budżetu na dzieło Gordona został rozwiązany. Pod wpływem nowego współpracownika zaszła również najważniejsza zmiana: to musiał być film kinowy.



Pierwotnie Stuart chciał nakręcić swój pierwszy film na znanym gruncie: deskach Organic Theater. Jednak zarząd teatru przeraził się, że budynek ma posłużyć jako miejsce produkcji horroru. Nie tracąc zapału, nieopierzony reżyser przeniósł się ze swoją pracą do Los Angeles. W listopadzie 1984 ruszyły 18-dniowe zdjęcia.

Re-Animator Stuarta Gordona jest luźną ekranizacją opowiadania z 1922 roku autorstwa H.P. Lovecrafta. Główny bohater, Dan Cain (Bruce Abbott), jest obiecującym studentem medycyny na Uniwersytecie Miskatonic. Jego plany ukończenia szkoły i poślubienia swojej dziewczyny Megan (Barbara Crampton) zostają pokrzyżowane, gdy w jego życiu pojawia się nowy uczeń uniwersytetu i współlokator: utalentowany, ale niezwykle dziwaczny i krnąbrny Herbert West (Jeffrey Combs). Z początku sprawiający wrażenie nieszkodliwego, szybko odsłania przed Cainem swój straszny sekret: stworzył substancję przywracającą zmarłych do życia. West, który odniósł już pewien sukces w ożywianiu zwierząt, jest opętany wizją w pełni udanego wskrzeszenia człowieka. Dan zostaje wciągnięty w serię eksperymentów, których następstwa będą coraz bardziej groteskowe, a ich twórca: coraz bardziej bezwzględny.

Po pierwszym obejrzeniu Re-Animatora ciężko mi było ocenić ten film. Nie wydał mi się on nadzwyczajny. Jednak z każdym kolejnym seansem, poczynając od drugiego, zaczęło do mnie docierać, że mam do czynienia z produkcją wyjątkową, w której wszystkie elementy doskonale ze sobą współgrają. Będąc miłośnikiem tego typu kina, czyli gatunkowego z naciskiem na horror, przywykłem do filmów mających wyraźnie widoczne wady, poczynając od niedoróbek w scenariuszu, nierównego tempa lub kiepskiego aktorstwa. Jednak w ostatecznym rozrachunku często mi się one podobają, ale mogę również napisać sporo o ich problemach. Tymczasem w Re-Animatorze... ciężko się do czegoś przyczepić. I chyba dlatego ciężko było mi określić moje uczucia wobec dzieła Gordona. Bo nagle trafiłem na obraz, w którym wszystko jest na swoim miejscu i bez przestojów wędruje od punktu A do B. Poczynając od suchego, ale trafnego humoru, wszechobecnych efektów i kończąc na bezbłędnych kreacjach aktorów. Re-Animator korzysta z tematyki i elementów zawartych we wszystkich filmach, które zmieściłem w zdaniu o produkcjach z wadami, czyli absurdu, dziwaczności i makabry, robiąc z nich najlepszych użytek.



Gdy przesłuchiwano aktorów, zbawiennym okazał się fakt, że dobierano ich parami. W ten sposób dostaliśmy ekranową parę w postaci Bruce'a Abbotta i Barbary Crampton, których doskonałe relacje mają swoje odzwierciedlenie na ekranie. Sam Bruce świetnie wciela się w zwykłego, wręcz nieco bezbarwnego młodego mężczyznę, który tak naprawdę reprezentuje publiczność: pełną pytań wobec efektów pracy Westa. Grany przez Jeffreya Combsa szalony naukowiec stał się najbardziej ikoniczną reprezentacją tej lovecraftowskiej postaci. Sam Stuart Gordon przyznał, że spodziewał się kogoś o wyglądzie rodem z opowiadania: błękitnookiego, wysokiego aryjczyka. Jednak nie wyglądem, a grą aktor błyskawicznie otworzył sobie drogę do tej produkcji. Nie było innych Westów. Był tylko Combs, który doskonale oddał ekscentryzm, dziwactwo, fanatyzm oraz znieczulenie cechujące tego (anty)bohatera. Pierwotnie scenariusz skupiał się bardziej na Danie i Meg. Przyznanie większej roli Westowi było chyba najlepszą decyzją, gdyż prawdopodobnie i tak to on ukradłby cały film. Po środku stoi zaś Barbara Crampton w roli dziewczyny, która próbuje uratować swojego chłopaka przed zgubnym wpływem Herberta Westa. Jej rola wymagała odwagi z bardzo oczywistego powodu: występuje na ekranie nago i na dodatek w bardzo niekomfortowej scenie. Pierwotnie rolę Meg miała zagrać inna aktorka, której imię nie jest znane. Po konsultacji z matką uznała, że nie może zagrać w tym filmie. Można powiedzieć, ze Barbara Crampton stała się dla tej produkcji kimś jak Linnea Quiqley: gdy była potrzebna kobieta gotowa na pokazanie swoich wdzięków, ona uratowała sytuację. W połączeniu z nieprzyjemną sceną, gdyby się nad tym zastanowić: jej postać ma najbardziej przekichane w tym filmie.

No i jest jeszcze David Gale, wcielający się w przebiegłego doktora Hilla. Pomiędzy nim a Westem od pierwszego spotkania wywiązuje się konflikt, który staje się napędem dla całej fabuły. Do wyboru było dwóch aktorów: Gale ze swoim "hammerowskim" stylem gry i ktoś, kogo imienia ponownie nie znamy, mający bardziej realistyczne podejście do postaci. Ostatecznie wybór padł na tego pierwszego, gdyż Stuart stwierdził, że jest "niczym Boris Karloff". Co zabawne i zarazem smutne, udział w Re-Animatorze kosztował Gale'a małżeństwo. Nie tylko Barbara Crampton brała udział w TEJ scenie. Żona aktora opuściła kino oburzona.

Zarówno Jeffrey Combs, jak i Barbara Crampton stali się ulubieńcami Gordona. Ten zaangażował ich do swoich kolejnych filmów opartych o twórczość Lovecrafta: From Beyond (1986) i niedocenionego Castle Freak (1995).



Najważniejszym elementem filmu jest sfera wizualna na którą składają się liczne efekty specjalne oraz zaskakująco wierne podejście do... śmierci. Łącznie znalazło się tutaj aż 89 scen z użyciem efektów. Ze względu na ograniczenia budżetowe (milion dolarów) pozwolono sobie tylko na jeden efekt optyczny (wynalazek doktora Hilla, czyli wiertło laserowe. Co ciekawe, ów przyrząd nie istniał w trakcie powstawania i wyświetlania filmu. Re-Animator przewidział zatem późniejszy sposób wykonywania lobotomii). Przy wykorzystaniu doświadczeń z teatru cała reszta efektów została wykonana na planie. Zatem z każdym zwyrodnieniem i obrzydliwością na ekranie (David Gale wyciągający krowi mózg grający ludzki ze sztucznej głowy) aktorzy naprawdę mieli kontakt. A za to przecież kochamy produkcje z tamtego okresu.

Pisząc o wiernym podejściu do śmierci: Stuart Gordon podszedł do sprawy z drastyczną dokładnością, odwiedzając wraz z aktorami kostnice. Reżyser dzięki temu nauczył się, że zwłoki nie są po prostu blade jak w wielu filmach. Mają "wszystkie kolory tęczy". Nie szczędził sobie również drastyczniejszych widoków i sporządził listę trupów z poszczególnymi ranami i uszczerbkami na których potem miano wzorować charakteryzację w filmie. Znajomy patolog sporządził dla niego cały szereg slajdów. Pokaz zrobił na Gordonie tak wstrząsające wrażenie, że ostatecznie zadowolił się oglądaniem samych slajdów pod światłem. Praca nad Re-Animatorem uodporniła go na tego typu widoki, a czarny humor pracowników kostnic, którzy traktują ciała jak śmieci (w końcu leżą w czarnych workach) znalazł swoje miejsce w filmie.

Efektem jest wybuchowy finał, w którym oglądamy zombie w najróżniejszych kolorach (od niebieskiej bladości po krwistą czerwień) i ze zróżnicowanymi okaleczeniami, które mają swoje odbicie w rzeczywistości. Pierwotnie trupów miała być cała armia. Budżet pozwolił na sześć. Czemu akurat tyle? Bo nie mieściły się jednocześnie w kadrze, sprawiając wrażenie większego tłumu.



Pisząc o kolorach, nie sposób nie wspomnieć o najbardziej charakterystycznym elemencie, czyli serum wskrzeszającym, które przez cały film jarzy się zielonym światłem ze strzykawek. Użyto płynu, który znajduje się we flarach. Jakby brakowało wrażeń dla aktorów: jest to niezwykle toksyczny specyfik i pod żadnym pozorem nie mógł zostać rozlany.

Jedna decyzja mogła sprawić, że widzowie nie zobaczyliby ani charakterystycznej zieleni, ani kolorowych zwłok. Stuart pierwotnie miał bardzo ambitny plan, aby nakręcić cały film na taśmie 16mm w czerni i bieli. Jednak Brian Yuzna ukrócił ten szalony plan.

Nie była to jedyna zmiana, która była kluczowa dla ostatecznego wyglądu produkcji. Pierwotnym operatorem kamery był Bob Ebinger, który pracował nad filmem przez pierwszy tydzień. Jego praca pokryła głównie sceny w domu Dana (ponownie, z powodu ograniczeń budżetowych cały film odbywa się we wnętrzach, nie licząc ujęcia uniwersytetu). Mimo, że Charles Band nie włożył w projekt złamanego centa, będąc dystrybutorem nadal miał pewien wpływ. Gdy zobaczył dotychczasowy materiał, uznał, że film jest zdecydowanie za ciemny i może wyglądać lepiej. Zasugerował swojego operatora, starego wyjadacza Maca Ahlberga. Ciężko określić, czy była to zmiana na lepsze od strony technicznej. Ale prawdopodobnie była dla całego filmu.



Stuart Gordon w materiałach, które obejrzałem przy pracy nad tym tekstem, często podkreśla, że na znakomitość Re-Animatora wpłynęło zebranie ekipy składającej się z odpowiednich ludzi. Jednym z nich był właśnie Mac. Będący zupełnym żółtodziobem w świecie kręcenia filmów Stuart znalazł w Ahlbergu mentora, który poprowadził go przez cały projekt. Zaowocowało to długotrwałą współpracą, gdyż nakręcili razem kolejnych siedem produkcji.

Koniec zdjęć (ostatni dzień trwał mordercze 16 godzin) był dopiero początkiem przygody. Pierwsza wersja filmu trwała 135 minut i została skrócono do dynamicznej godziny i dwudziestu minut. Oglądając wycięte sceny byłem nieco rozczarowany, że z filmu zniknęło mnóstwo dialogów rozwijających postacie i ich relacje (zniknął również cały wątek w którym Dr. Hill potrafił... hipnotyzować ludzi, aby byli mu posłuszni. Uznano, że film jest wystarczająco dziwaczny bez tego), jednak tempo zdecydowanie by ucierpiało. Ostateczną wersję dzięki jakości samego filmu ogląda się błyskawicznie.

Re-Animator nie mógł sobie pozwolić na zbyt szeroką kampanię reklamową. Czemu? Bo nie został sklasyfikowany przez MPAA. Okazało się, że po wycięciu wszystkich scen, które pozwoliłyby na uzyskanie kategorii R film trwałby ok. 40 minut. Postanowiono pójść za ciosem i wprowadzić go do kin w wersji "unrated", dzięki czemu publiczność mogła się cieszyć w pełni groteskową wizją reżysera. Rozgłos wypełnił braki w reklamie, sale wypełniły się ludźmi, a Re-Animator stał się małym sukcesem, który zyskał uznanie zarówno publiczności, jak i, ku zaskoczeniu Gordona, krytyków. Jednak nie okazał się blockbusterem i szybko przeminął. Wielkiego powrotu doczekał się dzięki rewolucji wideo, a stamtąd droga prowadziła do uzyskania statusu filmu kultowego wśród miłośników gatunku.

Nieco innego zdania są zatwardziali miłośnicy samego Lovecrafta, którzy uważają, że produkcja nie ma nic wspólnego z pierwowzorem. Należy jednak brać pod uwagę, że już on odstawał mocno od reszty twórczości pisarza, który raczej unikał obrazowych opisów makabry, czemu drukowany Re-Animator wyraźnie zaprzeczał. Z każdym kolejnym napisanym rozdziałem Lovecraft coraz bardziej był przekonany, że pisze parodię i w tym kierunku ostatecznie poszedł. Tak jak jego fani nienawidzą ekranizacji, tak on sam nienawidził swojego opowiadania, które tak naprawdę napisał tylko dla pieniędzy i musiał je sztucznie dzielić na części skrojone do publikacji w kolejnych numerach pulpowego magazynu (streszczenia na początku każdego rozdziału). Mnie jednak bardziej interesuje, że dostaliśmy świetny film. A jednocześnie uważam, że nieco krzywdzące jest przekonanie, że poza motywem reanimacji z opowiadania nie pozostało nic. Z oryginału zachowanych zostało wiele elementów, czasem nieznacznych, które, przy nadaniu postaciom nowych lub zmodyfikowanych ról, zaaranżowano na nowo, tworząc historię bardziej przystosowaną do niespełna półtorej godzinnego filmu, zachowując przy tym ducha oryginału. A ten przecież nie był kwintesencją Lovecrafta. Czy upragniona przez wielu wierna adaptacja sprawdziłaby się? To pytanie na razie pozostaje bez odpowiedzi. Jednak istnieje ryzyko, że byłaby zaledwie odtwórczą ekranizacją. Tymczasem dzieło Stuarta Gordona w swoim szaleństwie i świeżości broni się samo. A po przeczytaniu opowiadania tylko zyskuje.

Przeczytajcie pierwowzór, obejrzyjcie film, powtórzcie. Re-Animator to dla wielu klasyka gatunku i jeżeli jeszcze go nie widzieliście: jest szansa, że również dla was zyska ten status.


Trailer

Czytaj całość »

27.12.2016

JAK UPOLOWAĆ FILMY KULTOWE I GATUNKOWE ZA GROSZE

Edit (30.12.2016): mała poprawka w akapicie o Amazonie. Pośrednictwo Amazona jednak nie gwarantuje wysyłki do Polski + małe doprecyzowanie na czym to pośrednictwo polega.

W życiu miłośnika włoskich horrorów, slasherów z lat 80, produkcji Tromy, krótko mówiąc, kina kultowego i gatunkowego, przychodzi taki moment, gdy piracenie wszystkiego na potęgę przy narzekaniu, że w Polsce nic nie jest wydawane (co w 99% niestety jest prawdą) przestaje satysfakcjonować. Ma się ochotę zobaczyć na swojej półce ogromną kolekcję płyt z filmami. I to nie byle jaką, nie stare DVD z horrorami od Carismy. W parze z tym marzeniem często może nie iść budżet. Jednak przy odpowiedniej ilości czasu i samozaparcia można zbudować naprawdę przyzwoity zbiór filmów wybijający się ponad przeciętność.

Tekst jest oparty tylko o moje doświadczenia, dlatego nie pokrywam w nim absolutnie każdego źródła, z którego można czerpać filmy (nie dowiecie się ode mnie na przykład jak kupić czeskie wydanie Toxic Avengera. Prawdziwy przykład, potwierdzający jak ubogi jest polski rynek). Ciekawszą część mojej półki zajmują wydania angielskie i o zdobywaniu takowych będę pisał. Moja kolekcja nie jest najlepsza na świecie, dopiero rozwija się w obiecującym kierunku. Nie posiadam również odtwarzacza Blu-ray, dlatego dowiecie się tylko o DVD. Mogę jednak doradzić, że w niektórych przypadkach filmy w niebieskich pudełkach okazują się być tańsze od swoich starszych braci.

POLOWANIE NA ALLEGRO


Allegro to twój największy wróg, ale i najlepszy przyjaciel jeżeli jesteś początkującym miłośnikiem dziwnych filmów. Szczególnie młodszym, który nie ma możliwości sprowadzania ich zza granicy. Największy wróg, ponieważ na Allegro nie wystarczy wpisanie tytułu filmu, tudzież przeszukanie odpowiedniej kategorii, gdyż najlepsze aukcje często są schowane bardzo głęboko. A gdy już coś dorwiecie, może okazać się, że kupicie podróbkę, czyli bootlega. Allegro to nie Amazon, gdzie dostaniecie oryginalny towar. To taki polski Ebay, gdzie każdy może wystawić dowolny szmelc. Sprzedający oczywiście nie piszą, że film jest nieoficjalnym wydaniem, bądź po prostu nawet nie wiedzą. Co prawda nigdy nie zdarzyła mi się wpadka, ale kilka dni przed napisanie m tego tekstu odnalazłem na Allegro DVD z Conquest Lucio Fulciego za magiczną cenę 10 złotych. To było zbyt piękne. Na szczęście na zdjęciu okładki widoczne było logo producenta. Szybkie poszukiwanie w Google wyraźnie wykazało, że mam do czynienia z bootlegiem. Pewnie, jeżeli zbieracie takie ciekawostki droga wolna, ale jeżeli szukacie oryginalnych DVD, na pewno będziecie rozczarowani niską jakością wydania (chociaż to tyczy się również tych oficjalnych).

To co teraz zrobię, zapewne będzie mało subtelne i może sprawić, że za kilka lat ten tekst będzie mocno nieaktualny, ale muszę wytknąć palcem jednego z użytkowników, który jest dobitnym przykładem, co jest nie tak z Allegro. Zawyżone ceny zagranicznych wydań. Jeżeli natraficie na Allegro na film, który kosztuje o sto złotych więcej niż gdybyście sprowadzili go zza granicy, zapewne trafiliście na aukcję użytkownika Studentgryf. Wśród wielu sprzedających na Allegro panuje przekonanie, że skoro dany towar jest niedostępny w naszym kraju, jest na tyle ekskluzywny, że można go sprzedawać po absurdalnych cenach w zamian za wątpliwy luksus możliwości zakupu w obrębie kraju. Czasami lepiej dłużej poczekać i zostawić dodatkowe sto złotych w kieszeni. Wysyłka zza granicy często nie jest zbyt tania, ale i tak wyjdziecie na tym lepiej niż kupując u cwaniaczków z Allegro. Szczególnie, że sprzedający wcale nie musi mieć filmu na stanie. I będziecie czekać równie długo.

Natomiast najlepszym przyjacielem Allegro może okazać się w kategorii "używek". Jeżeli nie celuje się jeszcze w najlepsze i najnowsze wydania poszczególnych filmów, można wyłowić prawdziwe perełki. Owszem, raz natrafiłem na zafoliowane wydanie trzeciej części Texas Chainsaw Massacre za 10 złotych z darmową wysyłką, ale to odosobniony przypadek. Teraz mówimy o płytach "z drugiej ręki".

Aby trafić na najlepsze okazje na Allegro potrzeba przede wszystkim czasu i cierpliwości. Ale nie zalecam przesadzania: przeglądanie całej sekcji z hororami o deski do deski może być żmudne i okazać się bezowocne. Bo jak już pisałem: najciekawsze rzeczy na Allegro są ukryte najgłębiej. Wystarczy pokombinować. Dobrą taktyką jest wpisywanie wszystkiego co przychodzi do głowy w tematyce kina kultowego. Tytuły filmów, nazwiska reżyserów: nawet jeżeli nie szukacie tej rzeczy, którą wpisujecie, może was ona naprowadzić na coś zupełnie innego. Przykład: wpisałem od niechcenia Zombi, mimo, że już posiadam ten film w swojej kolekcji. I natrafiłem na użytkownika, od którego za 30 złotych kupiłem używane, ale zadbane City of the Living Dead od Arrow Video (owszem, uboższe, jednopłytowe wydanie bez książeczki, ale jednak). W tym przypadku była to licytacja, ale nikt się nią nie interesował, bo była trudna do znalezienia co tylko potwierdza, że warto szukać jak najgłębiej. A po sprawdzenia innych przedmiotów w ofercie sprzedającego natrafiłem na Jason Goes to Hell w równie atrakcyjnej cenie. Dochodzimy do kolejnej zasady: jeżeli znajdziecie sprzedającego, który ma w ofercie ciekawe filmy, uczepcie się go jak rzep psiego ogona! Nie ograniczajcie się do jednej aukcji, koniecznie sprawdźcie inne przedmioty danego użytkownika, gdyż jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że znajdziecie jeszcze więcej unikalnych ofert. I koniecznie dodajcie go do ulubionych, aby śledzić, czy przypadkiem znowu nie wystawił czegoś bardzo atrakcyjnego.

Po lewej: Leatherface za 10 złotych we wzorowym stanie | Po prawej: Rekordowo tanie używki: City of the Living Dead (z odwróconą okładką) i Jason Goes to Hell



Wbrew pozorom warto szukać też polskich wydań (o których więcej napiszę kilka akapitów dalej) W przypadku Allegro skupię się przede wszystkim na wydaniach od świętej pamięci IDG. Być może pamiętacie serię Kino Domowe, która przez kilka lat była obecna w kioskach. Pozostałościami są takie perełki jak np. polskie wydania pierwszych czterech Hellraisera (pierwsze trzy części można obecnie znaleźć za grosze, gorzej z czwórką) czy Christmas Evil! Wydania co prawda nie posiadają dodatków, ale są dobrej jakości i sam fakt ich istnienia czyni je godnymi uwagi ciekawostkami.

Po lewej: Hellraiser z Kina Domowego |  Po prawej: Christmas Evil z tej samej serii, uszkodzone pudełko zamienione na bardziej pasujące białe

Jednak jeżeli chcecie kupić jak najwięcej za jak najmniej, musicie się trochę pobrudzić. Tutaj znowu będę pokazywał palcem i narażał ten tekst na dezaktualizację. Pewną część mojej kolekcji nabyłem u użytkownika kryjącego się pod nickiem muflondvd. Spodziewajcie się, że płyty mogą być plugawe. Zarówno ich jakość, ale przede wszystkim stan! Oblepione pudełka, porysowane, pokryte plamami płyty: krótko mówiąc, miejcie mokre ścierki w pogotowiu. Szczególnie, że czasami trzeba naprawdę porządnie przetrzeć płyty, aby działały bez problemu (to jednak na szczęście pojedynczy przypadek). Jednak lista produkcji, którą nabyłem u tego człowieka u niezbyt zamożnego fana takiego kina może wywołać mały ślinotok. The Howling, Texas Chainsaw Massacre z dodatkami, Texas Chainsaw Massacre: The Next Generation, Demons i Demons 2 (wydania tak okropne, że aż ciężko uwierzyć, że są oficjalne), At Dawn They Sleep (kręcony cyfrówką horror z 2000 roku. Do tej pory jestem zdziwiony, że mam to na półce), Jack Frost, Project Shadowchaser III czy Pieces (z brzydkim potworkiem z Photoshopa jako okładką). Trzeba być jednak świadomym, że są to starsze wydania, czasami z wczesnego okresu istnienia DVD. Dlatego nie spodziewajcie się dodatków, obraz może być w 4:3 (kwestia gustu), a film niezremasterowany (ponownie, kwestia gustu). Często są to zatem tanie wydania sprzed czasów wyrafinowanych wydawnictw pokroju Arrow Video, gdzie obok pięknej okładki dostajemy odrestaurowany film z licznymi dodatkami. Jednak dla początkujących i niegotowych na wydawanie kilkudziesięciu złotych na jeden film takie starsze wydania, niezależnie od ich stanu, mogą być zbawieniem. Szczególnie gdy za 20 złotych można ich kupić kilka. W przypadku tego sprzedającego koniecznie trzeba brać pod uwagę, że, zapewne ze względu na ogromną ofertę, nie zamieszcza on faktycznych zdjęć towarów, a tylko okładki z internetu.A te czasami niestety nie odpowiadają wydaniu, które faktycznie jest sprzedawane.

Upolowane muflony.



Jednak z czasem i to przestaje wystarczyć. Zaczyna się chcieć wydań pięknych, najlepiej z dodatkami i nowych. 

ZDALNY ATAK NA ANGLIĘ


Moje nadal świeże doświadczenie w kupowaniu filmów bezpośrednio zza granicy w 100% procentach wiąże się z zakupami online z Anglii, gdzie rynek jest bogaty w pożądane przeze mnie filmy. W porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi mamy gwarancję, że film jest w Regionie 2 (chyba, że posiadamy odpowiedni odtwarzacz), na pewno może zostać wysłany do Polski i nie zapłacimy fortuny za wysyłkę. Anglia to przede wszystkim dom uwielbianego przez wielu wydawnictwa Arrow Films i nie tylko. Ponieważ nie korzystam z Ebay'a, moje zagraniczne zakupy to już zupełnie inne doświadczenie niż na Allegro. Moja obecna "trójca święta" to brytyjski Amazon, Zavvi i 88Films.

Kupowanie na Amazonie (www.amazon.co.uk) nie wiąże się z kombinowaniem przy wyszukiwaniu. Każdy film jest szczegółowo opisany, dlatego wpisując tytuł lub reżysera można bardzo łatwo znaleźć pożądany dysk (czasami warto doprecyzować wyszukiwane hasło rokiem produkcji). Co prawda handel używkami jak najbardziej istnieje, skupiam się na fabrycznie nowych wydaniach. Bardzo często filmy są sprzedawane przez samą stronę i z takiej oferty korzystam, gdyż jest ona najpewniejsza. Czasem jednak wyróżniona zostaje oferta nie samego Amazona, a jednego ze sklepów na nim operujących. W ofercie widnieje wówczas oznaczenie "Fullfilled by Amazon". W takim przypadku Amazon jest pośrednikiem, który przechowuje i wysyła towar. Dlatego czasem na Amazonie dany film w wyróżnionej ofercie może zmienić swoją cenę nawet kilka razy w ciągu doby. Sklepy często oferują dużo atrakcyjniejsze ceny, ale mogą one dotyczyć pojedynczych kopii. A takie szybko się sprzedają i w mgnieniu oka zostaje przywrócona domyślna oferta samego Amazona (bądź wyróżniona zostaje inna, mniej atrakcyjna). Gdy widzicie cenę znacznie niższą od dotychczasowej: kupujcie, bowiem za kilka godzin może się okazać, że film znowu jest droższy.

Piętą Achillesową Amazona są ceny wysyłki. Nawet najtańsza oferta po dodaniu VAT-u i ceny transportu zwykłą pocztą może przestać by atrakcyjna. Film za 20 złotych nagle wyniesie was 40. Z drugiej strony należy pamiętać, że często jest to nadal lepsza oferta niż na Allegro. 

Amazon ma również problem z okładkami, co tyczy się wydań od Arrow, który wydaje poszczególne filmy wielokrotnie. Może się okazać, że niską cenę płacicie za starsze, uboższe wydanie (co przydarzyło mi się z Silent Night, Deadly Night. Okładka na stronie sugerowała wydanie z charakterystycznym dla Arrow layoutem otaczającym grafikę, które zawierało książeczkę. Dostałem starsze wydanie z pełną okładką i bez książeczki) Z drugiej strony zawsze są warte pieniędzy, nawet jeżeli mogą się od siebie różnić zawartością.

Kolejnym ciekawym sklepem jest Zavvi (www.zavvi.com), który ma nieco węższą ofertę od Amazona. Często zupełnie przypadkiem można natrafić na niższe ceny niż na Amazonie. Zavvi to przede wszystkim tania (2 funty) bądź darmowa (od 10 funtów) wysyłka do Polski, dlatego warto kupić za jednym razem kilka filmów. Nie trzeba też przejmować się VAT-em  W chwili pisania tego tekstu czekam na wcześniejsze wydanie Zombi 3 od 88 Films (ostatnia kopia), dwupłytowe Return of The Living Dead od Second Sight i starsze wydanie Frankenhooker od Arrow Drome (budżetowa seria od Arrow Films) za łącznie 98 złotych. Stówa? Pewnie. Ale w innej sytuacji zapłaciłbym tyle za jeden z tych filmów. Na Zavvi grunt to przeglądać stronę po stronie w ramach danego gatunku, gdyż można natrafić na promocje na najmniej oczekiwane tytuły.

Nieco inne jest natomiast 88 Films (www.88-films.myshopify.com), sklep wydawnictwa znanego szczególnie ze swoich wydań filmów Tromy i Full Moon. W ofercie są dostępne tylko ich wydania i co najważniejsze, często potrafią być tańsze niż na innych stronach. O dziwo, w ofercie nie ma jednak wszystkich filmów wydawnictwa, dlatego trzeba szukać w innych sklepach. Tak jak na Amazonie, problemem są cena wysyłki i VAT, jednak biorąc pod uwagę atrakcyjność niektórych ofert, warto się pogodzić z tymi niedogodnościami. Dodatkowo za zakupy użytkownicy dostają kredyty. Prawdopodobnie już po pierwszym zamówieniu będziecie mogli obniżyć wartość następnego o funta. Należy jednak pamiętać, że w niektórych przypadkach Zavvi może mieć atrakcyjniejsze oferty na filmy od 88 Films.

Po lewej: Silent Night, Deadly Night za 40 złotych z Amazona dzięki czujności | Po środku: Budżetowe wydanie za budżetową cenę: łącznie 50 złotych na Zavvi. Tymczasem na Amazonie: 17 funtów | Po prawej: Pierwsze trzy części Trancers w jednym pudełku za łącznie 60 złotych od 88 Films. Tanie boxsety to twoi przyjaciele. Ładnie wyglądają i zajmują mało miejsca.



Dwie sprawy na podsumowanie kwestii zakupów z Anglii: uzbrójcie się w cierpliwość. Czasami przesyłka można przyjść po tygodniu (co udało się Amazonowi), a czasami nie pojawi się nawet po trzech tygodniach. Nie panikujcie i czekajcie.

Druga rzecz: z żadnego z tych sklepów nie korzystajcie z oczekiwaniem, że kupicie po niskiej cenie właśnie ten film jakiego w danym momencie sobie życzycie. Bardzo prawdopodobne, że zamkniecie przeglądarkę ze spuszczoną głową po zobaczeniu 30 funtów. Jednak będąc takim pożeraczem specyficznego odłamu kina, jakim zapewne jesteście, skoro czytacie ten tekst, macie ogromny wybór. Nie ma "muszę to koniecznie teraz obejrzeć", jest "o, to powinienem obejrzeć". Lista ciekawych filmów nie ma końca i kierując się niską ceną możecie trafić na perełki, bądź nabyć produkcje, które kiedyś były właśnie takimi "muszę obejrzeć", ale o nich zapomnieliście, bo miały wówczas zaporową cenę. W ten sposób można zbudować naprawdę znakomitą kolekcję, nie wydając przy tym fortuny i fundując sobie mnóstwo zabawy z produkcjami, o których kilka tygodni temu nawet nie pomyśleliście. Na każdy film w końcu przyjdzie czas, o to się nie martwcie. Po drodze kupicie kilka równie, a nawet bardziej wartych uwagi.

TROPIENIE W MIEJSKIEJ DŻUNGLI


Wróćmy ponownie do naszego kraju. "Po co?" zapytacie. Cóż, kolejny sposób zdobywania mało powszechnych filmów wymaga, o zgrozo, wyjścia z domu. Podobnie jak grzebanie na Allegro, jest to metoda czasochłonna i  w tym przypadku wyjątkowo mało owocna. O czym mówię? O wyprawach do Saturna i Media Markt. Najlepiej każdego oddziału, który wam tylko przyjdzie do głowy. Ostrzegam, niewiele można znaleźć, szczególnie grzebiąc w koszach i przeszukując półki od lewej do prawej. Jednak w naszym kraju na przestrzeni lat na DVD pojawiały się produkcje, o których nawet bym nie pomyślał. Często kryją się one w magazynach takich sklepów, aby pewnego dnia pojawić się na półkach w promocji. W Saturnie pewnego razu natrafiłem na pierwsze Child's Play, obie części The Fly i Moneky Shines. Wszystkie po 20 złotych (z wyjątkiem drugiego The Fly, które przy kasie niestety okazało się droższe, uważajcie). Tego typu wydania są często dosyć rzadkie i na Allegro mogą osiągać wyższe ceny, dlatego jakakolwiek ich obecność w tego typu sklepach to błogosławieństwo.

Łowy na Saturnie


Jeszcze wcześniejsza sytuacja przydarzyła się pewnego skwarnego dnia, gdy wparowałem do Media Markt i w koszu znalazłem niemal wszystkie części Friday the 13th (jeżeli dobrze pamiętam od 2 do 8). Ponownie, obecnie rzadsze wydania Po 10 złotych każda. Jako wisienkę na torcie dodałem Masters of the Universe, również w tej cenie. 

Po lewej: Cud nad Crystal Lake | Po prawej: Wisienka



No i Nemesis 2 za bodajże 14 złotych. To jedno z tych wydań, które jest po prostu wersją z polskiej kasety wrzuconą bezczelnie z brakiem możliwości wyłączenia lektora na DVD. Ale znalezione w smutnym sklepie zwanym Empikiem.

Jednak, ponownie, należy pamiętać, że tego typu sytuacja to prawdziwa rzadkość i w większości przypadków czekać będzie tylko ogromne rozczarowanie asortymentem sklepu.

Wariant z tymi sieciami można również wycisnąć do ostatniej kropli korzystając z ich stron. Ponownie, należy szukać strona po stronie. Ceny wysyłki są mało atrakcyjne a odbiór osobisty w sklepie również wiąże się z opłatą. W ten sposób w Empiku kupiłem polskie wydanie The Demolitionist (dokładnie takie samo wątpliwe wydawnictwo jak Nemesis 2) i... polskie wydanie Lifeforce w Saturnie.

We wszystkich przypadkach (poza wspomnianymi pseudo-DVD z kaset), tak jak w wydaniach od IDG, nie uświadczycie dodatków, ale jakość jest zadowalająca (płyty to częste międzynarodowe wydania ubrane w przetłumaczoną okładkę). I po prostu ciężko przejść obok nich obojętnie.

Kilka lat temu trafiłem w Media Markt na międzynarodowe wydanie The Warriors, z polskim tekstem po prostu przyklejonym z tyłu, co zostawiło paskudną plamę na okładce. Ale wtedy nawet nie marzyłem o kupowaniu filmów na większą skalę...

Po lewej: Polskie wydania Nemesis 2 i The Demolitionist, bezczelne kopie z kaset z lektorem | Po prawej: Niespodziewane polskie wydanie Lifeforce i międzynarodowe The Warriors, zapaskudzone z tyłu naklejką z polskim tekstem


POŁÓW W STRUMIENIU


Jeżeli mimo wszystko nadal nie możecie/nie chcecie kupować filmów na nośnikach, bądź wyczerpał wam się zapas nieobejrzanych filmów w szafie i szukacie czegoś nowego na teraz, a przede wszystkim w każdym z tych przypadków zależy wam na legalności, warto skorzystać z serwisów streamingowych. Niestety, wiele z nich nie jest dostępne w Polsce, ale znalazłem dwie warte uwagi opcje dostępne dla całego świata.

Full Moon Streaming (www.fullmoonstreaming.com) to, jak wskazuje nazwa, serwis streamingowy kultowego studia Full Moon. Za 30 złotych za miesiąc możecie nadrobić dużą część biblioteki studia, zwłaszcza tak długie cykle jak Puppet Master i Trancers (niestety w chwili pisania tekstu z jakiegoś powodu ze strony zniknęła druga część Subspecies) Nowe  i stare) filmy są dodawane z dużą częstotliwością i na dodatek nie są to tylko produkcje Full Moon. Na stronie znajdziecie również takie perełki jak niektóre filmy Lucio Fulciego czy cykl Blind Dead. Za niewysoką cenę możecie zatem obejrzeć ogromną ilość filmów. Na upartego całą bibliotekę w miesiąc. Jak każdy szanujący się serwis streamingowany, możliwe jest również skorzystanie z tygodniowego triala.

Troma Now! (watch.troma.com) Krótko mówiąc: strona z filmami Tromy. Ze starymi i nowymi (m.in. recenzowany przeze mnie B.C Butcher). Można tutaj znaleźć także takie rzadkie dziwactwa jak program Troma Edge TV czy serial Chainsaw Sally. 20 złotych miesięcznie i opcja miesięcznego triala.

Kanał Troma Movies (https://www.youtube.com/user/Tromamovies) Jeżeli zależy wam tylko na klasyce od Tromy, możecie zobaczyć ją w całości w cenie swojego rachunku za prąd i Internet. Na kanale YT Tromy możecie znaleźć wszystkie stare i dobrze znane produkcje za darmo ze wszystkimi częściami Toxic Avengera na czele. Tylko nie włączajcie AdBlocka.
____________________________________________________________________________________________________________________________________

I to już naprawdę wszystko. Wyczerpałem wszystkie znane mi możliwości na legalne i przede wszystkim fizyczne oglądanie filmów dziwnych, brutalnych, starych i zapomnianych. Być może znajdziecie poradnik kogoś bardziej doświadczonego, ale mam nadzieję, że ten tekst pozwoli przynajmniej kilku początkującym maniakom powyższych produkcji na rozpoczęcie swojej kolekcji za znośne pieniądze, a tym, którzy przede wszystkim patrzą za granicę: wyłowić z ignorowanego do tej pory bagna (Allegro) kilka niezłych okazji.

Kupujcie, oglądajcie, kupujcie, oglądajcie, kupujcie, oglądajc...
Czytaj całość »

16.10.2016

FRIGHTMARE (Gwiazda horroru) (1983)

Conrad Radzoff to przebrzmiały i zapomniany aktor, który w czasach kina czarno-białego triumfował na ekranie jako gwiazda kina grozy. Teraz jego postać wampira może co najwyżej wystąpić w reklamie. Na niedługo przed swoją śmiercią z frustracji dopuszcza się dwóch niezauważonych morderstw (w obu przypadkach ofiarami są reżyserzy).

Po pogrzebie grupka studentów aktorstwa postanawia wykraść z grobowca ciało swojego idola i w hołdzie spędzić z nim noc w jego starej posiadłości. Nie spodziewają się, że zmarły powróci do życia i będzie dalej zabijał. I już nie będzie tylko człowiekiem.

Nie ulega wątpliwości, że przy "Frightmare" z 1983 roku (w rzeczywistości nakręcone w 1981 i znane również pod tytułami: trafnym "Horror Star" i "Body Snatchers") reżyserowi przyświecał następujący cel: ożenić klasyczny, gotycki horror z modnym wówczas slasherem. Dostajemy zatem postać Conrada, który w świecie tej produkcji jest figurą na miarę Beli Lugosiego, Christophera Lee, Vincenta Price'a czy Petera Cushinga, ale też grupkę niezbyt inteligentnej młodzieży, którą po kolei spotka śmierć. Z jednej strony największa zaleta filmu, a z drugiej jego największa wada.

Grany przez znanego z "Nieustraszonych Pogromców Wampirów" Polańskiego Ferdy'ego Mayne'a Conrad podnosi klasę filmu i jest jedynym jego interesującym aspektem. Oglądamy klasycznego gwiazdora o dżentelmeńskich manierach, który po śmierci staje się nadnaturalną istotą rodem ze swoich filmów. Conrad, odziany w ikoniczny płaszcz wampira, sunie bezszelestnie w ciemności wśród zawsze zwiastującego jego obecność dymu i wykańcza swoje ofiary przy pomocy mocy psychicznych. Brzmi ciekawie? Pewnie, ale niestety to trochę za mało, aby ponieść ten bezpłciowy horror do końca.

Bo ofiary Conrada to banda, jaką wielokrotnie można znaleźć w tych mniej udanych slasherach: pozbawiona charakteru zbieranina, którą ciężko rozróżnić. Od początku odpychają widza swoją głupotą (kradzież zwłok) i w żaden sposób nie zyskują jego sympatii. Do tego dochodzi drewniana gra aktorska i mamy postacie, które na start zostają zmarginalizowane. Bo oglądający niemal od razu kibicuje czarnemu charakterowi i czeka, aż cała zgraja pójdzie do piachu.

Hej, wiecie, że wśród nich znajduje się młody Jeffrey Combs? Aż ciężko uwierzyć, że to gwiazda "Re-Animatora", kilka lat przed swoim hitem.

Jednak wracając do zabijania, bo o to tutaj chodzi: sceny mordu nie są złe, niekiedy całkiem pomysłowe (napiszę tylko, że Conrad lubi używać telekinezy do podnoszenia trumny), ale znowu: nie wystarczą, bowiem całość jest wyprana z emocji i co gorsza, w wielu momentach zaczyna nudzić. Film cechuje fatalne tempo, które uzewnętrznia słabość slasherowego schematu, czyli "postać błądzi w ciemności przez kilka minut, po czym zostaje zabita". I tak kilka razy, bowiem ofiary eliminowane są pojedynczo. Znane i lubiane. Tylko tutaj strasznie męczące.

Przyzwoita jest natomiast oprawa audiowizualna. Poza kilkoma scenami dziennymi, większość akcji rozgrywa się w nocy, gdzie na ekranie dominują kolory niebieski, czarny i biały. Dodajmy do tego kłęby dymu, wśród których zawsze pojawia się Conrad i wynikiem są całkiem przyjemne dla oka, mroczne scenerie. Szkoda tylko, że dosyć często na ekranie jest za ciemno. Ścieżka dźwiękowa skutecznie bierze udział w tworzeniu nastroju, chociaż czasami zbytnio bombarduje widza zniekształconymi szeptami i szumami, jakby usilnie chciano jak najbardfziej zagęścić atmosferę. Co, patrząc na resztę filmu, nie dziwi.

Czym jest zatem "Frightmare"? Nijakim slasherem, który próbuje oddać hołd produkcjom sprzed kilku dekad z marnym efektem. Warto obejrzeć dla postaci Conrada i niezłego klimatu. Gdyby jednak czarnym charakterem był tradycyjny zabójca z nożem, film byłby nieznośny. Tylko wielka gwiazda horroru była w stanie aż tak podwyższyć ocenę.



Trailer

Czytaj całość »

14.09.2016

THE GARBAGE MAN (2009)

Tom prowadzi monotonne życie, toczące się pomiędzy fotelem przed telewizorem a tyłem śmieciarki w pracy. Zdaje się być nieco dziwnym i zamkniętym w sobie, ale jednak normalnym człowiekiem. Nikt z jego otoczenia nie podejrzewa, że jest seryjnym mordercą, który każdego dnia w swoim domu zabija kolejną schwytaną ofiarę. Wydaje się, że Tom nie ma żadnych motywów, jednak odpowiedź leży w jego tragicznej przeszłości.

"The Garbage Man" jest pierwszym filmem Harta D. Fishera, człowieka, który swoim komiksem o seryjnym mordercy Jeffrey'u Dahmerze wywołał niemałe zamieszanie na początku lat 90-tych. W nastroju jakże charakterystycznej dla Stanów Zjednoczonych moralnej paniki nie obyło się zatem bez protestów, sprawy w sądzie zapoczątkowanej przez rodzinę Dahmera, a Fisher wylądował w kilku programach telewizyjnych.

W tym trudnym okresie Hart rozpoczął pracę nad swoim filmem o czarnym seryjnym mordercy. Jakby ciągłe ataki na jego osobę nie były wystarczającą udręką, w jego życiu doszło do tragedii. Dziewczyna Harta, Michelle, została zgwałcona i zamordowana przez czarnoskórego oprawcę podczas napadu na motel. To wydarzenie z pewnością nie mogło pozostać bez wpływu na ostateczny kształt filmu.

Po wielu trudnościach, "The Garbage Man", zmontowany i gotowy do wydania, kiedyś kręcony z myślą o rynku VHS, trafił prosto na DVD w... 2009 roku.

"The Garbage Man" chlubi się tytułem pierwszego filmu o czarnym seryjnym mordercy. Jednak poza kolorem skóry naszego anty-bohatera nie wnosi to zbyt wiele. Siła filmu tkwi w innych aspektach, wykraczających poza sensacyjne hasło reklamowe.

Tak jak napisałem na początku, obraz skupia się na codziennym życiu tytułowego śmieciarza, który od nie wiadomo jak dawna uprawia ludobójstwo. Ogłuszone ofiary zaciąga do bagażnika, zabija w domowym zaciszu, po czym kroi na kawałki, aby następnie w czarnych workach umieścić je ponownie z tyłu samochodu. Zdawać by się mogło, że film o takiej tematyce pełen będzie scen zabójstw i gore. Jednak często nie zostają one nawet ukazane, a o los ofiar w wielu przypadkach zostaje ukazany dużo później. Chronologię akcji zaburza sam Tom, ciągle popadając w zamyślenie i wracając do swoich minionych czynów, często rzucając widzowi światło na przeszłe wydarzenia. Ciężko jednak pisać o jakiejkolwiek ciągu fabularnym. To historia bez początku i końca. Obserwujemy jakiś wycinek z życia Toma i nie ma znaczenia jaki byłby to okres. Jego żywot to dom, praca i zabijanie. Gdy obserwujemy Toma zajmującego się błahymi czynnościami takimi jak zmywanie, pranie czy wyrzucanie śmieci w pracy, uświadamiamy sobie, że sceny mordu nawet nie są potrzebne. Bo zabijanie stało się dla niego taką samą rutyną jak chodzenie do pracy. Wszystko się zlewa. 

Nie można zaprzeczyć, że "The Garbage Man" w dużej mierze nosi piętno filmu amatorskiego, wykonanego przez osobę niedoświadczoną w tworzeniu tego medium. Pojawia się częsty dla tego typu produkcji problem: tempo akcji. Rozumiem, że  niektóre przydługawe sceny mają ukazać jak monotonna i nieznośna jest egzystencja mordercy, jednak takie momenty jak (na szczęście przyspieszony) proces przygotowywania zamówionej przez niego pizzy czy dostawca kiwający się przez kilka minut za kierownicą sprawiają wrażenie zapychaczy sztucznie wydłużających całość do obowiązkowej godziny i dwudziestu minut.

Film ma teledyskowy montaż. Dużo tutaj nagłych cięć, spowolnień i zmian koloru. Zdawać by się mogło, że wprowadzają tylko niepotrzebny chaos, jednak ukazują one co się dzieje w głowie Toma. Gdy zostaje zapytany przez współpracownika co porabia w wolnym czasie, nagle na ekranie pojawiają się zwłoki wiszące pod sufitem. Po czym Tom przystępuję do wyjaśniania, że nic szczególnego. Tak, takie zabiegi zdecydowanie działają na korzyść tej produkcji.  

Nakręcony na taśmie 16mm "The Garbage Man" wygląda niezwykle surowo. Obraz jest nieostry, ziarnisty i doskonale tworzy klimat tej brudnej, mocno osadzonej w nieprzyjaznej rzeczywistości historii.

Strona filmu na IMDB nie zawiera żadnych informacji o aktorach. Nie ulega wątpliwości, że mamy do czynienia z naturszczykami i znajomymi Harta. Określę to tak: gra jest wystarczalna. Nie razi sztucznością i nie wpływa zbytnio na odbiór filmu.

"The Garbage Man" to rzecz warta sprawdzenia. Często tego typu projekty owocują czymś zupełnie nieoglądalnym, jednak film Harta Fishera w swojej skromnej formie radzi sobie naprawdę dobrze, dostarczając widzowi niepokojące widowisko, któremu po drodze z rzeczywistością, szczególnie tą w Stanach Zjednoczonych. Jeżeli niestraszne wam półtorej godziny w głowie seryjnego mordercy, skuście się na seans. 



Trailer

Czytaj całość »

21.08.2016

NEMESIS (1992)

W zdominowanej przez technologię przyszłości roku 2027 policjanty Alex Rain prowadzi walkę z grupą terrorystyczną Red Army Hammerheads. Organizacja obrała sobie za cel walkę z postępującą cyborgizacją ludzkości. Z każdym dniem Alex czuje się coraz bardziej wypalony, a każda następna rana przynosi jego ciału kolejne elektroniczne modyfikacje przez co zaczyna kwestionować swoje człowieczeństwo. Postanawia złożyć wypowiedzenie, jednak brutalnie zostaje przywrócony do służby przez komisarza Farnswortha. Okazuje się, że dawna przełożona i kochanka Alexa, będąca w pełni cyborgiem Jared, wykrada niezwykle ważne dane w celu przekazania ich terrorystom. Z bombą zainstalowaną w sercu i kilkoma dniami na odzyskanie cennego nośnika, Alex nie ma wyboru i rusza śladem dawnej ukochanej, nie podejrzewając, że pracuje dla nieodpowiednich ludzi... a raczej tego co z nich pozostało.

"Nemesis" Alberta Pyuna to mieszanka cyberpunku i tech noir ubrana w szaty pełnokrwistego filmu akcji. Obok złych facetów w garniturach, azjatyckich gangsterów i głównego bohatera biegającego w podartej koszulce po dżungli mamy zatem takie motywy jak modyfikacje ciała czy świadomość osoby zapisana na nośniku. A dawkę noir dostarcza Alex, faszerujący się narkotykiem zwanym speed oraz wdającym się w długie, opisowe monologi podczas pościgu za swoją femme fatale. Nie zdziwcie się zatem, gdy akcja z Los Angeles przyszłości szybko przeniesie się do tropikalnej Jawy. 

O tym jakim duchu został zrealizowany ten film przypominają widzowi również strzelaniny. Spodziewajcie się strzelania z dwóch pistoletów podczas zjeżdżania na plecach czy bohatera przebijającego się przez kilka pięter dzięki uprzedniemu osłabieniu podłogi kilkoma nabojami. Oraz iskier. Mnóstwa iskier, w końcu przeciwnikami są tutaj ludzie z dużą zawartością metalu w organizmie. To wszystko w połączeniu z efektowną pracą kamery daje nam wspaniałe, dynamiczne sceny akcji będące najmocniejszą stroną tej produkcji.

"Nemesis" był jednym z pierwszych filmów w których wystąpił Olivier Gruner. Francuski kickboxer wciela się w rolę głównego bohatera na tyle dobrze abyśmy kupili go jako steranego życiem twardziela. Twórcy zadbali, aby przez cały film nasz bohater zmieniał wygląd. Zaczyna zatem z "wyglądem detektywa" (moje skojarzenie) - płaszcz, krawat, koszula, ciemne okulary i przyczesane włosy opadające na czoło, aby potem na chwilę, biegnąc boso i bez koszulki przez pustynię, nabrać aparycji Van Damme'a (znowu, moje skojarzenie, może niezbyt udane), a następnie obudzić się za kratkami z fryzurą Stallone'a jako Rambo (jestem pewien, że skojarzenie wielu). 

Gruner, jak na początkującego w kinie amerykańskim obcokrajowca przystało, ma silny akcent. I nie tylko on. Przez cały film zadawałem sobie pytanie "Co z tymi akcentami!?". Bo usłyszycie tutaj również niezwykle stereotypowe akcenty: niemiecki (wat iz zis?) i azjatycki. A reszta aktorów nawet bez akcentów wypowiada swoje kwestie w bardzo przerysowany i czasem wręcz niewyraźny sposób (dopiero na słuchawkach zdołałem zrozumieć część z nich). Można zatem ciskać gromy na poziom aktorstwa, szczególnie, że dużo tutaj recytowania dialogów, a z drugiej strony po prostu kupić je w pełni, szczególnie, że pasuje doskonale do klimatu.

Można zatem spierać się o aktorstwo, ale nie można zaprzeczyć, że postarano się aby postacie wyglądały interesująco i zróżnicowanie. Bądź po prostu atrakcyjnie. Nie obędzie się bez płaszczy, okularów... bądź po prostu braku ubrania.

W rolę głównego złego wciela się Tim Thomerson, weteran kina gatunkowego, którego możecie znać z takim filmów jak "Trancers" czy "Dollman". Tutaj odgrywa rolę typowego "złego skurczybyka", w garniturze, czarnych okularach i siwych włosach zaczesanych do tyłu. Dodajcie do tego kwestie w stylu "da fucking humans!" i już wiecie o co chodzi. Widz dobrze się bawi, aktor zapewne też. 

Mamy dwie role rozbierane. Na kilka chwil pojawia się Deborah Shelton, która rozpoczyna w tym cyklu tradycję ukazywania muskularnych kobiet w negliżu (w przypadku sequeli BARDZO muskularnych. Nie wiem, czy to wymóg studia, czy preferencja Pyuna) oraz... Thomas Jane? Późniejszy Punisher pojawia się tutaj, świecąc oboma pośladkami.

Następnie pomówmy o atrakcjach mniej żywych. Czyli o efektach. A te są tutaj przede wszystkim praktyczne i wypadają znakomicie. Trudno się dziwić, gdyż są one dziełem Fantasy II, firmy, która jest w biznesie od wczesnych lat 80-tych i ma na koncie takie produkcje jak Aliens, Critters, Tremors czy... pierwszy i drugi Terminator. Efekty praktyczne dają tutaj o sobie znać w scenach zgonu. Jednak zamiast krwi i wnętrzności spodziewajcie się poprzerywanych kabli i poskręcanego metalu. A na koniec filmu pojawia się powód dla którego zaznaczyłem, że Fantasy II pracowały przy Terminatorze. Jeden z cyborgów na koniec traci skórę i oto stajemy się świadkami pojedynku z poklatkowym, metalowym szkieletem, żywcem wyjętym z filmu Camerona. W "behind the scenes" narrator próbuje nas przekonać, że poziom efektów w "Nemesis" dorównuje Terminatorowi 2. Rozumiem, że chciano wówczas nawiązać do nowszego filmu, ale nie ulega wątpliwości, że skojarzenia widza powinny iść w kierunku części pierwszej.

Nie zapominajmy również o niesamowitych popisach kaskaderskich. Nie ma tutaj sztuczek. Gdy za dwójką uciekających aktorów wali się kilka ton żelastwa przy towarzystwie wybuchów, dzieje się to naprawdę. Zapewne z zachowaniem wszelkich zasad bezpieczeństwa, ale po zobaczeniu nagrania z planu i tak byłem pełen podziwu.

Znakomita jest również muzyka Michela Rubiniego, a szczególnie powtarzający się melancholijny motyw przewodni, wpisujący się w część "noirową" filmu i doskonale obrazujący wątpliwości targające bohaterem i jego utraconą miłość. To dzięki muzyce ostatnia scena pomiędzy Alexem i Jared dostaje dodatkowy ładunek emocji i... cholera, zdołała mnie chwycić za serce! 

 "Nemesis" jest filmem, który chciałem obejrzeć od kilku lat. A gdy w końcu się do niego dorwałem, potrzebowałem kilku seansów, aby w pełni go docenić. Do tej pory widziałem tylko początkową sekwencję, gdzie nasz bohater w płaszczu i okularach pędzi przez ruiny prowadząc zajadłą wymianę ognia z terrorystami. Dlatego poczułem się nieco rozczarowany, gdy w dalszej części seansu nie pojawiła się już taka postapokaliptyczna sceneria i została zastąpiona lokacją rodem z filmów sensacyjnych, gdzie jakiś inny bohater mógłby walczyć np. z kartelem narkotykowym. Ostatecznie nawet nie oceniłem wówczas filmu, bowiem byłem po prostu zmęczony i umykały mi niuanse fabularne. Zbyt pochopnie zabrałem się za ten film. Drugi seans odbył się w ramach maratonu całej serii (która, mam nadzieję, pojawi się tutaj znowu dzięki części drugiej, ale niestety również dzięki dosyć koszmarnym trzeciej i czwartej). Wtedy już wiedziałem co dokładnie dostanę i wrażenia były dużo pozytywniejsze. Wystawiłem 6/10. Teraz, gdy w końcu usiadłem na spokojnie do filmu w celu napisania tego tekstu, mogłem w pełni się skupić i poukładać sobie w głowie moje przemyślania. I daję notę wyżej.

Wiem, że filmy Alberta Pyuna od lat cierpiały na ten sam problem: po przekazaniu nagranego materiału studiu jego kontrola nad filmem kończyła się. Nie miał żadnego wpływu w jakim stanie ostatecznie obraz trafiał na ekrany. Tak naprawdę większość z wizji Pyuna nie zostało ukazanych na ekranie tak jakby chciał (sam Pyun przyznał, że jedynym takim filmem jest "Mean Guns"). I również "Nemesis" może nie być tym co chciał reżyser. Ale w formie w jakiej został oddany widzom jest porządnym kawałkiem kina akcji, które z powodzeniem korzysta z dobrze znanego motywu umierającego człowieczeństwa w świecie zdominowanym przez technologię. Może nie przemówi do najbardziej zagorzałych zwolenników cyberpunku, ale jeżeli macie ochotę na tą tematykę w lżejszym wydaniu, "Nemesis" będzie udanym seansem. 



Trailer

Czytaj całość »