23.12.2015

JACK FROST (1997)

Niech was wzrok nie myli. To nie jest recenzja komedii z 1998 roku z Michaelem Keatonem. Tak się złożyło, że rok wcześniej ktoś wydał na wideo film pod tym samym tytułem. Tylko bałwan miał inne zamiary...

Po wielu latach seryjny morderca znany jako... oczywiście... Jack Frost zostaje w końcu schwytany. Jednak w drodze na egzekucję dochodzi do wypadku podczas którego więźniarka zderza się z ciężarówką przewożącą materiał genetyczny. Jack zostaje oblany substancją, który wytryskuje ze zniszczonego pojazdu, po czym roztapia się, scalając ze śniegiem. Morderca powraca jako psychopatyczny bałwan i kontynuuje swoją krwawą działalność, terroryzując pobliskie miasteczko. A w nim mieszka szeryf Tiler, odpowiedzialny za schwytanie Frosta, nadal mając w pamięci jego groźby o zemście...

Powyższy opis sugeruje, że mamy do czynienia z szaloną komedią-horrorem. Jednak "Jack Frost" nie do końca sprawdza się w tej roli. Co zawiodło? Niezdecydowanie filmowców i wyraźne braki w budżecie.

Napisy początkowe pozostawiają całkiem pozytywne wrażenie, gdyż są to po prostu zbliżenia na podpisane bombki, co od razu wprowadza w świąteczny klimat filmu. Potem jednak jest tak sobie, czego zwiastunem jest początkowa narracja, nastawiająca widza na niezbyt wysoki poziom humoru.

Horrory, a szczególnie slashery przyzwyczaiły widza, że tak naprawdę od samego początku oczywiste jest "kto zabił". I z reguły fanom gatunku to nie przeszkadza, bo przecież chodzi o to, co się będzie działo w drodze do mało zaskakującego ujawnienia mordercy, który przez cały film efektownie mordował bohaterów. Z takiego założenia wyszli twórcy tego filmu. Od początku wiadomo, czym stał się Frost. Jednak tutaj aż prosi się, aby od razu pokazać bałwana w pełnej krasie i ruszyć na półtoragodzinne szaleństwo, pełne gagów i makabry. A nie powolne odkrywanie tajemnicy.

"Jack Frost" przez pierwszą godzinę postanawia skupić się na śledztwie w wykonaniu szeryfa, podczas gdy tytułowy zbrodniarz zabija kilka osób. I tak, jest tylko pokazywany fragmentami, zupełnie jakby twórcy myśleli, że mają w rękach potwora na miarę Obcego. Ciężko stwierdzić, czy takie były założenia, ale przez większość czasu film nie śmieszy, zupełnie jakby stwierdzono, że pomysł na bałwana jako mordercy jest wystarczająco zabawny i można zlekceważyć dodanie jakichkolwiek zabawnych momentów.
Brak humoru nie jest jedynym problemem, ale również brak ciekawych postaci i duża ilość nieinteresujących dialogów. "Suchy" jest słowem, które przychodziło mi na myśl przez większość filmu.   

Wspomniany brak w budżecie wyraźnie widać pod względem wizualnym. Wszystko jest poprawne, ale po filmie o żądnym krwi bałwanie można by spodziewać się wielu efektów praktycznych. Tymczasem po prostu nie ma na co patrzeć (poza początkowym roztopieniem Jacka). Zabójstwa nie są zbyt krwawe, chociaż nie można odmówić... uroku (?)... scenie w której kobieta zostaje uduszona światełkami, po czym z twarzą zmasakrowaną kawałkami bombek zostaje przytwierdzona do choinki. Lub gdy inna nieszczęśnica zostaje zamrożona w wannie. Chociaż to niestety wypada dosyć blado. Wspominałem, że bałwan w całości zostaje ukazany dużo później,  dlatego też morderstwa do których dochodzi przed finałem ukazane są przy pomocy najazdów na "twarz" (bo jak nazwać marchewkę i węgiel) lub jego ręce, latające nieporadnie przed kadrem. Oczywiście wyraźnie widać z kim mamy do czynienia. W tym momencie muszę jednak zaprzeczyć sam sobie, gdyż równie dobrze twórcy mogli po prostu sparodiować tak często przecież wykorzystywany motyw trzymania postaci mordercy w tajemnicy, który tutaj, dzięki bałwanowi, jest całkiem absurdalny.

A jak zresztą prezentuje się sam Jack? Niestety nie jak ze śniegu, raczej z gipsu. Jednak wygląda wystarczająco złośliwie i pociesznie, aby widz go kupił. No i chyba w tym filmie nie trzeba było szczególnie realistycznego bałwana...

Zwrócić muszę również uwagę na sposób  w jaki nasz marchwionosy psychopata się porusza: roztapia się, po czym ponownie zamraża, dzięki czemu w formie ciekłej przenika do mieszkań. Na początku również chciałem zwalić to na niemożność ukazania przez filmowców bałwana w ruchu. Jednak gdy pod koniec bałwan wykorzystuje jednego biedaka, aby wydostać się z budynku niedostrzeżony, po czym zostaje zwymiotowany, zrozumiałem, że od początku to był dobry pomysł.

Właśnie, pod koniec. Gdyby film zachował przez cały czas taki sam nijaki poziom o którym pisałem na początku, dałbym mu pewnie 4/10, jako przeciętniakowi w każdym aspekcie, który nie jest za dobry, ale nie jest szczególnie zły. Po prostu wzbudza zerowe emocje.

Jednak w ostatnich dwudziestu minutach film nieco odsłania kły (jak i bałwan) i staje się całkiem... zabawny. Głupawe one-linery śnieżnego psychola zaczynają bawić i nawet zaśmiałem się, gdy poskładany nie tak jak trzeba Jack oznajmia "I'm a Picasso!". Jest akcja, jest humor, są pomysły, krótko mówiąc jest wszystko co powinno cechować tą produkcję od samego początku.  Nawet sposób w jaki bałwan zostaje wyeliminowany jest bardzo satysfakcjonujący.


Tak, powiem to, ostatnie 20 minut starczyło, aby podbić ocenę do tej jaką widzicie poniżej. Finał przypomina nam ile absurdalnego potencjału tkwiło w tym pomyśle. Reszta filmu nie jest szczególnie obraźliwa dla widza, po prostu straszy przeciętnością. Jednak nie sposób temu bałaganowi odmówić pewnego uroku. "Jack Frost" jest wystarczająco krótki, aby bezboleśnie doczekać się momentu, gdy można go uznać za całkiem niezłą zabawę.

Poza tym to film o morderczym bałwanie. Powiedzcie mi ile razy użyłem tego słowa...



Trailer


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz