03.04.2015

NIGHT OF THE DEMONS 2 (Noc demonów 2: Zemsta Angeli) (1994)

Drugie "Night of the Demons" dzieje się sześć lat po pierwszej części i w głównej mierze przenosi akcję do internatu, w którym poznajemy grupkę trudnej młodzieży. Tragiczna impreza w domu pogrzebowym i postać Angeli są już znaną miejską legendą. Zbliża się Halloween, a wraz z nim kolejne szkolne przyjęcie. Ale nasze nowe ofiary postanawiają się wymknąć i zorganizować sobie "specjalną zabawę". Pewnie już wiecie gdzie. O dziwo wracają cali i zdrowi. Ale przynoszą ze sobą coś bardzo złego...
Już od pierwszych minut czuć, że kolejnemu "Night of the Demons" czegoś brakuje. Nie zaczyna się przykuwającym oko animowanym intrem ze "strasznawą" muzyczką. Dostajemy typowe dla horrorów napisy początkowe, przy których miałem wrażenie, że mam do czynienia z nieco mroczniejszą produkcją. Niestety, to tylko oznaka utraconego charakteru całości.

W porównanie z pierwszym filmem, który stawiał na prostotę (bardzo polubiłem to słowo w poprzedniej recenzji), tutaj starano się niepotrzebnie tworzyć odrobinkę bardziej rozbudowaną fabułę. Wśród całej gromadki uczniów internatu poznajemy Melissę, nieśmiałą dziewczynę, która nie może się odnaleźć wśród epatującymi seksualnością koleżankami. Okazuje się, że jest siostrą niesławnej Angeli. Niestety, chyba nie za bardzo wiedziano co zrobić z tym wątkiem, gdyż nie wnosi praktycznie nic do przebiegu akcji, będąc na uboczu i tylko odrobinkę ożywia się pod koniec. 

Podczas gdy poprzedni epizod na start zapoznawał nas z założeniami (nastolatki robią imprezę w złym miejscu), rzucał szybko w akcję (nastolatki przywołują coś bardzo złego!) i skupiał się w obrębie jednego miejsca (nie licząc początku i zakończenia, ale to akurat drobiazg), dwójka jest niezwykle rozwleczona. Podczas gdy poprzednio od niemal początku mogliśmy oglądać atrakcyjny wizualnie dom pogrzebowy, tutaj pierwsze pół godziny rzuca nas do nieciekawego internatu i zapoznaje nas z równie nieciekawymi perypetiami napalonych dzieciaków. Gdy pierwszy raz trafiamy do słynnego domu, mija około 40 minut. I w sumie nadal niewiele się dzieje. Gówniarze zostają nieźle nastraszeni, ale nic złego im się nie dzieje. Wracają do internatu a wtedy w końcu siły piekielne dają o sobie znać. A później znowu wracamy do domu, aby doprowadzić do finalnego starcia. Z jednej strony można chwalić, że nie zrobiono kalki pierwszej części, ale rozbicie akcji na dwa miejsca wypada blado i rujnuje poczucie zagrożenia.

Najgorsze, że w tym wszystkim brakuje jakiegoś mocnego uderzenia, które pokazałoby mi, że film ma jednak coś więcej do zaoferowania. Gdy w pierwszej odsłonie Angela zaczęła tańczyć do muzyki zespołu Bauhaus, ta scena od razu mi powiedziała "patrz, mamy fajną oprawę wizualną, styl, muzykę, dobrą zabawę i hej, Angela jest całkiem sexy, naciesz się, zanim się stanie paskudnym demonem". I już wiedziałem, że lubię ten film (ok, przyznam, "ponętność" tej sceny mnie przekupiła, ale przedstawiłem wówczas argumenty, czemu "Night of the Demons" jest dobre i nie była to tylko Angela.). Drugie "Night of the Demons" przez cały seans nadaje na tych samych niewyraźnych falach. I skoro tyle pisałem o głównej damie, to niestety powiem, że tym razem nie dostałem odpowiedniej dawki Angeli, o czym za kilka chwilę napiszę.

