11.02.2015

IGOR AND THE LUNATICS (1985)

To było... hmm... coś.

Dawno nie oglądałem żadnego filmu spod znaku exploitation. Moja fascynacja "odstającym" kinem zaczęła się właśnie od tego gatunku, na którego trop naprowadzili mnie (jestem mało oryginalny) Tarantino i Rodriguez. Zapuszczałem się więc w największe celluloidowe bagna lat 70 i 80, dobrze się przy tym bawiąc. Potem mój gust poszedł w kierunku, który teraz widzicie na blogu. Jednak stare, dobre exploitation na zawsze we mnie pozostanie, z jego fatalnym aktorstwem, chaotycznym montażem. nagością, gwałtem i przemocą.
Czasem trafiałem na świetne, kultowe produkcje, które robiły dobry użytek z tego czym były (Thriller: A Cruel Picture, Truck Turner, Switchblade Sisters) a czasem na kompletne odpady, które nadal miały swój dziwny, śmieciowy urok (Black Shampoo, Gore Gore Girls)

Nieważne, jaki był poziom tego exploitation, zawsze pozostawiało niezapomniane wrażenia. Opisywany dzisiaj film zdecydowanie kwalifikuje się do odpadów. Takich, przy których ryczę ze śmiechu, ale jestem również kompletnie zbity z tropu.

Jakby tu zebrać do kupy fabułę tego cholerstwa?

Film opowiada o pewnej sekcie, która działała w latach 60. Przewodzi jej uważający się za boga Paul. Akcja skupia się, a raczej stara, na byłym członku zgrupowania, Tomie. Mężczyzna, mając dość zasad panujących w sekcie, opuszcza ją. Ponuro robi się, gdy jedna z kobiet również postanawia uciec i dochodzi do sceny z... heh... piłą stołową. Tak, Paul, wraz z dwójką przydupasów, rozcinają uciekinierkę od krocza do czubka głowy.
Rządy Paula kończą się, gdy koczującą w lesie sektę najeżdża policja. Dziewczyna Toma, Sharon, zostawia ich malutkiego syna w lesie, po czym zostaje złapana. Dzieciak zostaje odnaleziony przez niejakiego Hawka.

Paul wychodzi z więzienia w latach 80 i wraz z dwoma nowymi pomocnikami postanawia się zemścić się na miasteczku. Jego śladem rusza zaniepokojony Tom, chcąc również odnaleźć swojego syna.

Wiecie, nie wiew nawet, czemu tak się rozpisałem o fabule. Tak naprawdę ten film ogląda się tylko dla dwóch rzeczy: krwawych scenek i niejakiego Byrona, który kradnie cały szoł. Reszta mnie obchodziła, a pochlastany montaż i niewyraźnie dialog mi w tym nie pomagały.
Pozwólcie, że przytoczę pierwsze, powiedzmy, pół godziny, aby zaprezentować, co się tu wyprawia. Film zaczyna się od wspomnianej uciekającej kobiety. Paul ją dorywa, ciach na pół. Potem widzimy Toma wychodzącego z bronią z domu. Następnie zaczyna się trwająca piętnaście minut (!) retrospekcja z pasjonującą narracją Toma, w której oglądamy wszystkie zdarzenia opisane w poprzednich akapitach. Podczas tej sekwencji kilka scen zostaje użyte dwukrotnie. Po tym wstępie po raz kolejny widzimy uciekającą kobietę. Tak, to ten sam fragment, tylko bez tytułu i nieco dłuższy. Tym razem widzimy scenę przepoławiania do końca.

Już ten początek wprawił mnie w osłupienie.

Ale, ale. Wspominałem, że się śmiałem na tym filmie? Jest tu wiele momentów, które są niezamierzenie śmieszne, a prym w tym wszystkim wiedzie wspomniany Byron. Jest to jeden z pomocników Paula i jest kompletnie szalony. Tz. szalony na tyle, na ile pozwalał mu warsztat aktorski. Wszyscy w tym filmie są okropnie nienaturalni, więc Byron, hah, może się nawet podobać. Facet w każdej scenie się po prostu wydziera. Na dodatek często krzyki nie odpowiadają ruchowi jego ust, tak jakby wydawał więcej dźwięków, niż na to faktycznie wygląda.

Wspominałem o krwawych scenach. Cóż, muszę was rozczarować, nie ma tu żadnego solidnego gore. Scena przecinania jest zaskakująco bezkrwawa, jakby w ręce Paula wpadł manekin. Nieco brutalniej robi się, gdy Byron postanawia innej biedaczce wyrwać serce. Przyznam, leżałem ze śmiechu, gdy koleś, przy akompaniamencie fatalnie dobranych dźwięków, wyciąga coś co wygląda jak płuco (chociaż jest wielkości nerki), wrzeszczy "THAT'S NOT WHAT I WANTED", po czym sięga po raz drugi i wyciąga serce.
Skoro wspomniałem o dźwięku, jest jeszcze jeden element, który trzymał uśmieszek na mojej gębie: muzyka. Już na trailerze słychać wpadający w ucho rytm. I wiecie co? Tak jest przez cały film. Nieważne co się dzieje, muzyka gra, a ja, chcąc, nie chcąc, kiwałem głową, śmiejąc się, jak wiele dodatkowych pokładów absurdu film dzięki temu zyskuje. Gorzej jest, gdy kompozytor chce podkreślić dramatyzm. Wtedy ścieżka muzyczna zamienia się w pisk przypadkowych, wysokich dźwięków z syntezatora. Taki "pijany John Carpenter".

Na koniec zaspojleruję, że Byron jest jedynym  oprychów, który przeżywa i staje się furtką do sequela. Nie powiem, obejrzałbym cały film o tej postaci. Ale to tylko ja.

Ale, ale...

To jeszcze nie koniec. Ten filmowy potworek ma zawiłą historię. Pierwotnie został nakręcony nie w 1985, tylko dwa lata wcześniej, pod tytułem "Bloodshed". Produkcja najwyraźniej nie została dokończona, a później trafiła w ręce... Tromy. Tam odpowiednio ją przypudrowano, dodając nowe sceny i zmieniono tytuł na "Igor and the Lunatics". W tym filmie nawet nie ma żadnego Igora! Powinni to raczej nazwać "Paul and the Lunatics", o ile zrobiłoby to jakąś różnicę. Tromie zawdzięczamy również rewelacyjny trailer z absurdalnym narratorem.

To jeden z uroków kina exploitation: totalny chaos przy produkcji.

Uff, skończyłem. Nie, nie dam wysokiej oceny ze względu na wartość rozrywkową. To koszmarnie nakręcony i zagrany śmieć. Takim, jakim było większość przedstawicieli tego gatunku.

Kocham to.



Trailer (NSFW)


Cały film, dzięki uprzejmości Tromy.


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz