08.02.2015

POLSKIE GÓWNO (2014)

No to mamy okazję. Pierwszy polski film na tym blogu. I do tego, wbrew tytułowi, pachnący świeżością, bo zaledwie dwa dni temu udostępniony szerszej publiczności.

Z reguły polskie filmy kompletnie rozmijają się z tematyką, którą tutaj przyjąłem. Ale gdy nagle pojawia się film pod tytułem "Polskie Gówno", to wiem, że mam do czynienia z czymś nietuzinkowym. Walić gatunek, zapraszam delikwenta do tutejszego grona, wnosi do mieszkania taki sam brud jak reszta towarzystwa i wszyscy się cieszymy.

Nie wiem co wyjdzie  z tego tekstu, może bełkot, może coś ciekawego, może będzie za krótki, a może za długi, ale musi zostać napisany. Nawet jeżeli będzie gówniany, tak jak moja znajomość polskiej muzyki. Wyjątkowo trochę poprzeklinam, tak po polsku, postacie w filmie tez nam tego nie szczędzą.
Główny bohater, frontman pół-fikcyjnego rock'n'rollowego zespołu Tranzystory z Pruszcza Gdańskiego, Jerzy Bydgoszcz (Tymon Tymański) jest w kropce... to znaczy w dupie, tak bardziej pasuje. Ma czterdzieści lat, pracuje jako listonosz i musi pożyczać kasę od ojca, aby powiązać koniec z końcem. Z muzyki wyżyć nie może, ale brnie dalej, tak mu w duszy gra.  

I byłoby tak dalej, gdy nagle na drodze życia pojawia się wybój. Wielki, brzuchaty wybój  w postaci komornika Czesława Skandala (Grzegorz Halama). Bydgoszcz wziął kredyt, aby wydać płytę. Sprawa się rypła, Skandal chce kasy. Kasy nie ma. Co zrobić?

Komornik nadaje sobie tytuł "menadżera zespołu",obiecuje zorganizować pięćdziesiąt koncertów, które spłacą dług, a Bydgoszcz zbiera swoją (nie)wesołą gromadkę, znajdującą się w równie żałosnym stanie i nie do końca przekonaną do współpracy. I tak ruszają w swoim białym busie, aby zagrać po koncercie chyba w każdym polskim mieście. Jednak nie będzie szło jak po maśle, tylko po gównie, a nasi bohaterowie będą musieli w końcu się poddać i wystąpić w plastikowym talent szoł...
Powiem szczerze, gdy szedłem na ten film, spodziewałem się odskoczni od typowego polskiego kina. Spodziewałem się czystego, przezabawnego szaleństwa przyprawionego ostrą satyrą. Dostałem film bardzo polski, ale nadal szalony i nadal kurewsko ostry. To nie jest stuprocentowa komedia, jest gorzko, przygnębiająco, czasem nieco tragicznie. Prawdziwie i w taki sposób śmiesznie, gdzie śmiech miesza się z płaczem. Czyli tak jak przyzwyczaiło nas polskie kino. W tym przypadku  nie winię publiczności, że się śmiała, Wkurzało mnie, gdy ludzie się śmieli na "Pod Mocnym Aniołem", jakby negowali, że alkoholizm jest problemem, mimo, że główny bohater rzygał i srał pod siebie. "Polskie Gówno" natomiast miało być śmieszne, w potwornie cierpki sposób. Nie bez powodu przytaczam tamten film o nadmiernym pociągu do gorzały, gdyż ten wątek pojawia się i tutaj w postaci jednego z członków zespołu. Jest to z pewnością najbardziej dołujący motyw, który przypomina, że nie są to typowe śmichy-chichy. Polskość filmu manifestuje się też w narracji. Niezręczna cisza, lekkie dłużyzny, rozmowy prowadzone półsłówkami i pełne bluzgów. "Ja pierdolę, kurwa mać" cytując bohaterów.
Byłem więc odrobinkę zaskoczony, że ten film tak bardzo przypomina inne nasze produkcje, biorąc pod uwagę jego mocno niezależny charakter. Ale czasem chyba się trzeba z tym pogodzić, tak widać się u nas kręci, tak nas życie nauczyło. A w tym filmie sprawdza się to znakomicie. Szczególnie biorąc pod uwagę jaki ma przekaz.

Wiecie, nie cierpię telewizji. Gówniane teleturnieje, gówniane talent szoł, gówniane reklamy. Związek chemiczny gówna i plastiku. "Polskie Gówno" ten pieprzony temat podejmuje. Wątek wszechobecnego szajsu, którym karmi nas TVN i Polsat, gdzie podczas gówna lecą przerwy na gówno. 

I w takie środowisko w końcu muszą wejść  Tranzystory. Gdzie musisz się taplać w gównie, przytakując przy tym celebrytom przypisującym sobie tytuł jurorów. Gdzie nie liczy się, że grasz świetną muzyką i coś sobą reprezentujesz. Nie ma miejsca na bunt, przecież komunizm się skończył, wszystko jest dobrze. 

Ten film to wszystko pokazuje. Nawet jeżeli dosyć dosłowną satyrą (telewizja Polwsad, zespół B.sex). Jeden z zespołów występujący w tutejszym talent szoł dosłownie śpiewa, że nie ma talentu, nie zostanie zapamiętany i nie wydał niczego dobrego. A publika się dobrze bawi. Niezbyt subtelne. Ale taki też jest szołbiznes, i aż prosi się, żeby go tak po prostu skopać i opluć. Bez wyszukanych metafor.
Skoro już mówię o śpiewaniu: film jest reklamowany jako musical, więc spodziewajcie się dużo bezceremonialnych, nieco surrealistycznych wstawek. Nawet rozmowę ze swoim ojcem na początku filmu Jerzy wyśpiewuje. 

Ba, jest nawet piosenka o burdelu dla psów. I ten burdel dla psów zobaczycie. 

Skoro mówimy o warstwie wizualnej, film balansuje pomiędzy typowymi, czystymi zdjęciami 
a ziarnistymi filmikami z komórek używanych przez bohaterów. Nie wiem, czy taki był zamysł, ale takie przeskakiwanie pomiędzy dwiema konwencjami świetnie pokazuje panujące w tym filmie kontrasty. Z jednej strony reflektory, czyściutkie posadzki, plastikowe stroje i obciachowe kolory. A z drugiej mdłe oświetlenie, ciemność, alkohol, wymioty, pomarszczone gęby, sex, obnażone biusty i brzuch Halamy. Tak samo jest ze scenami muzycznymi. W opozycji dla scen musicalowych stoją nagrania z koncertów Tranzystorów, gdzie kamera lata na wszystkie strony a teksty piosenek są niezwykle ciężkie do usłyszenia. Biorąc pod uwagę scenę o "kłopotach z nagłośnieniem" mam wrażenie, że było to wręcz zamierzone.
Podsumowując cały górny akapit, przez cały ten film, zarówno wizualnie, jak i w treści toczy się wojna. Wojna buntu i muzyki płynącej prosto z serca z plastikiem i odmierzonym od linijki porządkiem. To wszystko zmierza do wybuchowego finału (zapamiętajcie to słowo), gdzie samozwańczy Jaruzelski ogłasza stan psychodeliczny. Gdy przeczytałem, że film ma "niekonwencjonalne" zakończenie, obawiałem się, że, jak wiele z polskich filmów, zostawi mnie 
z niczym. A pozostawił mnie z wielkim uśmiechem. Jestem syty.

Wiecie co? Pierdzielę, nie wystawię typowej oceny. Ten film zasługuje na coś innego. Mógłbym się czepiać, że nie zrywa w pełni z depresyjnym tonem naszych produkcji, ale stwierdzam, że po co. Mam to gdzieś, gówno mnie to obchodzi.  Według mnie te film w pełni stoi i broni się przekazem. Niestety, wątpię, aby zdołał wprawić całą Polskę w stan psychodeliczny, Ale jeżeli po tym filmie chociaż kilka osób spojrzy na "Mam Talent" i, zamiast oglądać dalej, jak do tej pory, powie "mam dość tego gówna" i wyłączy telewizor, to będzie świetnie. "Polskie Gówno" swój cel osiągnie.

Potrzebny film/10



Trailer


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz