26.05.2015

BLOODRAYNE (2005)

Witajcie ponownie, już trzeci raz, w Laboratorium Doktora Bolla. Tak jak zapowiadałem, dzisiaj zmierzę się z "BloodRayne" z 2005 roku. W porównaniu z poprzednimi dwoma opisanymi filmami ,tym razem pojawi się mały smaczek: wirtualny pierwowzór nie jest najlepszą grą świata, ale grałem w nią i uwielbiam do dzisiaj. Growa "BloodRayne" na pewien czas zaraziła mnie miłościa do wampirów, która ostatecznie wyparowała jeszcze przed erą "Zmierzchu". Zaszczepione przez tą produkcję nieuleczalne skrzywienie na punkcie lejącej się wiadrami krwi i postaci kobiecych w grach oraz filmach zostało mi do dzisiaj, chociaż patrząc chłodnym okiem, nie trafiają już do mnie bohaterki tak ociekające seksem jak Rayne. Chyba z nich wyrosłem.

A co to wszystko znaczy? Że tym razem nie będę mógł się opędzić od porównań z grą, którą niemiecki reżyser, jak zwykle, potraktował bardzo luźno. Z tym filmem mam zresztą związane wiele wspomnień. Niedługo po odkryciu gry dowiedziałem się, że doczeka się ona ekranizacji. Po raz pierwszy  w życiu zetknąłem się z osobą Uwe Bolla. Mimo negatywnych głosów dochodzących mnie z każdego źródła, nie mogłem się doczekać. Każda wizyta w kafejce internetowej wiązała się z poszukiwaniem nowych informacji.Wraz z pojawieniem się kolejnych szczegółów byłem coraz bardziej nerwowy. Akcja nie rozgrywała się podczas drugiej wojny światowej, a w 18-wiecznej Rumunii. Za to Kristianna Loken zupełnie nie odpowiadała moim wyobrażeniem o bohaterce, okazując się zwykłym rudzielcem o niezbyt wampirzym odcieniu skóry.
"BloodRayne" nie trafiła do naszych kin, jak zresztą każda inna produkcja od Herr Doktora. W moje ręce trafiła więc sklepowa płytka CD z kopią filmu nagraną kamerą w kinie.

Znienawidziłem filmowe przygody Rayne. A jednocześnie powracałem do nich wielokrotnie, bo czerpałem jakąś dziwną przyjemność z oglądania tego bałaganu. No i to jednak ekranizacja ulubionej gry. Ba, nawet sprawiłem sobie legalne kopię, w formie dwóch płytek VCD (czy ktokolwiek wspomina ten format?). I do tego właśnie wydania, po wielu latach, dzisiaj powróciłem.

Akcja, jak wspominałem, rozgrywa się w 18-wiecznej Rumunii, którą nęka potężny wampir Kagan (Ben Kingsley) z armią podobnych mu stworów i ludzkich poddanych. Z zagrożeniem stara się walczyć organizacja znana jako Brimstone Society, ale z każdym dniem ich siła słabnie. Trzech jej kluczowych członków: Vladimir (Michael Madsen), Sebastian (Mattew Davis) oraz Katarina (Michelle Rodriguez), wpada na trop pół-wampirzycy Rayne (Kristianna Loken). Dziewczyna, więziona w cyrku jako atrakcyjne dla gawiedzi dziwadło, ucieka z niewoli i wiedziona zemstą, rusza śladem Kagana, swojego znienawidzonego ojca. Jednakże, aby zmierzyć się z tak potężnym przeciwnikiem, musi wejść w posiadanie trzech artefaktów (oka, żebra i serca), będących szczątkami najpotężniejszego wampira w historii, Beliara. Podczas podróży jej losy splotą się z Brimstone Society, które chce tego samego co ona: zniszczyć Kagana.  
Jak to już bywało w poprzednich produkcjach, Boll lubi z pierwowzorów brać tylko pojedyncze motywy i ubierać je w zupełnie inne szaty. Co mamy? Główna bohaterka jest pół-wampirem i szuka zemsty na swoim ojcu, Kaganie. Jest. Fabuła kręci się wokół trzech artefaktów. Jest. (chociaż w grze poszukiwali ich naziści i były pozostałościami pod demonie, nie wampirze), Współdziała z organizacją znaną jako Brimstone Society. Jest. Akcja dzieje się w 18 wieku... Co?

I w tej sposób podobieństwa się kończą, a wspominane  motywy są wykorzystane w zupełnie inny sposób. Tyle jednak o grze, ponieważ przede wszystkim zastanówmy się nad jednym: jak "BloodRayne", nakręcona przez legendarnego Bolla, sprawdza się jako film? Całkiem zjadliwie. W porównaniu z nijakim "Alone in the Dark" czas spędzony z filmem zlatuje szybko i bezboleśnie. Jest dużo akcji, na ekranie przewija się mnóstwo postaci i przynajmniej coś się dzieje. Aż za dużo, ponieważ film pędzi jak burza i zanim się obejrzymy, Rayne będzie u cela, a większość obsady martwa. Oczywiście jest sporo nieporadnych rozwiązań fabularnych i śmiesznostek. Ale przynajmniej można się uśmiechnąć, o co ciężko przy poprzednim filmie. Rayne, która na początku błąka się bez celu, o artefaktach dowiaduje się od przypadkowo spotkanej wróżbiarki. Całą swoją paplaninę kobieta tłumaczy "przeznaczeniem". Kilka scen później nasz dhampirzyca zostanie uraczona kolejną gadką o pradawnych szczątkach przez Udo Kiera.... to znaczy pojawiającego się na kilka minut mnicha, jakimś cudem granego przez tego aktora. Wygodne dla bohaterki, ale fabularnie pokraczne. Zauważyliście ile filmów kręci się wokół jakichś trzech potężnych przedmiotów, 
a bohater koniecznie musi wejść  w ich posiadanie?
Wspomniałem o Udo Kierze. Tak, poza Kristianną, która, nie licząc trzeciego Terminatora, raczej nie zaliczyła większych ról, przez ekran przewija się całkiem imponująca obsada: Ben Kingsley, coraz bardziej pogrążający się Madsen, Michelle Rodriguez, Meat Loaf  i Geraldine Chaplin (wróżbiarka). Ludzie zawsze się zastanawiali skąd Boll brał takie obsady. Najgorsze jest jednak, że to właśnie ona jest słabością tego filmu. Aktorzy bez zaangażowania recytują swoje kwestie, szczególnie Ben Kingsley, będący jednym z najbardziej bezpłciowych czarnych charakterów z jakim miałem do czynienia,Wyraźnie widać, że prawie nikt nie chciał być w tym filmie. Z Michaelem Madsenem na czele, który, jak opowiadał sam Boll, przez większość czasu spędzonego na planie był pijany. Pełen zmartwienia i obojętności wyraz twarzy nie znika mu z twarzy nawet, gdy jego postać zostaje przebita mieczem, co jest boleśnie komiczne. Michelle Rodriguez właściwie mogłaby zniknąć z ekranu, gdyż jej śladowe dialogi nie wnoszą zbyt wiele, a wątek jej długo planowanej zdrady przemyka niezauważony i do końca nie byłem pewien jaka była jej motywacja. Ubaw natomiast zdają się mieć epizodyczni Zane  i Loaf, szczególnie ten drugi w roli rozpustnego wampira Leonida. Sceny z jego udziałem są zresztą najbardziej malownicze, gdyż w jego kryjówce bawią się również inni krwiopijcy, napełniający sobie kubki z dystrybutorów w postaci zawieszonych na łańcuchach trupów. Sam Leonid otoczony jest grupką nagich kobiet. Czemu o nich piszę? Ponieważ w ramach cięć budżetowych Boll po prostu zatrudnił okoliczne prostytutki.  
   
A panna Loken? Graną przez nią Rayne oczywiście nie sposób porównywać z jej growym odpowiednikiem. Oryginalna postać była przerysowaną, seksowną maszyną do zabijania o ciętym języku i krwistoczerwonych włosach. Nigdy nie okazuje słabości i jest praktycznie niezniszczalna. Jej filmowy odpowiednik jest roztrzepanym, nieco zagubionym rudzielcem, który akurat jest pół-wampirem i jest wprawiony w zabijaniu ludzi. Co nie przeszkadza mu w byciu sierotą, którą łatwo ogłuszyć i zawiniętą w koc, wywieźć na koniu z pola bitwy (przykład niestety prosto z filmu) Jednak nawet bez porównań, Loken jest potwornie nijaka, zaspana i wygłasza swoje kwestie tym samym, beznamiętnym tonem. Gdy próbuje wydawać inne dźwięki brzmi to... dziwnie   

Skoro mówimy o dźwiękach i namiętności, Boll zaserwował nam znaną dzięki swojej bezsensowności scenę seksu, więc widzowie mogą się napatrzeć na biust głównej bohaterki. Rayne 
i Sebastian stają się kochankami po jednej wymianie zdań o tym, jak bardzo cierpią w życiu. 
A dialogi...cóż... nie są za dobre. W każdym razie przez ten film termin "seks na kratach" (tak, uprawiają go przy celi) kiedyś wzbudzał we mnie wesołość. 

Lunatykujący aktorzy, pokraczna fabuła, kiepskie dialogi i wyprana z charyzmy główna bohaterka ciągną ten film w dół. Jednakże, wraz ze wspomnianą akcją, cieszy oprawa audiowizualna. Zanim powstało "In the Name of the King", "BloodRayne" mogło się szczycić renomą (?) największego filmu autorstwa Bolla. Podniosła muzyka brzmi momentami troszkę tanio, próbując naśladować filmy większego kalibru, ale wpada w ucho, dobrze wpasowując się w atmosferę. I przynajmniej da się ją zapamiętać. Mamy przepiękne krajobrazy (w końcu to Rumunia), których kamera na szczęście na nie szczędzi, mroczne zamczyska i mnóstwo statystów, a to wszystko skąpane jest 
w pomarańczowym świetle zachodzącego słońca, świec i pochodni. Do tego twórcy uparli się, aby sceny podróży wyglądały niczym z "Lord of the Rings" Poziom kinowy to to nie jest. ale telewizyjnego filmu kostiumowego jak najbardziej. Troszkę gorzej prezentuje się kostium Rayne, który wygląda jak mocno znoszona wersja tego z gry i wygląda nieco nie na miejscu. Niektóre rekwizyty wzbudzają wątpliwości, z zabawkowymi mieczami na czele. Jest również trochę CG, które z jednej strony wygląda sztucznie, z drugiej jest użyte do takich drobnostek, że nie razi.
To oczywiście przenosi nas do scen walki, które są zrealizowane na znośnym poziomie, ale nie spodziewajcie się wyrafinowanej choreografii, szczególnie w wykonaniu tytułowej pół-wampirzycy, co trochę rozczarowuje. Ot, typowe mordobicie, z kilkoma niezbyt przekonującymi momentami, wynikającymi głównie z niezbyt dynamicznego montażu. Należy do nich niestety finałowy pojedynek, podczas którego Rayne i Kagan smagają się nieśmiało mieczami, jakby nawet nie zależało im na zabiciu się nawzajem. Samą śmierć tego drugiego przemilczę. Albo dobra: czemu w filmie o dziewczynie uzbrojonej w dwa ostrza czarny charakter ginie od strzałki wbitej w serce? Żeby chociaż od kołka... Znalazło się nawet miejsce na skromną scenę bitewną, o ile tak można nazwać większą rozróbę na dziedzińcu. Rayne niestety spędza ją w piwnicy, próbując zabić kilku facetów. Muszę jeszcze dodać, że odziani w workowate stroje wojowniczy mnisi, wymachujący kosturami z jakiegoś powodu niezwykle mnie rozbawili.  Gra wsławiła się swoją niezwykłą, przesadzoną drastycznością. Również film próbuje ją naśladować, ale w stylu tanich filmów gore. Spodziewajcie się wiader nienaturalnie czerwonej krwi o konsystencji wody. Podobny poziom prezentuje również charakteryzacja wampirów, mocno chyba inspirowana "Buffy". Nie dorównują one jednak wielkiemu, pomarszczonemu stworowi, który próbuje zmiażdżyć Rayne wielkim młotem. Jego obecność w tym filmie jest zastanawiająca, ale z pewnością stanowi nie lada atrakcję.
Czym jest zatem filmowa "BloodRayne"? Koszmarną ekranizacją mojej ukochanej gry, oraz głupiutkim, znośnym filmem przygodowym, który ma, tak się jakoś złożyło, dużo krwi i nagości. Całość ogląda się zaskakująco przyjemnie, bez nerwowego zerkania na zegarek, a wymienione wady zdają się być tylko zabawnym "dobrodziejstwem inwentarza". I pozostaje po raz trzeci napisać: ten film nie powinien trafić do kin, ponieważ wygląda jak produkcja przeznaczona na rynek DVD. Po cichu chciałoby się dodać, że nie powinna być również ekranizacją gry... cii. A tak, "BloodRayne" stała się kolejnym schodkiem w karierze Bolla, na który wszyscy spluwają, a tymczasem ja, mimo, że niepokojąco trzeszczy, przechodzę po nim bez problemu.

A co mnie czeka na następnym? Kolejna superprodukcja w postaci dumnie brzmiącego "In the Name of the King: A Dungeon Siege Tale". z samym Jasonem Stathamem w roli głównej i ambicjami stworzenia filmu na miarę "Lord of the Rings". Do zobaczeniu w kolejnym odcinku "Laboratorium Doktora Bolla".



Trailer


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz