19.04.2015

HOUSE OF THE DEAD (Dom śmierci) (2003)

Witajcie w pierwszym tekście z cyklu "Laboratorium Doktora Bolla", w którym zmierzę się z niesławnymi ekranizacjami gier w reżyserii Uwe Bolla, rzekomo "najgorszego reżysera świata". Postaram się zweryfikować, czy owe produkcje faktycznie są aż tak koszmarne, jak chcą twierdzić media i widzowie, czy po prostu zrobiono z Bolla kozła ofiarnego. Gdyby poszukać głębiej, na bank dokopalibyśmy się do gorszych reżyserów pracujących w tych czasach. 

"House of the Dead" z 2003 roku to pierwsza adaptacja gry autorstwa niemieckiego reżysera. Aktualnie na IMDB film ma ocenę 2/10. Zawiało grozą? 

Powiem wam, że nie taki ten Boll straszny i ludzie odrobinkę przesadzają.

Fabuła? Grupka młodzieży z Seattle rusza na imprezę techno. Miejsce: wyspa o której krążą mrożące krew w żyłach legendy. Na wyspie są zombie. Dużo zombie. Tyle musicie wiedzieć.  
Początek przygotowywał mnie na najgorsze. Poczynając od dosyć śmiesznej narracji (na zasadzie "staram się brzmieć mrocznie i poważnie") bohatera, który już wiemy że przeżyje, lakonicznego opisu bohaterów, którzy przestali mnie obchodzić chwilę później (przynajmniej na razie) i psychodelicznych napisów, składających się z ujęć z samej gry (co, niestety, będzie przez cały film dosyć częstym zabiegiem). Przez pierwsze pół godziny oglądamy więc przygłupią młodzież, zarówno tą, która dopiero na wyspę płynie jak i tą, która się już na niej znajduje. Jednak ten początek zlatuje zaskakująco szybko. Potem zaczyna się mięso. 

I wraz z nim pozytywne zaskoczenie. Film dosyć szybko przechodzi do akcji, nie zamęczając nas imprezującą/dymającą się/pijącą/palącą i cokolwiek tam jeszcze sobie wymyślicie, młodzieżą. Przygłupia część obsady ginie szybko i pozostają postacie, które, o dziwo, są całkiem znośne, 
z kapitanem Kirkiem na czele. Tak, jest w tym filmie mężczyzna, który nazywa się kapitan Kirk (pada zresztą oczywisty żart). I gra go Jurgen Prochnow. Tak, już od pierwszego filmu "growego" Boll karze mi się zastanawiać skąd brał takie nazwiska. Dalej w jego filmografii dotrzemy aż do Bena Kingsleya (!).
A wracając do akcji... powiem szczerze, w tej materii film działa bardzo przyzwoicie. Ba, niemal w całości na niej bazuje, co niektórych widzów może odrobinę zmęczyć. Najdłuższa sekwencja, podczas której bohaterowie, uzbrojeni w szpanerską broń palną, rozgramiają hordy zombie na cmentarzu trwa... ok. 10 minut! Ogląda się przyjemnie i właśnie z tą sceną będzie mi się kojarzyło "House of the Dead". Tylko o kilka minut za długo. Wspominałem o dziwnym zabiegu, którym jest wplecenie fragmentów żywcem wyjętych z gry jako przejścia. Cała sekwencja walki na cmentarzu jest tymi wstawkami wypchana po brzegi. Do tego komuś najwyraźniej zachciało się "matriksowych ujęć" przez co jesteśmy na siłę raczeni powtarzającymi się w nieskończoność obrotami kamery wokół poszczególnych bohaterów. Oczywiście w zwolnionym tempie. Nie zapomnijmy o wygenerowanych przy pomocy komputera pociskach. Przez te elementy przebieg najatrakcyjniejszej akcji w całym filmie jest zaburzony przez zbędne efekciarstwo. Aż prosi się o kilka cięć, które pomogłoby płynności tego fragmentu.
Większość scen rozgrywa się w lesie, więc nie spodziewajcie się szczególnie interesujących widoków, aż do finału, gdzie bohaterowie trafiają do tytułowego "Domu Śmierci". Przygotujcie się na klasyczne "laboratorium szalonego naukowca z horroru klasy B". Staromodna aparatura, wnętrzności w słoikach, kolorowe płyny. Uśmiechnąłem się.

Co z aktorami? Hm... są? Poza Prochnowem, który chyba zbierał na rachunki, nie zobaczycie tu znanych twarzy. Gra aktorska rzecz jasna nie powala, wielu pewnie powie, że jest fatalna. Mi nie zawadzała, chociaż zdarzają się dosyć nieporadne momenty. Biorąc pod uwagę na czym głównie polega ten film, równie dobrze możecie nie zwracać uwagi. To samo zresztą można powiedzieć o muzyce. Ot, mówiłem o imprezie techno? Jakieś jest.

Prawdopodobnie nie powiem nic nowego, ale wiecie czemu "House of the Dead" jest tak znienawidzonym filmem? Bo mimo telewizyjnej jakości trafił do kin. Aż się prosiło, aby wydać go na wideo lub po prostu wyemitować w telewizji. Dzisiaj pewnie trafiłby od razu na SyFy. Ba, w 2006 roku owa stacja wyprodukowała sequel. Jednak Herr Boll nie miał z nim nic wspólnego, więc to sprawa na inną okazję.
W kategorii, powiedzmy, trzeciorzędnego filmu akcji osadzonego w horrorowej tematyce "House of the Dead" sprawdza się. Jako jeden z wielu prostych, bezstresowych filmów, które mijają szybko i w miarę przyjemnie. Spodziewałem się gniota, miałem obawy, że początek mojej próba podważenia ogólnej, przedramatyzowanej opinii o filmach Bolla się nie uda. Tymczasem dostałem produkcję przy której w wielu momentach bawiłem się nieźle. To mógł być jeden z setek filmów o zombie, które przemykają niezauważalnie przez półki sklepów. "House of the Dead" znalazło się w nieodpowiednim miejscu. Zabawne, że film mimo wszystko zarobił przyzwoitą sumkę. Jak zresztą sam Uwe przyznał w swoim niezwykle ciekawym wywiadzie dla audycji "Radiodrome", mimo miażdżącej krytyki, inwestorzy chcieli więcej ekranizacji gier. Mówicie i macie. Przed nami kolejne niesławne produkcje "Herr Doktora". Oczekujcie następnego tekstu z cyklu "Laboratorium Doktora Bolla" o "Alone in the Dark" z 2005 roku.

I malutka dygresja. Seria "Resident Evil" prezentuje podobny poziom, a mimo wszystko ludzie lubią te filmy i w przyszłym roku będzie nam dane obejrzeć szóstą część. Oświećcie mnie... o co chodzi?



Trailer


2 komentarze :

  1. Ale jak to, przecież Resident Evil nie miał żadnych sequeli :D

    OdpowiedzUsuń
  2. No, nadal się zastanawiam, co się stało z Alice ;)

    OdpowiedzUsuń