08.03.2015

AT DAWN THEY SLEEP (1999)

Widziałem dzisiaj film o wampirach, demonach i aniołach!

Jeżeli spodziewacie się ogromnego widowiska ze wspaniałym scenariuszem, aktorstwem, efektami i udźwiękowieniem... nie, nie znajdziecie tego tutaj. "At Dawn They Sleep" to zdecydowanie najtańszy film (ok. 6000 dolarów), jaki zrecenzowałem na blogu. I najtańsza produkcja, jaką posiadam w oryginalnej wersji. Tak, nie mogę uwierzyć, że ten film spoczywa w tej chwili na moim biurku, a nie wyświetla się na YouTube.

Film opowiada o dwóch "gangsterach, Stephenie i Ianie, którzy bardziej wyglądają na dzielnicowych nerdów-przygłupów. Pewnej nocy spędzają upojne chwile z dwiema tajemniczymi dziewczynami. Rankiem obaj budzą się w fatalnym stanie. Okazuje się, że ich partnerki były... aniołami. Przez które zostali pogryzieni. Obaj delikwenci zawijają się w kokony (serio!) i po pewnym czasie budzą się jako wampiry. Dowiadują się, że stali się właśnie anielskimi sługami, a skrzydlate istoty wcale nie odpowiadają ludzkim wyobrażeniom i zamierzają odebrać śmiertelnikom ich świat z pomocą armii wampirów. Przemienieni handlarze narkotyków postanawiają wykorzystać nowe dary do załatwienia swoich własnych porachunków. Wojna szybko się o nich upomni, gdy ujawni się kolejna strona konfliktu w postaci demonów. I postawi ich po przeciwnych stronach.
"At Dawn They Sleep" to kolejna z setek wariacji na temat wampirów. W pewnym momencie każdy film opowiadający o istotach nocy zaczął pisać własną mitologię. I tak mamy tutaj złe anioły, które roznoszą wampirycznego wirusa, a pogryzieni nie muszą się bać krzyży, wody święconej, czy światła słonecznego, które ich zaledwie osłabia. Kwestia "czemu wampir idzie spać w dzień" zostaje całkiem zabawnie wytłumaczona: bo jest zmęczony po całej nocy.

Gdy pisałem, że film jest tani, miałem to na myśli w stu procentach. Przy recenzowaniu "PMS Cop" wspominałem o skromnym budżecie i teraz stwierdzam, że była to gruba przesada, gdyż nadal był to obraz zrealizowany całkiem profesjonalnie, z dobrym aktorstwem, muzyką i stroną wizualną (chociaż średnim gore). 

"At Dawn They Sleep" to bękart ery kamer wideo. Całość wygląda jak nagranie z wesela, tylko coś dużo tutaj nagości i lejącej się krwi. 

Skoro mówię o lejącej się krwi, spodziewałem się czegoś więcej po facecie (niejaki Brian Paulin), który nakręcił później filmy o takich tytułach jak "Bone Sickness", "Fetus" czy "Blood Pigs". Owszem, mamy tu urywanie głów, wyrywanie wnętrzności, rozdzieranie na pół czy zgniecenie kogoś w taki sposób, żeby cała... treść... wyszła mu głową. Jednak wszystko wygląda na tyle tanio, że ciężko się chociaż lekko skrzywić w obrzydzeniu. Nic co by wykręciło widzowi mózg i zmusiło go do krzyknięcia "Ale hardkor! Jak oni wpadli na taki pomysł?!". Biorę poprawkę, że jest to dopiero drugi film w karierze Paulina i ponoć na prawdziwą rzeź w jego produkcjach dopiero przyjdzie pora.
Muszę w oddzielnym akapicie wspomnieć o niezbyt drastycznej, ale jednak pomysłowej scenie, gdzie ni stąd, ni zowąd anielica uprawia lesbijski seks z zakonnicą. I odgryza jej... hmm... wargi. I nie mówię tu o górnej i dolnej. To prawdopodobnie zwiastun późniejszych pomysłów reżysera.

Poza seksem z zakonnicą, film stara się szokować takimi motywami jak mordowanie księdza krzyżem czy pożywianie się przez wampira niemowlakiem. Wszystko to jednak szokowanie na poziomie exploitation. No i "niemowlak" jest po prostu gumową lalką. 

Fanów Metalliki może natomiast zszokować nazwanie członków zespołu "pedałami" (nad filmem zresztą unosi się "metalowy" duch) a fanów "Star Treka": stwierdzenie jednego z bandziorów, że "Battlestar Galactica" jest dużo lepsze.

Jak na produkcję kręconą domowymi sposobami, sfera wizualna jest znośna i nie pojawia się nic szczególnie kompromitującego. Twórcy w niemal stu procentach poszli w efekty praktyczne. Gore, mimo, że jak wspominałem, nie powala, jest zrealizowane przyzwoicie. Naprawdę nieźle na ekranie prezentuje się charakteryzacja demona, który ma rogi rodem z "Legendy". Najbardziej jednak świeci zrealizowana przy pomocy animacji poklatkowej scena, w której wampir zaczyna gnić i tracić skórę. Byłem pod wrażeniem, jak dobrze to wyglądało.

Oczywiście jest także dużo śmiesznostek, jak strzelanina odbywająca się wśród kartonów, odstające wampirze kły czy sceny "latania", gdzie aktorzy zapewne leżą brzuchem na stole, przyjmując na twarz dym i powietrze z wentylatora.
Nie ma momentów gdzie niczego nie widać, co jest najczęstszym problemem budżetowych horrorów, ujęcia są jasne i ich kolejność nie wprawia w zakłopotanie. Mnóstwo jest natomiast dziwnych, nagłych cięć, które kompletnie mnie wybijały. To jednak nadal amatorska robota.

Natomiast udźwiękowienie... ojej.

Nie dziwi, że większość odgłosów pochodzi z jakiegoś generycznego, horrowego stocka, ale to jak je potraktowano, budzi wątpliwość. Dźwięki często są przerywane albo kończą się zbyt szybko. Od czasu do czasu pojawiają się jakieś nieprzyjemne trzaski. Na dodatek głosy bohaterów często dochodziły do mnie z tylko jednej słuchawki, przez co cały czas się zastanawiałem, czy nie są przypadkiem zepsute. Dodajmy, że w pewnym momencie efekt nałożony na głos jednej z postaci kompletnie uniemożliwił mi zrozumienie dialogu.

Jednak kompletnie rozbroiło mnie udźwiękowienie we wspomnianej "strzelaninie  wśród kartonów". W klasycznych "Tureckich Gwiezdnych Wojnach" przy każdym dźwięku uderzenia muzyka cichła na chwilę po czym wracała jak gdyby nigdy nic. Tutaj jest tak samo. Tylko z wystrzałami. Nie mogłem uwierzyć,,,

W tle przygrywa nam muzyka metalowa (nie pytajcie mnie, co to za podgatunek) jakichś trzeciorzędnych zespołów. War, Usurper , Dawn, coś wam to mówi?

Aktorstwo... chyba już się domyśliliście, jest amatorskie. Naprawdę ciężko kupić Stephena i Iana jako bandytów, a następnie potężne wampiry. Pan reżyser w roli tego pierwszego stara się być mroczny, ale wygląda jak metalowy Benny Hill w długich, rudych włosach. Ten drugi niezwykle mnie bawił swoimi próbami brzmienia dramatycznie. Resztę obsady stanowią kobiety wcielające się w anioły, które są tam tylko po to, żeby być nago i ładnie wyglądać.
Mimo oczywistej taniochy i amatorskich zagrań, ciężko nie odmówić jednak uroku tej produkcji. Zdecydowanie czuć, że twórcy dobrze się bawili przy kręceniu swojego małego dziełka. Uśmiechnąłem się na napisach końcowych, widząc luźno potraktowaną listę postaci, podziękowanie dla wszystkich, którzy przekazali meble do zniszczenia czy gorzkie słowa pod adresem polityków robiących z filmów kozły ofiarne. Tego nie znajdziecie w "dużych" produkcjach.

Nie wystawiam poniższej oceny ze złośliwości czy z wielkim bólem, że zmarnowałem czas. Ten film po prostu na tyle zasługuje. Możecie go spokojnie pominąć, chyba, że jesteście takimi hardkorami jak ja. Wtedy potraktujcie go jako małą, krwawą, śmieszną ciekawostkę.



Trailer

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz