10.04.2015

1990: THE BRONX WARRIORS (1982)

Rok 1990, przyszłość (hihi). Mimo usilnych starań władz, Bronx staje się oddzieloną od reszty społeczeństwa oazą bezprawia, w której władzę sprawują gangi. Pewnej nocy do tego miejsca z własnej woli przybywa niejaka Ann. Dziewczyna trafia pod opiekę Trasha, członka gangu znanego jako Riders. Jak się okazuje, jest ona obiektem zainteresowania pewnej złowrogiej korporacji, która zrobi wszystko, aby ją odzyskać.
Włoskie kino tamtych czasów to niezwykle interesujące zjawisko. Mocno zdominowane przez horrory, science fiction i postapokalipsę, często kręcone w Ameryce i sięgające do filmów z tamtego kraju, wykraczając poza znaczenie słowa inspiracja. Co tu dużo mówić, Włosi specjalizowali się w "podróbkach". Poczynając od nieoficjalnych sequeli do "Night of the Living Dead" ("Zombi" 2,3 i tak dalej"), filmu "Shocking Dark", który ukrywał się pod tytułem "Terminator 2" (przed ukazaniem się faktycznego sequela od Camerona!) czy po prostu podbieranie fabuły i całych scen. Do swoistego gatunku, który można nazwać "ripoffsploitation" należy również "1990: The Bronx Warriors", nakręcone w  1982 roku przez Enzo G. Castellariego. Dla szerszej publiki interesujący będzie fakt, iż to on w 1978 roku nakręcił "Inglorious Bastards", którym luźno inspirował się dużo później Tarantino.

"Bronx Warriors" wyraźnie czerpie z dwóch obrazów: "Escape from New York" i "The Warriors" (niespodzianka). Z tego pierwszego oczywiście pochodzi pomysł zamkniętej strefy zdominowanej przez bandytów, do której trafia bardzo ważna osoba. Skojarzenia z "The Warriors" przywodzą natomiast różnorodne, barwne gangi. Powiem szczerze, że mimo widocznych zapożyczeń, nie rażą one na tyle, aby nazwać tą produkcję totalnie bezwstydną podróbą, jak zauważyłem w innych opiniach.

W klimat wprowadzają nas niezwykle atrakcyjne napisy początkowe, w których jesteśmy raczeni zbliżeniami na charakterystyczne dla poszczególnych gangów uzbrojenie i zdobienia na ich twarzach. A to wszystko na czarnym tle. Wygląda to znakomicie i nastawia bardzo pozytywnie na resztę seansu. Niestety, dalej nie jest już tak różowo.

Owszem, mamy tu walki, pościgi, zdrady, konflikt gangu, korporacyjne machlojki ale... całość się ciągnie. Bardzo. Dzieje się dużo, ale miałem wrażenie, jakby nie działo się nic, a kolejne sceny przelatywały mi przez mózg, nie wzbudzając we mnie zainteresowania. Przez niemal godzinę miałem wrażenie, że reżyser z trudem ciągnie to wszystko do dużo atrakcyjniejszego finału, aby tylko nakręcić półtorej godzinny film. 

To wrażenie potęgują zdecydowanie zbyt długie sceny. Na początku byłem niemal pewien, że rozwlekłe ujęcia będą siłą tego obrazu. Weźmy na przykład tą wczesną scenę: w tle gra perkusja, obserwujemy dużą grupę Ridersów na motorach, kamera przybliża nam różne ciekawe detale, współgrając idealnie z rytmem muzyki. W oddali, za granicą rzeki widzimy Manhattan (co będzie często powtarzanym obrazkiem). Nagle nadjeżdża inny gang. Trash zsiada ze swojego pojazdu i w długim ujęciu, mijając swoich towarzyszy, wychodzi przybyszom naprzeciw.

Wiem, to brzmi zabawnie, gdy w ten sposób rozpisuję się o scenie z, co by tu mówić, trzeciorzędnego produktu (co na tym blogu zdecydowanie nie jest określeniem negatywnym, a raczej wynikającym z braku lepszych słów), ale tak dobre początkowe wrażenie na mnie sprawiła. Była na tyle ciekawa i charakterystyczna, że mogłem ją tutaj wam bez problemu opisać.

I na tym koniec, ponieważ reszta filmu prezentuje się w tak samo nieciekawy sposób, jak prowadzona jest fabuła.

Nie pomagają postacie i aktorstwo. Nikt nie jest szczególnie interesujący, z Trashem i Ann na czele, mającymi wdzięk kukiełek. Zabawne, że już po kilku chwilach zaczyna ich łączyć mocna więź, jakby zabrakło miejsca na chociażby skrótowe przedstawienie rozwoju ich relacji.

Jak w wielu innych włoskich produkcjach kręconych w USA. film został zdubbingowany na język angielski. Poziom podłożonych głosów waha się pomiędzy ledwo akceptowalnym a niezamierzenie śmiesznym. Ale i tak przynajmniej wyrażają jakieś emocje, w porównaniu z kamiennymi twarzami większości występujących.   
Jednak w tym wszystkim są ukryte różne przedziwne atrakcje. Elementy, który wyglądają, jakby wpadły na moment z innego filmu, aby skumulować się w finale.

Co powiecie na gang zwany Zombies. Noszący białe, nazistowskie hełmy wrotkarze uzbrojeni w kije hokejowe. A ich przywódca wygląda jak zabawna, odrzucona postać z "Mortal Kombat". Albo Scavengers, których ciężko nazwać gangiem, gdyż są obdartymi dzikusami żyjącymi w podziemiach Bronxu. Z powodzeniem mogliby grać jako mutanty w jakiejś włoskiej produkcji postapokaliptycznej. Z innych malowniczych elementów mamy blond piękność, członkinię Tigers, która nosi srebrną (satynową?) pelerynę, a wrogów smaga biczem i metalowymi pazurami.

A Trash? Z jego długimi kręconymi włosami, odsłoniętą, muskularną piersią i skórzanym wdziankiem wśród reszty członków gangu wygląda prześmiesznie i kompletnie nie na miejscu. Ale przykuwa uwagę.

Te wszystkie elementy pojawiają się głównie w finale i chyba właśnie dlatego warto dotrwać do końca seansu, gdzie ta dziwna gromada ściera się w  walce. W tym momencie nawet pewne postacie zaczęły mnie obchodzić. 
Abu było jeszcze dziwniej, siły korporacji okazują się konnymi w czarnych kaskach (prawdopodobnie najtańszy w tamtych czasach sposób na uzyskanie "futurystycznego" wyglądu), uzbrojonymi w miotacze płomieni. Tak, teraz mogę się bawić dobrze.  

Całości pomaga atrakcyjny dla oka miejski "syfek", tak często obecny w filmach lat 80-tych i niezmiennie przeze mnie chwalony. Co ciekawe, film ponoć kręcono nie tylko w Nowym Jorku, ale również w Rzymie, co jest zupełnie niezauważalne.  Muzyka natomiast to kwintesencja lat 80-tych, z klimatyczną gitarą na czele i aż szkoda, że wraz z kolejnymi scenami coraz bardziej zanika.

Widowisko zwieńcza porządne, "męskie" zakończenie, w którym wraz z momentem śmierci głównego szwarccharakteru pojawiają się napisy końcowe. Klasyka.

"1990: The Bronx Warriors" to potwornie nierówny, przez większość czasu nieco męczący film. Seans wynagradzają atrakcyjny początek i zakończenie. Przeciętny widz zanudzi się na śmierć. Natomiast grzebiący w przeszłości zapaleńcy mogą z ciekawością obejrzeć, ale niech raczej nie spodziewają się natłoku atrakcji. Niemniej, warto zahaczyć choćby dla tych kilku momentów dobrej zabawy w starym stylu. Przeciętniak, ale urokliwy.



Trailer

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz