24.03.2016

IN THE MOUTH OF MADNESS (W paszczy szaleństwa) (1994)

 Tekst powstał w ramach

"In The Mouth of Madness" opowiada o Johnie Trencie, cynicznym prywatnym detektywie, któremu przypada zadanie odszukania zaginionego, niezwykle popularnego pisarza horrorów Suttera Cane'a, który zniknął kilka dni przed wydaniem swojej najnowszej książki pt. "Hobb's End Horror". Swój kolejny murowany bestseller pt. "In the Mouth of Madness" pozostawia nieukończony, co oczywiście jest nie w smak wydawnictwu. Czytelnicy niecierpliwią się, a niektórzy przejawiają brutalne zachowania, zupełnie jakby książki Cane'a miały na nich jakiś tajemniczy wpływ. Uważający to wszystko za wielki przekręt będący częścią promocji kolejnej publikacji, Trent wyrusza wraz z zachwyconą pracami Suttera redaktorką Lindą Styles. Trafiają do rzekomo fikcyjnego miasteczka Hobb's End, gdzie pisarska fantazja jest rzeczywistością. A jej twórca: bogiem.

"In the Mouth of Madness" to dla niektórych ostatni naprawdę dobry film nakręcony przez Johna Carpentera. Jednak w tej chwili bardziej interesuje mnie jak ten film ma się do twórczości H.P Lovecrafta. Nie jest on ekranizacją żadnego z jego opowiadań. Natomiast korzysta on z motywów charakterystycznych dla tego autora i nie robi tego tylko na zasadzie prostych nawiązań i żonglowania znanymi nazwami. Jednocześnie nie wymaga on od widza znajomości tej literatury, broniąc się jako film sam w sobie.

Obraz niemal w całości jest retrospekcją, będącą opowieścią osadzonego w zakładzie dla umysłowo chorych Trenta, bliskiego kompletnego szaleństwa po zdarzeniach w Hobb's End. Sam fakt, że mamy do czynienia z opowieścią potencjalnego wariata pozostawia pole do interpretacji. Co jeżeli Trent stał się po prostu kolejną słabą psychicznie ofiarą sugestywnej prozy Cane'a, którą zaczął przecież czytać przed wyjazdem? Możemy kwestionować wiarygodność głównego bohatera, tak jak on robi to w obliczu potworności, które go napotykają w miasteczku.

A kwestionuje je na każdym kroku. Postać grana przez Sama Neilla idealnie nadaje się do historii, w której rzeczywistość zderza się z pozorną fikcją. John Trent twierdzi, że całe zajście jest zakrojonym na ogromną skalę "publicity stunt" i nawet pod koniec stara się przekonywać, że to co widział to tylko efekty specjalne i charakteryzacja. Ale wtedy to już tylko rozpaczliwe trzymanie się zdrowego rozsądku. Trent nie jest przyjemnym typkiem i nie jest to postać, którą widz ma polubić. Ale nie jest to też kiepsko napisane mięso armatnie, które oglądający ma znienawidzić i życzyć mu śmierci. Bo jednak jest głównym bohaterem, nawet jeżeli niezbyt chwalebnym, to z pewnością interesującym i wartym spędzenia z nim tych 90 minut. Dla przeciwwagi dostajemy postać Lindy Styles (Julie Carmen), redaktorki mającej wyłączność na prace Cane'a. Jest szczerze zafascynowana jego książkami i najbardziej przerażającym elementem jest dla niej myśl o tym, jak straszna byłaby zawarta w nich fikcja, gdyby stała się rzeczywistością. Prorocze słowa.

Co jest zatem "lovecraftowskiego" w tym filmie nie będącym bezpośrednią ekranizacją? Chociażby miejsce akcji, czyli region Nowej Anglii, w którym autor żył i osadził większość swoich opowiadań. Trent i Styles zatrzymują się w "Pickman Hotel", który oczywiście od razu przywodzi na myśl opowiadanie "Model Pickmana". Jednak "lovecraftowskie" są przede wszystkim założenia. Sutter Cane twierdzi, że moc przekuwania fikcji w rzeczywistość zyskał od tajemniczych istot, próbujących przedostać się do świata ludzi. Ten wątek oczywiście przywodzi na myśl Wielkich Przedwiecznych (Stare Bóstwa, zależy, który termin preferujecie) z Cthulhu na czele, którzy chcą odzyskać władzę nad planetą, tylko tymczasowo zamieszkałą przez ludzki gatunek. Pokuszę się o stwierdzenie, że Sutter Cane to "Kult Cthulhu" w jednej osobie, który swoimi opowieściami, zatruwając umysły kolejnych czytelników, niesie wieść o nieuchronnym powrocie pradawnych istot i szaleństwie, które doprowadzi do ruiny całą cywilizację. A owi oszalali czytelnicy? Książki zdają się ich dotykać nie tylko umysłowo, ale również fizycznie, a szczególnie widocznym szczegółem są zmienione, rybie źrenice. Zresztą jedno z powracających w filmie ujęć wyraźnie sugeruje, że w ostatnim stadium przemiany zarażeni staną się pełnokrwistymi monstrami o wyraźnych cechach morskich stworów. To oczywiście ukłon dla "Cienia nad Innsmouth", gdzie mieszkańcy miasteczka byli odpychającymi rybimi hybrydami, które czekały na osiągnięcie "dojrzałości", aby na zawsze zamieszkać w mrocznych wodach. Można powiedzieć, że nie zaznaczone na żadnej mapie Hobb's End to filmowy odpowiednik właśnie Innsmouth.

Realizacyjnie film jest bez zarzutu, i ciężko się dziwić, gdyż w tym okresie John Carpenter był już weteranem z wizją, doskonale wiedzącym co robić. A przecież udowodnił to już wiele lat wcześniej przy "The Thing". Zdjęcia, scenografia, muzyka i efekty, wszystko jest tutaj "bez zgrzytu". O kunszcie reżyserskim świadczą już napisy początkowe, podczas których z różnych ujęć oglądamy proces drukowania najnowszej powieści Cane'a. W tle gra pozornie nie pasujący rockowy utwór (podejrzanie podobny do "Enter Sandman" Mettalliki), a monotonne, mechaniczne ruchy maszyny nienachalnie zgrywają się z perkusją. Aż chciałoby się, aby ta sekwencja trwała więcej niż dwie minuty.

Jednak największym osiągnięciem Carpentera jest fakt, iż film jest upiorny, poczynając od sfery wizualnej, a kończąc na towarzyszącym przez całość uczuciu nadchodzącej zagłady. Owszem, korzysta z tak znienawidzonych dzisiaj "jump scare'ów", ale warto pamiętać, że tutaj mamy z nimi do czynienia w czasach, gdy nie były nadużywane do śmieszności. W tym filmie potrafią zostawić widza z ciarkami na plecach. A zakończenie...

Przyznam, ciężko mi było przez niemal cały seans ustosunkować się do tego filmu. To jedna z tych produkcji, w których przez cały czas odbywa się niewytłumaczalne szaleństwo i w ostatecznym rozrachunku ciężko w prosty sposób stwierdzić, czy nam się to podobało. W trakcie seansu towarzyszyło mi nieprzerwane zainteresowanie, ale nie byłem pewien co powiedzieć o tej produkcji. Oczywiście w trakcie tego tekstu wszystko sobie nieco uporządkowałem. Ale wcześniej przekonało mnie zakończenie, podkreślające wspomnianą upiorność. Bo po nim wiemy, że stało się coś potwornego. I koszmar po prostu się tak nie skończy, tylko będzie trwał dalej, poza ramami opowiedzianej historii. Zupełnie jak w prozie Lovecrafta.



Trailer

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz