31.01.2016

THE WHISPERER IN DARKNESS (Szepczący w ciemności) (2011)

 Tekst powstał w ramach 

Będące ekranizacją opowiadania pod tym samym tytułem, "The Whisperer in Darkness" opowiada o Albercie Wilmarthcie, folkloryście pracującym na uniwersytecie Miskatonic w Arkham (fikcyjne miasto, które Lovecraft porównywał do Salem). Wilmarth jest człowiekiem sceptycznym, starającym się wszystko logicznie wytłumaczyć i wykpiwającym innych uczonych, którzy szukają prawdy w ludowych przypowieściach. Od dłuższego czasu prowadzi on korespondencję z mieszkającym w Vermont Henrym Akeley'em, który twierdzi, że pobliskie góry zamieszkane są przez tajemnicze istoty o pozaziemskim pochodzeniu. W końcu nasz bohater zostaje przekonany, aby zbadać sprawę na miejscu, gdzie będzie musiał zmienić swoje poglądy i pojęcie o świecie

Proza Lovecrafta to ciężki orzech do zgryzienia. Pisana w formie długich relacji, zawierająca szczątkowe dialogi i często nie opisująca wprost zagrożenia, z jakim do czynienia ma dany bohater. Nie jest to najprostsza rzecz do zekranizowania. Tego niełatwego zadania podjęła się grupa "larpowiczów" znana jako H.P. Lovecraft Historical Society. W 2005 nakręcili również nieme "Call of Cthulhu", o którym napiszę w marcu. Teraz skupmy się jednak na ich nowszym obrazie. I dla mnie to również będzie ciężki orzech do zgryzienia.

Nie wiem, czy to błogosławieństwo czy udręka, że specjalnie z tej okazji w końcu sięgnąłem po twórczość H.P. Lovecrafta i między innymi przeczytałem opowiadanie, na którego podstawie nakręcono tenże film. Czemu? Bo bardziej niż na nim, skupiałem się na różnicach względem pierwowzoru. Więc piszę teraz raczej porównanie niż recenzję. Ciężko mi było przez cały seans wyrzucić literacki pierwowzór z głowy. Jak i również nie jestem pewien, jakbym odebrał tą produkcję, gdybym wcześniej go nie przeczytał.

Opowiadanie, tak jak reszta twórczości Lovecrafta, zrealizowane jest w formie relacji Wilmartha, który podaje każdy szczegół swojej korespondencji z Akeley'em. Już w trakcie czytania miałem wątpliwości, czy da się to przetłumaczyć na medium filmowe. Przyznam, że twórcy całkiem nieźle z tego wybrnęli, oszczędzając widzowi scen czytania listów. Zamiast tego Akeley przysyła do Alberta swojego syna wraz ze zdjęciami (które w opowiadaniu również zostały przesłane listem) co następuje już w trakcie, jak się dowiadujemy, trwającej od dłuższego czasu korespondencji pomiędzy dwoma mężczyznami. Całkiem skutecznie zatem zmodyfikowano wątek, który na ekranie mógł wypaść niezbyt efektownie. Jednocześnie obdarto przez to historię z narastającego napięcia i atmosfery tajemnicy. Nie ma tutaj niepokojących, coraz liczniejszych doniesień o atakach dziwnych istot ma dom Akeley'a. Nie doświadczamy tutaj rosnącego z każdą wiadomością przerażenia w Albercie, który nadal stara się trzymać zdrowego rozsądku, mimo straszliwych rzeczy o których czyta. Pierwszy list, który widzimy w filmie, w powieści był ostatnim i nie budzi on tutaj niepokoju nienaturalną zmianą tonu, jasno sugerującą, że Akeley nie jest już sobą. To co stanowiło połowę opowiadania, tutaj jest półgodzinnym wstępem, po którym Wilmarth trafia do celu. Gdy w końcu spotyka się z Akeley'em, nie czuć pomiędzy nimi więzi jaką w pierwowzorze stworzyła długotrwała wymiana informacji.