Postacie również nie pomagają. Jak pamiętacie, poprzednia gromadka była napalona, pijana, ale całkiem sympatyczna i zabawna. Tutaj dostajemy głównie bandę gnojków, wpisujących się w horrorową zasadę "jak dobrze, że ich zabili". Jest, tak jak poprzednio, przyzwoite aktorstwo, ale zabrakło sympatycznych charakterów i śmiesznych dialogów. Najciekawszą postacią zdaje się być niezniszczalna zakonnica Gloria, która w finale przeradza się w pogromczynię demonów, wywijającą krzyżem na łańcuszku. Ma nawet klasyczną scenę przygotowania do walki (wiązanie butów, napełnianie balonów wodą święconą). Nie byłem do końca przekonany, gdyż komizm tej postaci zdaje się być wstawiony na siłę, jakby w ostatniej chwili twórcom zachciało się odrobinki humoru. Dostajemy więc kilka gagów, które wypadają bardzo nachalnie.

Wizualnie nadal jest nieźle, szczególnie, że jest tu chyba więcej efektów niż poprzednio. Roztapiające się demony, bulgoczące plamy krwi, dziwne robale i Angela, która w finale zamienia się w półwęża(!). Wygląda to świetnie i jest kolejnym z multum przykładów czemu animatronika powinna być częściej i bardziej otwarcie używana w dzisiejszym kinie.
Ale... zabrakło interesującej, dynamicznej pracy kamery rodem z "Evil Dead" (wiem, często używam tego porównania, ale jest to częsta inspiracja, widoczna na pierwszy rzut oka). Dwa najlepsze ujęcia okazują się być żywcem wklejonymi fragmentami z pierwszego filmu! Mocno gryzie się to z resztą scen, które prezentują się zwyczajnie i przemykają przez mózg niezauważone, nie racząc nas upiorną scenerią i oświetleniem z pierwszego filmu. Ciekawostka: dom pogrzebowy wygląda zupełnie inaczej. I nie jest już otoczony murem. 

Wszystkie atrakcje, o których wspominałem, zostają skupione w finale, gdy już niezbyt mnie obchodziło, co się dzieje. Fakt, przyznam, że twórcy starali się o większe zróżnicowanie. Opętani tym razem nie zamieniają się w swego rodzaju zombie  a pełnoprawne, złośliwe demony. Takie jak Angela.

No właśnie, gdzie w tym wszystkim jest Angela!

Wiem, że zachowuję się jak pierwsi widzowie trzeciej części "Halloween", którzy rozczarowani byli brakiem Michaela Myersa. Ale "Night of the Demons 2" naprawdę cierpi z braku Angeli. A gdy już jest, rozczarowuje. 

Nie ma już uroczej, jak to określiłem ostatnio "gotyckiej dziwaczki", która miała nieszczęście stać się demonicą. Angela od początku jest potworem, co oczywiście jest logiczne. Ale w swojej ludzkiej postaci jest po prostu nudna. Jak i jej proste loki zamiast burzy kręconych włosów, które umarły wraz z latami 80-tymi. Ot, zwyczajna, zła kobieta. W pierwszej części budziła emocje i sympatię. Tutaj wypada blado, będąc tylko nijakim czarnym charakterem

Zakończenie... ech. Poprzedzający film miał otwarte zakończenie, które, wzorem wielu horrorów, mogłoby zostać pozostawione. Tam zło triumfowało i trwało dalej jako ponura legenda. Tutaj zostaje pokonane i dostajemy happy end. Z "cliffhangerem". Wiecie jak to jest w zwieńczeniach wielu przedstawicieli tego gatunku. Na ułamek sekundy przed napisami końcowymi bestia budzi się albo pojawia się nowa i tak dalej. Tutaj też mamy coś takiego, ale kompletnie antyklimatyczne i śmieszne. I zrobione przy pomocy grafiki komputerowej, w końcu to już lata 90-te.

Pewnie myślicie, że dam bardzo bardzo niską ocenę. Nie. Drugie "Night of the Demons" da się oglądać, ale zarówno jako samodzielny film jak i, przede wszystkim, sequel, jest bardzo przeciętne. Ale nie bardzo złe, Robi to samo co jej starsza o sześć lat siostra. Wykorzystuje stare schematy. Tyle, że tamta zrobiła to w niemal wzorowy, interesujący sposób. Młodsza jest po prostu nijaka. 

O cholera, to trojaczki!

Do zobaczenia w recenzji "Night of the Demons 3"!(?)



Trailer

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz