05.09.2015

SWAMP THING (Potwór z bagien) (1982)

"Koszmar  z Ulicy Wiązów? Klasyka. Krzyk? No ba. Potwór z Bagien? Co?". Zmarły niedawno Wes Craven, uznawany za mistrza horroru, szerokiej publice jest pewnie znany z wyżej wymienionych dwóch tytułów. Jednak reżyser ten miał w swoim dorobku wiele produkcji, które u większości ludzi nie zapalą lampki. Do jednej z nich należy "Swamp Thing" z 1982 roku, będący ekranizacją serii komiksowej od DC zapoczątkowanej w latach 70. Jest to jeden z kilku przykładów niezbyt powszechnych jeszcze prób przeniesienia wówczas tego medium na srebrny ekran. Komiksu na oczy nie widziałem, więc wszelkie porównania pozostawię innym. 
Historia rozpoczyna się, gdy agentka rządowa Alice Cable przybywa do znajdującego się (niespodzianka) na bagnach ośrodka badawczego, w którym niejaki doktor Alec Holland pracuje nad połączeniem DNA rośliny ze zwierzęcym. Ma to na celu stworzenie sadzonek, które będą w stanie przetrwać w każdych warunkach. Pech chciał, iż zaraz po osiągnięciu żądanego efektu, w ośrodku pojawia się grupa najemników, wysłana przez złowrogiego Antona Arcane, w celu przejęcia formuły. Holland niechcący wchodzi w kontakt ze swoim cudownym specyfikiem i zajęty ogniem, znika w bagiennych odmętach. Tymczasem Alice udaje się zbiec wraz z ostatnim z kilku notatników zawierających szczegóły eksperymentu. A Holland? Powraca, zzieleniały ze złości i żądny zapłaty za wyrządzone szkody. 

Krótko mówiąc, staje się tytułowym Potworem z Bagien.

"Swamp Thing" jest przyjemny w odbiorze. Już od początku czułem, że film zdoła utrzymać moje zainteresowanie. Jak to ostatecznie wyszło? Pół na pół. Film wolny jest od dłużyzn i posiada wartki przebieg. Jednak dosyć szybko popada w monotonię wynikającą z bycia przede wszystkim filmem akcji. Tak, "Swamp Thing" to nie horror, aczkolwiek jest osadzony w estetyce "monster movie" co jest jego najmocniejszą stroną.  Produkcja szybko zamienia się w niekończącą zabawę  w kotka i myszkę: najemnicy gonią za Alice, potwór za nimi, eliminując ich po kolei. Przez pierwszą godzinę dużo tutaj biegania, podczas którego zdająca się móc zadbać o siebie agentka zostaje schwytana kilka razy. To prosty film, w którym akcja biegnie od punktu A do B, bez istotnych zwrotów fabularnych. Odpowiedź na pytanie, czy to dobrze czy źle, stoi gdzieś pośrodku.

Część wizualna doskonale oddaje tytuł: z wyjątkiem kilku scen pod koniec, przez większość filmu widz raczony będzie widokami bagna. Całkiem pięknymi, trzeba przyznać. Całość twardo stoi kolorem zielonym i w jednej scenie nocnej (przez większość seansu akcja odbywa się w świetle dnia) znalazło się nawet miejsce na oświetlenie w tym kolorze. A tutaj bardzo je lubimy. Z tym wszystkim doskonale współgra sam Potwór z Bagien. Mija trochę czasu, zanim widzimy go w pełnej krasie. To, wraz z wieloma ujęciami, gdzie ukazany w oddali stwór kroczy pomiędzy drzewami, dodaje mu tajemniczości, na tyle, na ile to dosyć "pulpowe" monstrum może sobie pozwolić. Charakteryzacja stoi na dobrym poziomie, chociaż nie można zaprzeczać, iż mamy do czynienia z gumowym strojem, który często zagina się nie tam, gdzie trzeba. Jednak to dodaje wspomnianego uroku "monster movie" z lat 50, który zapewne chciano oddać w tej produkcji. Nie sposób uciec od skojarzeń z "Creature from the Black Lagoon" z 1954, szczególnie gdy spojrzymy równocześnie na plakatu obu produkcji. Gdyby iść dalej tym skojarzeniem, prosty przebieg akcji zaczyna mieć sens, chociaż nadal ciężko wybronić powtarzalność panującą przez większość czasu.
Jest tu jakieś gore? Nie. Krew obecna jest tylko w jednej scenie, a przez resztę czasu potwór stosuje rodzaj brutalności, który często stosowany jest w produkcjach od lat trzynastu: rzuca wszystkimi na lewo i prawo, co z reguły jest niezbyt widowiskowym sposobem na wykańczanie swoich ofiar. Film jest zresztą dosyć oszczędny w efektach. Na przykład użycia animatroniki trzeba poczekać do samego końca i nadal jest on dosyć skromny. Nie jest to jednak wada, gdyż sama obecność kostiumu zdaje się być wystarczająca, a w zestawieniu z dzisiejszymi przepakowanymi fajerwerkami ekranizacjami komiksów, działa wręcz uspokajająco. 

Zabawna jest sprawa z muzyką. Skomponował ją nie kto inny, a Harry Manfredini, odpowiedzialny za charakterystyczne brzmienie znane z "Friday the 13th". Przed seansem sprawdziłem stronę filmu na IMDB i w jednym z tematów na forum użytkownik oskarża Manfrediniego o użycie tej samej oprawy muzycznej co w cyklu o moim ulubionym mordercy w masce hokejowej. Od napisów początkowych musiałem przyznać rację: z zamkniętymi oczami "Swamp Thing" można uznać za kolejną część "Piątku". Jednak szybko przestało mnie to niepokoić, gdyż ścieżka muzyczna pasuje tutaj doskonale. Jezioro czy bagno, co za różnica.

"Swamp Thing" to przyjemna, chociaż daleka od ideału ciekawostka. Można ją obejrzeć w ramach poszukiwania  mniej znanych filmów Cravena oraz jako interesujący przykład ekranizacji komiksu zanim stały się one aż zbyt powszechne. Akcja szybko staje się monotonna, jednak wszechobecny duch "monster movie" sprzed kilku dekad nie pozwala oderwać od tego wszystkiego oczu. To miła odtrutka na ogromne, ale puste w środku produkcje komiksowe pokroju drugiego "Avengers". Czasem do szczęścia wystarczy tylko facet w gumowym kostiumie.

Nawet jeżeli brzmi to odrobinę dziwnie... 



Trailer

2 komentarze :

  1. Ooo, nice, tak czekałam aż napiszesz o czymś od cravena, po cichu licząc, że nie o Freddym ani Krzyku, które są, niestety, jedynymi jego rzeczami które znam :D
    Oooo, zielono, dobrze, to mój ulubiony kolor :3
    I gore nie ma, Natalka może oglądać!
    Dzięki~

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie było w sumie takie oczywiste, że o czymś od Cravena napiszę. Ale chciałem koniecznie coś napisać po tak długiej przerwie i stwierdziłem, że mogę się podeprzeć aktualnym tematem. A Craven ma całkiem sporo filmów, które nie są powszechnie znane, więc jest w czym wybierać.

      Oczywiście wiedziałem kto się ucieszy z braku gore, w przeciwieństwie do mnie. Dziękuję za częste komentarze.

      Usuń