Takie uwagi można wymieniać bez końca i zapewne będzie się to mijać z celem, ale wniosek jest następujący: ten film wymaga przeczytania opowiadania. Dopiero wtedy historia na ekranie staje się w pełni jasna, a widz wystarczająco odczuwa jej wagę, którą utracono w przekładzie. Jednocześnie wyłapie dużo więcej szczegółów, gdyż pomimo zmian, twórcy podeszli do materiału z pieczołowitością i odnoszą się nawet do drobnostek. które są zauważalne dopiero po lekturze. 

Czy to koniec? Nie. Bo ekranizację "The Whisperer in Darkness" można podzielić na dwie połowy: tą, która jest, właśnie, ekranizacją i tą, w której staje się czymś zupełnie nowym. Twórcy postanowili poszerzyć historię o trzeci akt, który nie ma nic wspólnego z pierwowzorem, a jednocześnie całkiem satysfakcjonująco rozwija wątki z opowiadania. I w pewnym sensie jest bardziej... filmowy. Śmiem twierdzić, że to właśnie tutaj ekipa z HPLHS poradziła sobie lepiej. Z interesującej, ale zaledwie poprawnej ekranizacji "The Whisperer in Darkness" staje się wartką kontynuacją pierwowzoru. Nie tak tajemniczą i subtelną, ale zdecydowanie lepiej sprawdzającą się w ramach zasad ekranu. I od tego momentu staje się tworem niemal samodzielnym, dzięki czemu mogłem oczyścić umysł z natarczywych porównań. A nowe zakończenie tej historii doskonale wpisuje się w fatalizm twórczości "Samotnika z Providence".

HPLHS całkiem śmiało postawiło sobie za cel nakręcenie filmu rodem z lat 30. Poczynając od bezbłędnych napisów początkowych aż do oczywistej czerni i bieli. To samo tyczy się archaicznego wyglądu pozaziemskich urządzeń i scenografii, a mianowicie urzekająco "papierowego" wnętrza jaskini, która doskonale oddaje nastrój ówczesnych produkcji. Jednak zostaje zburzony on przez... komputerowe monstra. Pomijając już fakt, że pod względem zastosowanej techniki nie pasują do całości, po prostu prezentują się one mizernie. Tak często przytaczany "facet w gumowym kostiumie" sprawiłby się dużo lepiej. Użycie CG, ale również, a może przede wszystkim, nowoczesna praca kamery, daleka od statyczności kina sprzed kilku dekad, przypominają nam, że mamy do czynienia z dziełem zaledwie stylizowanym, przepuszczonym przez odpowiedni filtr, a nie w pełni oddającym się estetyce. Jednak, wraz z odpowiednią oprawą muzyczną i "sztywnym" aktorstwem, wystarczy to, abyśmy nie mieli żadnych wątpliwości do czego nawiązano. Jest to nadal wysiłek godny pochwały.

Mimo wielu moich uwag, uważam "The Whisperer in Darkness" za rzecz wartą obejrzenia. Imponuje pasja stojąca za tym projektem i praca, którą włożono, aby przenieść na ekran kawałek twórczości literackiej sprzed tak wielu lat. Jeżeli ją czytaliście, miło wam będzie ujrzeć na ekranie znaną historię, a ciąg dalszy dopisany przez twórców, zakładając, że nie uznacie go za bluźnierstwo, może wam się wydać bardzo interesującym rozwinięciem, które moim skromnym zdaniem podbija ocenę o jedno oczko. Jeżeli nie czytaliście... po prostu to zróbcie, pozwoli to wam wynieść znacznie więcej z tej produkcji. A czy broni się jako film sam w sobie? Żeby w pełni na to odpowiedzieć, musiałbym cofnąć się w czasie i wtedy ją obejrzeć. A obecnie zasługuje na poniższą notę.



Trailer


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz