17.02.2015

PMS COP (2014)

"Zespół napięcia przedmiesiączkowego, ZNP (ang. premenstrual syndrome, PMS) – zespół objawów fizycznych, emocjonalnych i psychicznych występujący od kilku do kilkunastu dni przed menstruacją i ustępujący z chwilą jej rozpoczęcia."

"PMS Cop" opowiada o policjantce imieniem Mary, która ma poważne problemy z panowaniem nad emocjami. Pewnego razu jej pościg za gwałcicielem przebranym za klauna (i jak tu powiedzieć, że klauny nie są straszne?) kończy się poważnym pobiciem delikwenta. Sprawa trafia do lokalnych mediów, a Mary ląduje na dywaniku i zostaje wysłana do psychologa. Nie mogąc dokładnie stwierdzić, skąd w Mary tyle złości, specjalista idzie na łatwiznę i stwierdza u niej tytułowe PMS, czyli zespół napięcia przedmiesiączkowego. Policjantka zostaje skierowana na test nowego, rewolucyjnego leku nazwanego "Corybantic", które rzekomo ma zniwelować wszelkie objawy. Na miejscu dostaje zapas na miesiąc i zostaje jej wszczepiona sonda, która ma przesyłać informacje 
o stanie do laboratorium.

Wszystko zdaje się być w porządku. Mary z dnia na dzień staje się coraz spokojniejsza, co zresztą zauważa jej partner z patrolu. Az do czasu, gdy ten ginie podczas strzelaniny. Pełna furii Mary, z zaskakującą siłą, brutalnie morduje na ulicy przypadkowego, znęcającego się nad żoną mężczyznę.

Firma odpowiedzialna za Corybantic, zaniepokojona, ale i zaintrygowana przypadkiem Mary, zamyka ją w swoim laboratorium. Policjantka uwalnia się, przepełniona nienaturalną siłą. Szefostwo jest niezwykle zainteresowane korzyściami płynącymi z takiego obrotu spraw. Nie przewidują jednak, że nie będzie tak łatwo powstrzymać tego, co stworzyli...

Powiem szczerze, ten film wziął mnie z zaskoku. Spodziewałem się, ni mniej, ni więcej, żeńskiej wersji Maniac Copa, gdzie pełen gniewu przedstawiciel prawa rusza na ulicę z mordem w oczach. Tak jest tylko na początku, a film szybko przeradza się w hołd dla oklepanych historii o "złych organizacjach, które chcą stworzyć super-żołnierza". Czego my tu nie mamy? Zachłannego szefa organizacji, który w skutkach ubocznych leku widzi potencjalne wykorzystanie militarne i kupę kasy. Sukowatą panią doktór z twardym, pseudo-rosyjskim akcentem. Obserwującego cały budynek z kamer speca od komputerów, który wpisuje na staromodnej, szarej klawiaturze skomplikowane linie kodu, aby np. przewinąć wideo. Sztampowa menażeria.

A Mary?

Zmutowana policjantka jest niczym Obcy, który przemieszcza się w ciemnych, ciasnych korytarzach i rozszarpuje bezbronne ofiar, nie popuszczając nikomu. Od momentu, gdy nasza bohaterka trafia do laboratorium, na pierwszy plan wychodzi stary, dobry motyw walki z potężną maszyną do zabijania, która wymknęła się naukowcom spod kontroli. Skąd my to znamy?

Szkoda, że w tym wszystkim szwankuje jedna z głównych atrakcji, czyli gore. Pierwsze zabójstwo, gdzie Mary po raz pierwszym przejawia swoją nadludzką krzepę i pozbawia delikwenta dolnej części twarzy, jest zrobione pierwszorzędnie i wygląda naprawdę paskudnie. I na tym... hmm... zabawa się kończy, bo reszta mordów wypada niezwykle blado i budżetowo. Trochę krwi (czasem komputerowej), trochę urwanych rąk, nic spektakularnego. Tak jakby najwięcej uwagi przywiązano do tego pierwszego morderstwa , które zresztą jest jednym z "ficzerów" na zwiastunie.

Zresztą skoro mówimy o budżetowości, "PMS Cop" został nakręcony skromnymi nakładami, ale robi z tego dobry użytek. Całość jest bardzo przyzwoicie nakręcona i zmontowana, nie dając po oczach taniochą. Całość nieco psują surowo nagrane, przytłumione dialogi, czasem z wyraźnym echem. 

Świetnie sprawdza się nastrojowa muzyka, którą przywodzi na myśl prawdopodobnie każdy horror, bądź science fiction z lat 80. Jeżeli kiedyś zostanę zapytany (w co wątpię, haha), co zapamiętałem z "PMS Cop", powiem, że zakrwawioną kobietą, sunącą ciemnymi korytarzami przy akompaniamencie syntezatora.

Gra aktorska mocno skrzeczy, strasząc sztucznością. Na tym tle bardzo dobrze wypada debiutująca Heather Hall, która wciela się w Mary przed jej metamorfozą. Kupiłem ją jako fajną babkę, która ma problemy z nerwami. Szkoda, że jest na ekranie tak krótko, bo zdążyłem polubić jej postać. Od momentu, gdy Mary wstaje ze szpitalnego stołu, gra ją już inna debiutantka, Cindy Means, która jest dużo wyższa od poprzedniczki, co jest zrozumiałe, w związku ze sceną "przybierania masy". Ciężko ją ocenić, ponieważ wciela się w typową maszynę do zabijania, która kryje swoje spojrzenie za ciemnymi, policyjnymi okularami. Muszę pochwalić, że zmiana aktorki wypada niezauważalnie i zorientowałem się dopiero przy napisach końcowych.

Szkoda, że reszta bohaterów jest raczej nieciekawa, a kiepskawa gra aktorska nie pomaga. Spadającą z każdą minutą jakość efektów gore przekłada się na sposób w jaki umierają. Większość kluczowych postaci umiera nieciekawie i tak szybko, że nawet tego nie rejestrowałem.

Powiem, że "PMS Cop" jest zaledwie OK, co może tylko wynikać z moich nieco odmiennych oczekiań. Ale jednocześnie na jego niekorzyść działają kiepskie aktorstwo, mało interesujące postacie, czasem niepotrzebne dialogi i zbyt szybko porzucona, interesująca postać Mary, zanim zamienia się w maszynę śmierci. Nie sposób jednak nie pochwalić zabawnej zmiany konwencji i wykorzystania klasycznych motywów bez przesadnego świrowania. Wiele dzisiejszych produkcji stylizowanych na te z lat 80 zbytnio się zapędza w szaleństwie i kpieniu z tego, czym są inspirowane. Natomiast twórcy "PMS Cop" zamiast nakręcić film stylizowany, nakręcili film z lat 80. To się chwali.



Trailer

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz