06.03.2016

RIKI-OH: THE STORY OF RICKY (Riki-Oh: Historia Rikiego) (1991)

Odległy rok 2001. Świat jest zdominowany przez kapitalizm, a wszystkie organizacje rządowe zostają sprywatyzowane. Ten los dotyka także więzienia, które stają się biznesem. Do jednego z takich ośrodków trafia główny bohater, Ricky (pełne imię to Ricky Ho Lik Wong, druga połowa jest również oryginalnym tytułem), 21-letni, muskularny mężczyzna z pięcioma (!) nabojami w klatce piersiowej. Lekceważące podejście do zasad i podejrzana przeszłość nowego przybysza nie budzą przychylności w asystencie nieobecnego dyrektora więzienia. Za wszelką cenę próbuje go wyeliminować z pomocą trzęsącego placówką Gangu Czterech. Nie przewiduje jednak, że Ricky jest obdarzony nadludzką siłą, a jego obecność wywróci całe więzienie do góry nogami.

"Riki-Oh: The Story of Ricky" powstał w 1991 roku w Hong Kongu i jest ekranizacją japońskiego komiksu (mangi, jeżeli tak wolicie) o tym samym tytule, wydawanej w okresie 1988-1990. Był to również przedostatni film reżysera Ngai Choi Lama. W porównaniu z jego poprzednimi produkcjami kręconymi pod skrzydłami studia Golden Harvest, przygody Rickiego w Azji okazały się finansową klapą. Jeżeli wierzyć dostępnym informacjom, za powód tej sytuacji należy uznać klasyfikację przyznaną filmowi. "Riki-Oh" był pierwszym filmem bez treści erotycznych, któremu przyznano "Kategorię III", hongkoński odpowiednik NC-17, co mocno ograniczyło widownię.  Natomiast zupełnie nowa historia zaczęła się, gdy film trafił na zachód.

"Riki-Oh" zyskał status filmu kultowego, głównie dzięki niezwykle obrazowym i absurdalnym scenom przemocy. Nawet jeżeli ktoś nie widział "Rikiego", z pewnością zna kilka krwawych scenek z YouTube. Zatem można uznać tą produkcję za całkiem sławną, szczególnie wśród miłośników terminu "so bad, it's good". Nie jest to zresztą mój pierwszy seans, bowiem widziałem "Riki-Oh" w ramach mojego pierwszego VHS HELL, gdzie był on puszczany właśnie jako taki "zły film", podczas gdy lektor na żywo z różnych skutkiem dwoił się i troił, aby uczynić film śmieszniejszym, wraz z fatalnym angielskim dubbingiem. Ciężko po takim widowisku ocenić film, dlatego podjąłem się drugiego seansu, w oryginalnej, kantońskiej wersji językowej
, aby jak najbardziej wyprać go ze wszystkich "uśmieszniaczy". I teraz chyba już w końcu wiem, jakie mam zdanie o tym filmie.

Tak jak wspominałem, jest to ekranizacja mangi. Liczy ona aż dwanaście tomów i przyznam, że nie czytałem jej. Biorąc jednak pod uwagę moje doświadczenia z tym gatunkiem, mogę śmiało powiedzieć, że "Riki-Oh" jak żaden inny film przenosi na ekran estetykę tego medium, szczególnie tytułów, które ukazywały się w latach 80 i 90. Oddaje kult siły, jaki dominował w tych historiach, przestawiania jej jako mocy mogącej oprzeć się dosłownie wszystkiemu. Mamy zatem umięśnionego, młodego mężczyznę, którego niezłomność i hart ducha wystarczą, aby oprzeć się wszystkiemu, co rzeczywistego człowieka bez problemu by zabiło. Pięć kul w klatce piersiowej? Drobnostka, to tylko pamiątka. Zakopanie pod ziemią na tydzień z rurą do oddychania. Żartujesz? Nasz bohater nie jest jakimś chłystkiem! I mimo, że rozrywa swoich przeciwników na krwawe strzępy, tak naprawdę jest wzorem cnót i szlachetności, a swoją siłę używa w obronie sprawiedliwości i słabszych. A śmierć ich i swoich wrogów przeżywa z niemalże łzami w oczach, bo przecież dało się tego wszystkiego uniknąć. Cała ta walka nie ma sensu!

Opisałem typową mangę sprzed 20-30 lat, przeznaczoną dla męskiego odbiorcy, czy może to co zobaczycie na ekranie? I to i to. "Riki-Oh" tak dobrze radzi sobie z estetyką ówczesnych mang.

A najbardziej w tym wszystkim urzekający jest fakt, że wszystkie te przeczące prawom fizyki historie Azjaci przedstawiają z ogromną powagą. Zarówno na kartach komiksów, jak i tutaj, wraz ze starającą się budować napięcie muzyką i aktorami, którzy swoją pracę wykonują zupełnie na serio. Obok takiego podejścia ciężko przejść obojętnie, nawet jeżeli większość z was zapewne umrze ze śmiechu.

Ale jest jeden problem: jako zbiór założeń i wybranych fragmentów, "Riki-Oh" radzi sobie dobrze. Jako cały film... po prostu się dłuży. Już podczas pokazu na VHS HELL odniosłem takie wrażenie, a zdawać by się mogło, że w roześmianym tłumie wszystko łatwiej się ogląda. Również podczas drugiego seansu film ciągnął się, a szczególnie pierwsza godzina. Obfita w atrakcje końcówka nie do końca wynagradza odrobinę męczącą całość.

Szybko można odnieść wrażenie przesytu. Wyraźnie czuć, że mamy do czynienia z ekranizacją dużo szerszego materiału i półtorej godziny to za mało. Dlatego często na ekranie pojawiają się postacie i wątki, które nie są poparte żadnym tłem i niepotrzebnie odciągają od prostej historii o losach Rickiego w więzieniu, gdzie wszyscy chcą go ukatrupić.

Film ma również lekki problem z tonem. Jak już wspomniałem, ten absurdalny pomysł został przedstawiony w całkiem poważny sposób i mimo przerysowanych scen gore, wszystko jest w miarę stonowane i trzymające się w pewnych granicach, od czasu do czasu dorzucając niewielkie akcenty humorystyczne. Jednak gdy dyrektor więzienia powraca ze swoim spasionym synkiem (który pewnie w wielu z was wzbudzi skojarzenie z obecnym przywódcą Korei Północnej) z Hawaii, wszystko zaczyna się walić, gdyż ten drugi w założeniu ma być postacią komiczną. I bardziej irytuje, niż bawi. To niewielki wada, ale wybiła mnie z rytmu.

Natomiast nie mam nic do zarzucenia słynnemu gore. Nie bez powodu takie sceny jak duszenie jelitem czy wbicie pięści w brzuch są znane i lubiane. Pomijając ich pomysłowość, znacznie wykraczającą poza typowe urywanie kończyn (gdzie indziej zobaczycie jak główny bohater rozbija na kawałki swoją pięścią... pięść przeciwnika?), są po prostu dobrze wykonane i zadbano w nich o szczegóły. Owszem, od czasu do czasu wyraźnie widać, że pół twarzy stracił właśnie sztuczny człowiek, bez emocji patrzący w przestrzeń gumowymi oczami, ale dzięki montażowi często nie zdążymy się dokładnie przyjrzeć. Szczególnie, że w danym momencie będziemy zbyt zszokowani twórczym zgonem.

Zatem jaką mam opinię o jednym z ulubieńców miłośników kina kultowego i "filmów tak złych, że aż dobrych"? Bez "tego" gore byłaby to rzecz... całkiem przeciętna. Owszem, mająca swoje głupotki, ale nie wybijająca się zbytnio. Na dodatek technicznie film jest poprawny, więc ta druga grupa widzów nawet nie znalazłaby niczego do pośmiania się. Zapewne wspomniane świetne przełożenie mangowej estetyki znalazłoby swoich miłośników, ale bez scen ekstremalnej przemocy "Riki-Oh" przeszedłby raczej bez echa wśród szerszej publiczności. A wielu osobom właśnie to wystarczy do szczęścia i tym samym film ma imponujące 7,1 na IMDB. Ba, ten element wpływa również na moją ocenę. Bo to właśnie dla masakry jaka odbywa się w kilku momentach trzeba zobaczyć "Riki-Oh: The Story of Ricky" przynajmniej raz, w kategorii "widowiska". Ale dla reszty filmu... niekoniecznie.

PS: I taka ciekawostka na koniec. W rodzimej Japonii manga doczekała się aż dwóch animowanych ekranizacji. Pierwsza to "Riki-Oh: The Wall of Hell" z 1989 roku, obejmująca wydarzenia znane z filmu, a druga, wydana rok później, nosi podtytuł "Child of Destruction" i opowiada o przygodach Rickiego po opuszczeniu więzienia. Obie trafiły bezpośrednio na video i trwają po godzinę. Zdają się mieć zupełnie inny ton, nie mają tak krwawych scen i ponoć są znacznie bliższe pierwowzorowi. 



Trailer

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz