28.05.2015

MAD MAX: FURY ROAD (Mad Max: Na drodze gniewu) (2015)

"What a lovely day!". Wbrew pozorom, ten film musi mieć swoją recenzję na tym blogu. Po piekle produkcyjnym, George Miller, człowiek, który zaszczepił postapokalipsę pełną piasku, stuningowanych wozów i psychopatów w irokezach w masowej świadomości, po raz kolejny wykonał zastrzyk. "Mad Max: Fury Road" wjechało do kin, z efektami praktycznymi i niekończącą się akcją, wywołując taki sam wybuch, jak niegdyś "Mad Max 2", po którym Włosi i Amerykanie zaczęli nagminnie kręcić podobne mu filmy.
Nowe przygody Maxa ciężko zdefiniować. Nie jest to remake , ani też pełny reboot. Znacie historię: Max był policjantem i stracił rodzinę w wyniku postępującego bezprawia i upadku społeczeństwa. Taką też ma tutaj przeszłość, tyle że z odrobinkę zmodyfikowanym flashbackiem. No i  ma  na początku  swoje wierne V8, co zaprzecza dwójce. Więc po prostu potraktujcie ten film jako kolejną legendę o Maxie, umieszczoną w znanej nam, postapokaliptycznej Australii. Bo zna ich ona zapewne całe mnóstwo.

Na samym początku historii Max (Tom Hardy) nie ma lekko. Wpada w łapy mocno zierarchizowanej bandy świrów zwanych "The War Boys", którzy fanatycznie służą niejakiemu Immortan Joemu (Hugh Keays-Byrrne, czyli Toecutter z pierwszej części!) i zostaje wykorzystany jako żywa stacja transfuzyjna (czy jak to nazwać). Z ich siedziby, ogromnej "Cytadeli" ucieka Imperator Furiosa (Charlize Theron), wraz z haremem kobiet, które zostały sprowadzone przez Joego do poziomu maszyn rozpłodowych. Jedna z dziewczyn nosi w sobie dziecko przywódcy, dlatego też szybko rusza on w pościg wraz z całą eskortą świrów. A wśród nich nadal skuty Max, przytwierdzony do przodu jednego z pojazdów. Podczas pościgu losy Furiosy, jej przyjaciółek i Maxa splotą się, czyniąc również z niego uciekiniera. Rozpaczliwa chęć wolności i zimne doświadczenie na jednej ciężarówce.

Jakie to jest? Wypchane po brzegi akcją, niesamowitymi efektami praktycznymi, wysiłkiem kaskaderów, monumentalną muzyką i oszałamiającymi, pustynnymi krajobrazami. Cała fabuła filmu sprowadza się do wspomnianego pościgu. Brzmi nudno? Wcale nie. Miller wycisnął z tego wątku co tylko się dało, skutecznie przeplatając sceny akcji wolniejszymi momentami, w których pozwala rozkwitać swoim postaciom. Nie powiem, gdy usłyszałem, na czym skupia się cały film, zmartwiłem się, że nie będzie miejsca na nic więcej poza totalną demolką. Totalna demolka jest piękna, a dialogi i wspomnienia bohaterów nie pozwalają jej na utracenie sensu, Przepastna banda fanatycznych psycholi dała twórcom ogromne pole do urozmaicenia filmu, przedstawiając widzowi mnóstwo postaci epizodycznych (które na ogół czeka śmierć) o unikalnym wyglądzie, dzięki czemu Max i Furiosa nie rozprawiają  się non-stop z identycznymi agresorami. Smaku dodaje fakt, iż  wszyscy, umysłowo wyprani przez potężnego przywódcę, tak naprawdę chcą zginąć, z nadzieją na trafienie do Valhalli a jazdę samochodem traktują jak religię. Spodziewajcie się dużo odjechanych motywów. Całość ogląda się jak udaną wersję "Beyond Thunderdome", z jego rozmachem i motywem złego przywódcy, sprawującego pieczę nad zorganizowana społecznością. Zresztą elementów nawiązujących do "starej" trylogii jest tu co nie miara, jednak nie są one nachalne i doskonale zostały wpasowane w nową historię.

Co skrzeczy w strukturze filmu? Niektóre ze wspomnianych wolniejszych momentów niekoniecznie powalają dialogiem. I chyba za bardzo, z dosłownym smutkiem zarówno w muzyce jak i obrazach, walczą o współczucie widza względem niełatwego losu bohaterów, szczególnie Furiosy. Ale cóż, dzisiejsze "duże" kino lubi wyciskać łzy, czasami troszkę na siłę.

W ten sposób przechodzimy do postaci, a przede wszystkim tematu kontrowersji względem rzekomej przewagi czasu ekranowego Furiosy nad Maxem i jego roli w przebiegu filmu. Nie, w ramach słowa "kontrowersje" nie będę pisał o rzekomej "feministycznej propagandzie". Stwierdzam, iż wątek kobiet walczących o resztki swojej godności świetnie wpisuje się w surowe uniwersum stworzone przez Millera. Furiosa wypada przekonująco w swoim nieugiętym dążeniu do celu, a jej towarzyszki stanowią doskonałe przedłużenie. Wszystkie mają swoje charaktery i wraz  z Furiosą tworzą  jedną postać, będąc jej zewnętrznym zbiorem, kojarzonych przede wszystkim z kobietami, cech, których musiała się wyrzec, aby osiągnąć swój cel. Jest narwana i silna, ale brakuje jej doświadczenia, mentora. A któż byłby lepszym przewodnikiem po pustkowiu od Maxa? Po poprzednich filmach chyba nie ma wątpliwości. I to czyni Maxa głównym bohaterem. Bohaterem, który (jeżeli uznamy wydarzeniu z pierwszego filmu jako kanoniczne względem tego) swoją zemstę ma już za sobą i jedynym jego celem jest przetrwanie. A to wiążę się z tułaczką. Która, jak już wiemy, zawsze prowadzi go w środek wielkich wydarzeń rozgrywających się w tym marnym świecie. I wątek Furiosy jest po prostu kolejnym z tych incydentów, zdającym się przerastać samotnika Maxa swoim rozmiarem, i z którego, jak już to czynił, chce się wycofać. Bez chłodnej oceny w wykonaniu weterana pustkowi historia Furiosy mogłaby się skończyć źle. Max odrobił swoją zemstę. Teraz musi pomóc w czyjejś.  I właśnie z tego powodu to Max jest głównym bohaterem, legendą, która, często wbrew swoim interesom, naprawia świat wokół siebie. Tom Hardy jest tym Maxem, którego znacie. Cichym i chowającym w sobie ból, wiedzionym swoimi zachciankami, ale zawsze z całych sił starającym się przetrwać. Bo tylko to mu zostało w tym straconym świecie bez zasad.

Do innych ciekawych postaci należy Nux (Nicholas Hoult), jeden z członków War Boys, równie fanatyczny jak cała reszta. Po raz pierwszy w historii cyklu któryś z bezimiennych obdartusów jacy stanęli na drodze Maxa, staje się pełnoprawną postacią i jego losy zwiążą się z głównymi bohaterami. Natomiast Joe? Jest raczej typowym czarnym charakterem, nie ma szczególnej osobowości, To nie Tina Turner w trzeciej części. Raczej Lord Humungus, który nadrabia ikonicznym wyglądem i przemówieniami. Poza tym, jak wspominałem, mamy całą menażerię innych typów spod ciemnej gwiazdy, z których każdy dostaje s
wój czas ekranowy. A to przenosi nas do...

Oprawy audiowizualnej. Zróżnicowanie postaci sprawia, iż przez cały film raczeni jesteśmy pomysłowymi kostiumami i charakteryzacją. Oddzielne postaci stanowią fantastycznie zaprojektowane pojazdy  Potencjał, który, ze swoim największym wówczas dla cyklu budżetem, trzecia część zmarnowała, tutaj zostaje w pełni wykorzystany, dzięki czemu nareszcie dostajemy udany film o Maxie z widowiskowym rozmachem. Poza płaskimi pustkowiami mamy tutaj ogromną Cytadelę, kanion i  burzę piaskową. Ta została wykonana w CG, ale nie razi to, gdyż kluczowa część filmu wygląda świetnie, przede wszystkim dzięki karkołomnej pracy kaskaderów i niestrasznemu ekipie gięciu blachy. Przypomina to czasy, gdy efekty komputerowe faktycznie były specjalne i ich widok zapierał dech w piersiach, ponieważ wykorzystywano jest tylko w odpowiednich momentach, mających zapaść w pamięć. Gigantyczna burza piaskowa na srebrnym ekranie taka jest.

Dodam jeszcze, iż, mimo mojej niechęci do tej technologii, widziałem film w 3D. Jak zwykle, obraz przez okulary był dla mnie odrobinkę za ciemny, ale ogólnie rzecz biorąc jak na film, który nie był reklamowany jako produkcja trójwymiarowa, efekt był dobry. Jednakże piszę to bez entuzjazmu.
Muzyka, zawierająca w sobie brzmienie poprzednich filmów, jest podniosła i odpowiednio dramatyczna. Znakomicie ilustruje wydarzenia na ekranie, zaczynając się i kończąc w odpowiednich momentach, I znowu wracamy do postaci, gdyż ścieżka dźwiękowa ma swój fizyczny, wręcz musicalowy element w postaci bębniarzy i szalonego gitarzysta, który na plującym ogniem instrumencie, z maniakalnym oddaniem, gra do samego końca, wtórując akcji.

I jeszcze jedno. Jak to jest z tą R-ką? Nie spodziewajcie się wybuchów krwi. Czasami się ona pojawia, ale nie są to urwane kończyny. Jednak kategoria wiekowa pozwoliła na odpowiedni poziom brutalności i nie rozwadnianie podjętej tematyki. Poza tym w PG-13 chyba nie byłoby miejsca na rosłe panie służące za źródło mleka czy faceta bawiącego pępowiną jak gumką recepturką. No i ten, który miał zginąć na koniec, ginie odpowiednio paskudnie. To nie gore, i ci, którzy go oczekiwali zapewne się rozczarują, ale poprzednie filmy (poza nieszczęsną, familijną trójką, gdzie śmierć była obcym zjawiskiem) również nie eksponowały przesadnie drastyczności. Źli faceci wpadający pod ciężarówki byli wystarczająco widowiskowi.

I to jest, drodzy czytelnicy, "Mad Max: Fury Road". Film, przy którym miałem OGROMNY problem z wyjściem do toalety (spokojnie, koleżanka mi opowiedziała ten króciutki fragment), ale musiałem, bo prawdopodobnie teraz pisałbym recenzję z niemile wilgotnym wspomnieniem. Film, który pędzi na złamanie karku, racząc nas pięknymi obrazami ale jednocześnie nie zapominając o sensie i fabule, nie popadając w tanie CG-efekciarstwo. Film, w którym gnie się prawdziwa stal a wybuchy zapewne zrywały ekipie czapki z głów. Film, który przypomina, jak zabawna jest ekranowa postapokalipsa. Pozostaje pogratulować Millerowi za uciągnięcie tego projektu do końca i oczekiwać, iż uda mu się doprowadzić nową legendę Maxa do samego końca. "Mad Max: The Wasteland" już jest w planach. "What a lovely day!"



Trailer


4 komentarze :

  1. Wait, what, "księżniczka" Furiosa? WTF, jej tytuł to był Imperator (trochę suabo w polskiej wersji przełożone na Cesarzowa), a funkcja też zupełnie inna xD Also, przynajmniej dwie z tych dziewczyn były w ciąży, ale tylko jedna w widocznej. No i nie wiem, czy Furiosa tak bardzo potrzebowała mentora, skoro po swoim porwaniu konsekwentnie pięła się na najwyższe stanowisko w armii Joego przez dwadzieścia lat ;)
    Myśmy jednak poszli na 2D, od 3D dostaję ciężkiej migreny :|
    OMG LOL weś się wysikuj przed seansem, m8, w życiu nie wychodziłam do toalety w trakcie filmu, nawet podczas maratonów są przecież przerwy xD
    No a brak gore trochę mnie zaskoczył, tak, był facet bawiący się pępowiną, ale ta cesarka odbyła się całkowicie off-screen, zresztą dziewczyna chwilę wcześniej została przejechana i też niezbyt bardzo ją pokiereszowało. Ale to dobrze, nie lubię realistycznej przemocy :)
    Wreszcie opisałeś jakiś film, który już widziałam, i to całkiem niedawno, no ale po to czytam Twój blog, żeby dowiedzieć się o filmach, na które nie mam czasu ani wytrzymałości :) Więc no, nie komciam za często bo nie mam nic do powiedzenia, a teraz mogę, to się produkuję.
    SPOKO BLOŻEK BY THE WAY!!!!11

    OdpowiedzUsuń
  2. Oddałem mocz przed seansem, ale to nigdy nic nie daje, bo tak mnie przycisnęło, że czułem każdy głośniejszy dźwięk w pęcherzu.

    A z tą księżniczką mogłem coś faktycznie popierniczyć, ale tak zapamiętałem :| Zwykle mam notatnik, ale w kinie odpada.

    Dzięki za długiego komcia, lol.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się zastanawiam czy dać 9 czy 10, absolutna rewelacja...

      Usuń
    2. Ja byłem pewny. 10 często wystawiałem, gdy byłem młodszy. Teraz nie wiem, co by musiało się stać, heh.

      Usuń