26.09.2015

VAMPYROS LESBOS (Wampiryczne lesbijki) (1971)

Wampirzyce lesbijki to dosyć powszechny motyw. Nawet w filmach z głównego nurtu córy nocy przejawiają upodobanie do przedstawicielek tej samej płci, a tematyka dotarła aż do komedii, w postaci "Lesbian Vampire Killers" z 2009 roku (moim zdaniem niezbyt zabawnego i nie wykorzystującego w pełni podjętego zagadnienia). Jednak lubieżne wampirzyce w pełni rozwinąć się mogły w kinie "eksploitacji", któremu nie obce jest epatowanie erotyką.

Gdy słyszę "wampirzyce lesbijki", na myśl przychodzi mi od razu melodyjnie brzmiący tytuł "Vampyros Lesbos". Jednak nigdy nie dane mi było obejrzeć tej produkcji. Aż do teraz. "Vampyros Lesbos" to horror erotyczny z 1971 roku w reżyserii znanego fanom exploitation Hiszpana, Jesúsa "Jessa" Franco, który od końca lat 50 aż do śmierci w 2013 nakręcił ponad dwieście produkcji. Często opierających się na eksponowaniu kobiecych walorów. "Vampyros Lesbos" jest jedną z nich, jednak jest to nieco inny film, niż się spodziewałem.

Główną bohaterką jest Linda (Ewa Strömberg), która poznajemy, gdy ogląda erotyczne przedstawienie wraz ze swoim partnerem, Omarem. Linda jest dziwnie podekscytowana, gdy patrzy jak piękna kobieta na scenie pieści stojącą bez ruchu dziewczynę. Owa kobieta zaczyna nawiedzać ją w snach i na dodatek natarczywie wzywa ją do siebie, wywołując jej imię raz za razem. Linda ostatecznie musi poradzić się psychologa. Ten stwierdza, że musi popracować nad swoim życiem seksualnym, najlepiej zmieniając partnera.

Akcja odbywa się Stambule, a Linda i Omar są parą prawników. Kobieta, mimo ostrzeżeń dziwnego nieznajomego w hotelu (dziadek "Nie idźcie tam", klasyczne zagranie. Na dodatek w tej roli występuje sam Franco), płynie w interesach na pobliską wyspę. Jej klientem jest nie kto inny,a piękna nieznajoma, która niepokoiła ją podczas snu.
Gdy Linda powraca z wyspy, nie pamięta, co się z nią stało. Nie wie jeszcze, że to wstęp do koszmaru, w którym zostaje zniewolona przez pożądliwą wampirzycę...

Wspomniałem zatem, że nie jest to film, jakiego oczekiwałem. Spodziewałem się onirycznego mętliku, z którego wyniosę tylko sceny erotyczne, zapewne atrakcyjną oprawę audiowizualną i niewiele szczegółów fabularnych. To ostatnie jest nieprawdą. Owszem, "Vampyros Lesbos" mocno opiera się na obrazie, jak i muzyce, oraz, rzecz jasna, nagich ciałach, jednak ma również prosta fabułę o nietrudnym do śledzenia przebiegu, która nie pozostawi widza z ciążącym nad głową znakiem zapytania. Jednak oprawa, jak i powtarzające się sceny snu, przebudzeń oraz zakończenie każą zadawać pytanie co tak naprawdę wydarzyło się naprawdę. Albo możecie zupełnie to zlekceważyć i cieszyć się filmem takim, jakim jest. Ma on spokojny przebieg i można się przy nim wyłączyć, nie wyłączając jednak myślenia.

Przyznam, że w pewnym momencie zacząłem się nawet doszukiwać przedstawienia kobiecego homoseksualizmu jako czegoś zgubnego (biorąc pod uwagę, że to wczesne lata 70), ale może staram się się wyciągnąć zbyt wiele z erotyka o wampirzycy...

Sceny erotyczne, mimo, że oczywiście obecne, nie są zbyt nachalne i długie. Są usprawiedliwione fabularnie i logicznie napędzają przebieg filmu. I tylko nieco bardziej przeciągnięta scena drugiego spektaklu przypomina nam, co jest tutaj główną atrakcją, która jednak nie wpycha się na pierwszy plan, jak może się zdawać przed seansem. 

Tak jak wspomniałem, sfera wizualna dominuje, głównie za sprawą wnętrz (oświetlonych na czerwoną w odpowiednich momentach), ale także pracy kamery, która pozostaje w ruchu, w długich ujęciach, często korzystając ze zbliżeń na detale. A są one powtarzającymi się przez cały film symbolami (latawiec, motyl, skorpion, krew ściekająca po szybie), najpierw ukazanymi w śnie, a potem w rzeczywistości? Ale czy na pewno?

Oczywiście, kobiece ciała również stanowią element części wizualnej. A zwłaszcza Hrabina Nadine (Soledad Miranda), bo tak zwie się wampirzyca. Czasem w prześwitującym stroju i długim, czerwonym szalu, a czasem po prostu naga. W obu przypadkach ciężko na nią nie patrzeć.

A temu wszystkiemu towarzyszy nieco psychodeliczna, pełna wokaliz oprawa muzyczna, na miarę lat 70. Nie spodziewajcie się mroku, raczej czegoś dziwnie wesołego bądź namiętnego.

Nie spodziewajcie się również efektów specjalnych czy eksplozji krwi. "Vampyros Lesbos" to prosty film w starym stylu, gdzie centrum akcji stanowią aktorzy i dialogi. Wampiryzm jest umowny, bez pokazywania kłów i ze sporadycznymi śladami krwi na szyjach.

Zresztą Nadine bez problemu przechadza się w słońcu. Może również przejrzeć się w lustrze. Jednak znalazło się miejsce na kilka klasycznych motywów kojarzonych z tematyką krwiopijców. Chociażby doktor, zajmujący się od lat tym zjawiskiem (grany przez Dennisa Price'a. Nie jest on spokrewniony z Vincentem Pricem. Co ciekawe, zagrali razem w "Theatre of Blood" z 1973), który zna takie metody jak kołek czy odcięcie głowy, oraz obecność Drakuli w przeszłych wydarzeniach. Oczywiście, wampiry w tym świecie są najwyraźniej nieobecne w kulturze masowej, gdyż część postaci nie ma pojęcia co się dzieje i skąd te dziwne ślady na szyi. 

Dlatego, kończąc ten tekst, stwierdzam, że "Vampyros Lesbos" będzie ciekawą produkcją zarówno dla fanów czystego kina (s)eksploitacji, jak i miłośników klasycznych horrorów. Może nie przesadnie ekscytującą czy zajmującą, ale nadal wartą obejrzenia ciekawostką. W pozytywnym znaczeniu.

"Konvec Nishe Vehach!"

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz