05.03.2015

THE DRILLER KILLER (1979)

Czasem na swojej drodze natykamy się na filmy, po których obejrzeniu człowiek nie jest do końca pewien czego właśnie doświadczył. I zaczyna się zastanawiać: czy jestem idiotą, co dokładnie reżyser chciał mi przekazać? A może za dużo kombinuję i na siłę szukam znaczenia? 

Tak, piszę o sobie

Abel Ferrara, twórca takich filmów jak "Ms. 45" (przyznam bez bicia, jedyny, nie licząc tego teraz opisywanego, obraz tego pana, który widziałem) oraz "Bad Lieutanant", swoją właściwą karierę zaczął w 1979 roku. Nakręcił przedtem kilka krótkometrażówek i jednego pornola ("9 Lives of a Wet Pussy"), ale każdy powie, że jego pierwszym filmem jest "The Driller Killer". Produkcja, która kładzie podwaliny pod charakterystyczne dla większości filmów Ferrary elementy.

"The Driller Killer" opowiada o Reno Millerze (granym przez samego Ferrarę, pod pseudonimem Jimmy Laine), mieszkającego z dwiema kobietami malarza, który jest w trakcie tworzenia dzieła swojego życia (ogromny obraz przedstawiający bawoła). Sprzedaż obrazu jest jego być albo nie być, gdyż cała trójka żyje w fatalnych warunkach. Jednak bardziej niż brak pieniędzy na czynsz i perspektywa wylądowanie na bruku zdaje się interesować go doprowadzenie dzieła do perfekcji. Niestety, ostatecznie nawet to nie jest w stanie odciągnąć go od ponurej rzeczywistości. Skory do wybuchów Reno wchodzi na kolejny poziom: noc w noc, uzbrojony w wiertarkę, włóczy się po mrocznych ulicach Nowego Jorku. I ma specyficzne upodobanie: zabijanie bezdomnych.

Najsilniejszym aspektem tej opowieści o oszalałym artyście jest miasto. To ten element, który definiuje kolejne obrazy Ferrary. Miasto, które jest skąpanym w ciemności piekłem na ziemi, plugawym, brudnym, pełnym przemocy i odpychających ludzi. 

Właśnie, ludzie. Wszyscy w tym filmie są wyjątkowo... niezręczni. Mówią dziwnie, zachowują się dziwnie. Czasem są do bólu nijacy, przytępieni, a czasem kompletnie im odbija. Mimo, że nigdy nie jest ukazane zażywanie narkotyków, oczywiste jest, że większość bohaterów jest "pod wpływem". Nie ma tu kogokolwiek, kto wzbudza sympatię. Ciężko tego wymagać od postaci, której w prawdziwym życiu byłyby zapewne jeszcze bardziej odpychające. Nikt nie chce narkomanów czy bezdomnych. A główny bohater? Raczej ciężko sympatyzować z mordercą, nieważne jak sfrustrowanym i zagubionym.

Zastanawiacie się zapewne, o czym ja, do cholery, pisałem we wstępie. "Hej, przecież to po prostu film o facecie zabijającym wiertarką bezdomnych!". I tak, i nie. Z jednej strony mogę sobie przeczyć i uznać, że tak jest, ale z drugiej nie mogę od siebie odrzucić szukania jakiegoś głębszego podtekstu. Czy to po prostu film o mordercy czy studium postaci? Najbardziej na pierwszy plan wysuwa się oczywiście zabijanie przez Millera bezdomnych. Artysta wyraźnie nie może się pogodzić z drogą włóczęgi, którą obrał jego rodziciel. Zabijając pierwszych lepszych pijaczków, zabija również, raz za razem, swojego znienawidzonego ojca. W ten sposób Reno zdaje się również walczyć z tym, czym sam się boi zostać.

Ale pojawia się tu również tyle innych motywów! Hałaśliwy zespół zwany The Roosters, który wprowadza się do sąsiedniego mieszkania, lesbijskie skłonności współlokatorek artysty, relacje z dopominającym się o czynsz gospodarzem. Jest tego całe mnóstwo, niektóre sceny wręcz pojawiają się znikąd. A ja w tym wszystkim nie jestem do końca pewien, czy to tylko dodatki do właściwej opowieści, uatrakcyjnienie, tworzenie jakiegoś większego przekazu czy po prostu niepotrzebne pierdoły.  Oczywiście nie trzeba tłumaczyć obecnej w filmie problematyki biedoty, narkomanii i przemocy, które stanowią trzon fabuły.

Wizualnie film miażdży. Wybijające się z niemal cały czas  panującej na ekranie czerni kolorowe elementy świetnie wyglądają. Dodajmy do tego kamerę, która albo raczy nas zbliżeniami na dzieła sztuki, albo straszy pokazując klaustrofobię obskurnych pomieszczeń. W obu przypadkach wyraźnie czuć, że z tym wszystkim jest coś nie tak. Sceny zabójstw ograniczają się do tryskającej krwi, ale są wystarczające niepokojące, zresztą ciężko o wybuchy wnętrzności przy wiertarce. 

Muzyka? Powiedzmy, że czułem się trochę, jakbym oglądał mrocznych "Zmienników", haha. Poza tym dużo hałaśliwego punku.

Ciężko mi natomiast ugryźć aktorstwo. Jak wspominałem, postacie są na tyle niezręczne, że nie jestem pewien, czy to braki w grze, czy po prostu zamierzony efekt. Napiszę tak: działa.
Podsumowanie?

Nie jestem pewien co mam sądzić o tym filmie. Jestem rozbity pomiędzy szukaniem w tym dziwnym tyglu jakiegoś artystycznego dna, a stwierdzeniem "miś jaki jest, każdy widzi" i podsumowaniu "The Driller Killer" jako po prostu niecodziennego, ale jednak filmu o mordercy. 

Wystawię więc niezdecydowaną ocenę, stojącą po środku, tak jak moje przemyślenia.

W każdym razie, przegrałem tą recenzję. Abel Ferrara, rękami Reno Millera, rozwiercił mi mózg.



Trailer

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz