29.06.2015

YAKUZA WEAPON (2011)

Siedem lat interesowałem się Japonią. Siedem! Nie oszukujmy się jednak, nie zgłębiałem szczególnie kultury tego kraju, gdyż szybko straciłem do tego zapał. Wybrałem to co łatwe, przyjemne i po prostu w moim typie: kulturę masową w postaci mangi, anime i filmów. Japonki tez mnie interesowały. Jednak kilka lat temu moja pasja, czy wręcz fanatyzm, uległa wypaleniu. Oglądanie kolejnych, z każdym rokiem pogarszających się, seriali anime przychodziło mi z trudem, straciłem ochotę na kupowanie coraz liczniej wydawanych na naszym rynku mang, a fandom (tak zwani "mangowcy") coraz bardziej kojarzył mi się z bandą rozwrzeszczanych, durnych gówniarzy, którzy nie uznawali niczego poza japońszczyzną. Sam zresztą wpadłem w tą pułapkę. Zmęczony tematem, w 2014 roku podjąłem decyzję i zerwałem na zawsze z Krajem Kwitnącej Wiśni.

Ale, ale... mówiłem również o filmach.

Japonia to dziwny kraj. Społeczeństwo pełne zasad i, przede wszystkim, odchyłów, których przeciętny europejczyk nie jest w stanie owładnąć swoim umysłem. A skoro kraj dziwny to i filmy temu nie ustępują. Okres mojego zainteresowania tym krajem to również czas w którym po raz pierwszy zetknąłem się z kinem niezwykle absurdalnym i krwawym. "Versus", "Hard Revenge Milly", "Helldriver"... Podobnych filmów w Japonii powstały dziesiątki. I jak zapewne zauważyliście na tym blogu, moje zainteresowanie dziwnym kinem przetrwało do dziś, jednakże w bardziej zamerykanizowanej formie. Tym razem jednak powracam do źródła, wraz z wydanym w naszym kraju przez What Else Films "Yakuza Weapon" ("Gokudo heiki", w swobodnym zapewne tłumaczeniu, "RoboYakuza")

A Japonki? Japonki nadal są fajne.

Film opowiada o Shozo Iwakim ( Tak Sakaguchi, współreżyserujący z Yudaim Yamaguchim. Znany mi  ze znakomitego "Versus", które powinienem kiedyś zrecenzować, choćby w ramach ponownego obejrzenia po latach), członku yakuzy, który na cztery lata opuścił rodzimą Japonię i pracował jako najemnik w Ameryce Południowej. Wraz z dwoma pomocnikami, powraca do domu na wieść o śmierci swojego ojca, a zarazem przywódcy grupy przestępczej do której kiedyś należał. Rozpalony pragnieniem zemsty, Shozo rusza śladem innego bossa, niejakiego Kurawakamiego, mającego obsesję na punkcie swojego przyrodzenia (zobaczycie...). Po drodze natknie się na byłą kochankę 
i dawnego przyjaciela, a oboje staną się tylko dodatkowymi przeszkodami.
Ach, i w pewnym momencie nasz bohater traci rękę i nogę, stając się tytułowym RoboYakuzą. Raczej nie możecie mnie oskarżyć o zdradzanie fabuły.

Przyznam, że podczas seansu poczułem się jak w dawnym domu. "Yakuza Weapon" sięga po wszystkie elementy, które powinny być znane osobom zainteresowanym japońską popkulturą. Nie dziwne to zresztą, gdyż jest to ekranizacja mangi z 1995 roku i przenosi na ekran wszystkie motywy, które kojarzą mi się  z tym medium. A zawarte zostały one w postaci Shozo, który wpisuje się w wielokrotnie powielany w japońskich mediach obraz "przegiętego badassa". Kule się go dosłownie nie imają, bo jak sam stwierdza, trafiają one tylko tych, którzy się boją. Łapie pociski z panzerfausta gołymi rękami. Eksplozję miny wykorzystuje jako środek szybkiego transportu. Zostaje trafiony w głowę rzuconą (!) łodzią  i nic mu się nie dzieje. Swoje życie opiera na jednej zasadzie: być najsilniejszym. Do jak najbardziej absurdalnego, przeczącego prawom fizyki i logiki stopnia. Widok ręki przerobionej na gatlinga tylko dodaje mu ochoty do życia.W filmie znalazło się również miejsce na motyw nierozerwalnej, męskiej przyjaźni (kolejny motyw rodem z mang), która, oczywiście, przejawia się okładaniem nawzajem po gębach.
Typowo japońska jest również gra aktorów. Bohaterowie krzyczą i wykrzywiają przesadnie twarze, będąc momentami odrobinkę przerysowani i sztuczni. A przynajmniej tacy wydają się dla zachodniego odbiorcy. Bo mimo wszystko, jak w wielu innych tego typu produkcjach ze wschodu, widać, że naprawdę wczuwają się w rolę i traktują swój udział w tym absurdalnym widowisku poważnie. I tworzą sympatyczne kreacje. Kiedyś nie mogłem wyjść z podziwu jak dramatyczni potrafią być japońscy aktorzy w tych "głupich" filmach, ale teraz muszę to pochwalić.

To samo zresztą można powiedzieć o tonie całej produkcji, ponownie, wpisującego się w japoński standard, gdzie absurd całkiem sprawnie łączy się z momentami poważnymi i smutnymi. Zresztą nawet w najbardziej pogiętych momentach miałem wrażenie, iż nie jest to wygłup czy parodia. Po prostu twórcy chcieli nakręcić taki film I takie też odczucia miałem wobec większości tego typu produkcji z Japonii. Ale mówimy o kraju, w którym Godzilla jest traktowana totalnie na serio. Japończycy nadają na innych falach. Patrząc przez pryzmat "dziwnego kina": niegłupie podejście.

Od strony realizacji jest to jedno z lepiej zrobionych budżetowych (jak sądzę) dziwadeł stworzonych w Japonii jakie widziałem. "Jak sądzę" ponieważ w tymże kraju duże, mainstreamowe produkcje potrafią potrafią wyglądać dosyć nieporadnie. Główną atrakcją filmu nie są pojedynki z bronią palną, a  walka wręcz. Choreografia i praca kamery nie są szczytem wyrafinowania, ale są wystarczająco efektowne, aby po prostu dobrze się to oglądało. To zresztą ciekawe zjawisko. Powtarzam się, ale ponownie: w wielu japońskich produkcjach tego typu, nieważne jak budżetowo wyglądających, sceny walki prezentują przyzwoity poziom. Tak jest i też w "Yakuza Weapon". W pewnym momencie przez kilka minut kamera nie odrywa się od bohatera, dzięki czemu całą walkę z licznymi oponentami obserwujemy bez żądnego cięcia. Widowiskowy smaczek. 
Efekty komputerowe? Ech. Każdy film jest nimi dzisiaj naszpikowany, a niskobudżetowe produkcje, wbrew pozorom, również. A w przypadku tych drugich kolą one w oczy nawet mocniej, gdyż wyglądają one, cóż, kiepsko. "Yakuza Weapon" jest kolejną ofiarą tego podejścia. W japońskich filmach ciężko mi to ugryźć: w dużych produkcjach CG wypada ohydnie, znacznie ustępując zachodnim obrazom (a przecież i w nich z reguły razi ono sztucznością), natomiast w dziwacznych "taniochach" dodaje absurdu. Jednak nadal aż prosiłoby się o efekty praktyczne, nieważne jak pokraczne.

Właśnie, efekty praktyczne. Cóż, jest zaskakująco... wstrzemięźliwie? Tanie kino z kraju Godzilli znane jest ze swojego przegiętego gore. Jednak w "Yakuza Weapon" zabrakło w tej materii kreatywności. Poza typowymi fontannami krwi ochlapującymi twarze bohaterów, niczego więcej raczej się nie spodziewajcie. Zabójcze pielęgniarki, które Shozo rozrywa na kawałki swoją bronią miały potencjał, ale, niestety, krwawe eksplozje zostały zrealizowane komputerowo. Co, ponownie, nie wygląda za dobrze. Ba, to jeden z gorszych efektów w filmie, a myśl o tym jak dobrze mogło to wyglądać przy użyciu "praktyków" tylko pogarsza sprawę.
Przez cały ten tekst wspominałem o elementach znanych z innych japońskich filmów tego typu. Bo tak naprawdę "Yakuza Weapon" nie jest szczególnie oryginalnym tworem na tle innych przerysowanych, krwawych produkcji z Kraju Kwitnącej Wiśni. Jednakże, jest bardzo sprawnie zrealizowany i przyjemny w odbiorze. Film pędzi na złamanie karku, racząc nas kolejnymi scenami akcji. A momenty samych rozmów nie pozwalają się nudzić ze względu na przerysowaną ekspresyjność aktorów. Wbrew pozorom niełatwo jest nakręcić produkcję absurdalną, która 
w pewnym momencie nie zawali się i nie zacznie męczyć widza. "Yakuza Weapon" zleciało mi zbyt szybko, abym mógł się znudzić. Przypomniało mi o czasach, gdy liczyła się dla mnie tylko ta cholerna Japonia. Biorąc pod uwagę, że zapoczątkowała moje zainteresowanie specyficznym kinem, chyba nie było to jednak takie złe.



Trailer


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz