24.01.2016

VICIOUS LIPS (1986)

Ta chwila musiała w końcu nadejść. Po długotrwałych poszukiwaniach nareszcie obejrzałem "Vicious Lips" Alberta Pyuna. Postać reżysera zagościła już tutaj przy okazji mojego niezbyt pochlebnego tekstu o jego pierwszym filmie czyli "The Sword and the Sorcerer". Jednak nie mogłem na tym poprzestać, gdyż filmografia tego pana jest całkiem rozbudowana i pomysłami mogłaby obdarować wielu innych reżyserów parających się "klasą B". Pierwszym sygnałem dla mnie było "Radioactive Dreams" z 1985, druga produkcja Pyuna, która zaintrygowała mnie pomysłem (dwoje chłopaków po piętnastu latach w schronie wypełnionym reliktami z lat czterdziestych wychodzi na post-apokaliptyczną powierzchnię, zabierając ze sobą postawy rodem z tanich powieści noir). Nawet chciałem napisać jej recenzję, ale nie byłem wówczas w nastroju i film poszedł w odstawkę. Ale kiedyś na pewno powróci. Ba, powinienem nawet zająć się nim jeszcze przed tą recenzją, ale nie mogłem dłużej czekać: musiałem obejrzeć "Vicious Lips". Myślicie, że opis fabuły "Radioactive Dreams" brzmi nietuzinkowo? A co powiecie na to?

"Vicious Lips", tytułowy damski zespół rockowy, traci swoją wokalistkę w wypadku. Ściągnięta w zamian przez ich menadżera, Matty'ego Ashera, Judy (która przyjmuje pseudonim poprzedniej wykonawczyni, czyli Ace Lucas), mimo, że utalentowana, nie budzi entuzjazmu wśród członkiń zespołu, szczególnie czarnowłosej Mandoa'y. Podczas pierwszego występu Matty dostaje telefon od Maxine, właścicielki klubu "Radioactive Dreams" (tak, reżyser to zrobił), która potrzebuje zastępstwo na następny dzień, gdyż jeden z zespołów, która miała gościć... zginął. Matty widzi w nadchodzącym występie wielką szansę dla "Vicious Lips".

Jest tylko jeden problem. Klub znajduje się na innej planecie.

Cztery dziewczyny wraz z nierozgarniętym menadżerem ruszają ku sławie skradzionym statkiem. Nie zauważają jednak, że wiozą na nim groźnego mordercę. Oraz nie spodziewają się, że czeka ich nieoczekiwany postój, który może kosztować ich życie. Lub, co najważniejsze, reputację.

Czyż pomysł na ten film nie jest uroczo dziwny?

"Vicious Lips" to produkcja w dużej mierze opierająca się na stronie wizualnej i przede wszystkim, muzycznej. Dlatego też często zamienia się ona w teledysk, podczas którego widzowi pozostaje posłuchać ociekającego latami osiemdziesiątymi utworu i obejrzeć szybki zlepek scen. Co ciekawe bliżej końca film w ten sposób pokazuje cały swój dotychczasowy przebieg, przeplatając szybko wcześniejsze sceny.

Film osadza akcję w jednej lokacji: na piaszczystej "Pleasure Planet", na której, niespodzianka, nasze bohaterki rozbijają się. I poza początkiem i końcem nie spodziewajcie się raczej zróżnicowanych widoków, gdyż wszystko rozgrywa się głównie we wnętrzu statku. Tak, nie dzieje się tutaj wiele. Ale to wcale nie jest zarzut. "Vicious Lips" ma dziwną, hipnotyzującą siłę, która sprawia, że po prostu ogląda się to przyjemnie i widz płynie z nieśpiesznym tempem filmu, śledząc burzliwe relacje niezbyt błyskotliwych, ale sympatycznych dziewczyn, które do samego końca będą musiały nawzajem sobie udowadniać, że jednak są zgranym zespołem i zależy im na sukcesie.

Do tego wszystkiego dochodzi fakt, iż tak naprawdę duża część film jest... snem. A tak przynajmniej każe nam wierzyć Pyun, umieszczając podczas jednego z montaży napis "Dream", aby następnie pod koniec zastąpić go "Dream Finished". A czy to prawda? Czy to faktycznie tylko był sen i nasze bohaterki dotarły na upragniony występ? A może po prostu przepadły bez wieści? A może po prostu ta ją za bardzo zagłębiam się w ten "prosty i ładny" film? Kto wie? Sami to rozstrzygnijcie. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że "Vicious Lips" to nieskomplikowana metafora drogi do sukcesu, najeżonej licznymi przeszkodami i wymaganiami społecznymi uwarunkowanymi płcią. W pewnym momencie postać mordercy (który tak na marginesie większość czasu ekranowego spędzą błądząc po statku) znikąd zmienia się w eleganckiego, atrakcyjnego blondyna i mówi wprost Judy "Do you wanna go home, settle down and have babies?".

Muszę koniecznie wspomnieć, że film w zdawkowy, ale wystarczający sposób wspomina o uniwersum, w którym rozgrywa się akcja. Na początku nie możemy być pewni czy jesteśmy na Ziemi. Gdy pada pytanie "z której planety jesteś?" już wiemy, że może to być  po prostu jedno z wielu miejsc skolonizowanych przez człowieka. Wystarczające, aby dodać jeszcze więcej klimatu.

Tak jak wspominałem, "Vicious Lips" opiera się na tym co widać na ekranie. A jest na co patrzeć. Wzorem wielu produkcji z tamtych lat, zrobiono użytek z kolorowego oświetlenia, które na początku filmu gra dużą rolę i  znakomicie podkreśla scenografię, zniszczoną i brudną w atrakcyjny sposób. Nawet napisy początkowe i końcowe są zrealizowane w "neonowym" stylu. Bajka. Trochę szkoda, że po rozbiciu się na piaszczystej planecie film traci większość kolorów. Jednak nadal broni się wyglądem statku i kilkoma ciekawymi widokami z zewnątrz. Ważnym elementem wizualnym są też oczywiście nasze bohaterki, noszące ogromne fryzury i w niektórych przypadkach zmieniające kilkukrotnie wygląd. Tylko nie wierzcie plakatowi, nie noszą skąpych ciuchów i broni. Nie ujmując ilustracji, którą chętnie ozdobiłbym ścianę. 

No i oczywiście jest sfera muzyczna. Jeżeli nie zgrzytacie zębami przy żeńskim rocku z lat 80, powinno się wam przyjemnie słuchać ten film. Interesująca jest również reszta oprawy muzycznej. Utwory mają powtarzalną strukturę i często ciągną się przez wiele scen. Ponownie muszę użyć słowa "hipnotyzujący". Należy wspomnieć, że kilka piosenek, podkładając głos głównej bohaterce, wykonała niejaka Sue Saad, której skromna dyskografia nie przeszkodziła jej w staniu się kultową w pewnych środowiskach. Nie była to jej pierwsza współpraca z Pyunem, gdyż nagrała również utwory do "Radioactive Dreams". Motyw przewodni do tamtego słuchałem dziesiątki razy, mimo, że filmu jeszcze nie obejrzałem w całości. Tak samo stało się z piosenką końcową do "Vicious Lips" czyli "Lunar Madness", które zacząłem słuchać jeszcze przed seansem. Teraz częstotliwość słuchania zapewne się zwiększy. Co ciekawe, film jest znany również właśnie pod tym tytułem jak i "Pleasure Planet". 

Nie mówię tego często, ale... wypijcie dwa piwa w trakcie tego filmu. Nie, to nie znaczy, że jest kiepski i musicie znaleźć ujście dla bólu jego oglądania. To tylko pomoże wam wczuć się i zrelaksować, a tego właśnie ten dziwny film, w którym tak naprawdę nie dzieje się nic szczególnego, wymaga. Ciężko mi określić jakie oczekiwania miałem wobec tego obrazu, który przecież tak bardzo chciałem obejrzeć, a tak trudno go było znaleźć. Byłem niemal pewien, że się rozczaruję. Tak się nie stało. "Vicious Lips" to  rzecz daleka od ideału (tempo filmu może znaleźć wielu przeciwników), ale jest na tyle specyficzna, że ogląda się ją niezwykle przyjemnie i fakt, iż można się przy niej wyłączyć, wcale nie jest wadą, a największą zaletą. Więc i wy dajcie się wciągnąć w ten surrealistyczny i hipnotyzujący świat rocka w kosmosie. 

Poniższa ocena to chyba najwybitniejsze 6/10 jakie wystawiłem w ramach tej strony.



Trailer

Brak, zamiast tego ostatnia scena.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz