31.03.2016

THE CALL OF CTHULHU (Zew Cthulhu) (2005)

 Tekst powstał w ramach

"The Call of Cthulhu" opowiada o niejakim Francisie Waylandzie Thurstonie (w tej ekranizacji bezimiennym), który podczas przeczesywania dokumentów swego zmarłego wujecznego dziadka natrafia na informacje o przerażających wydarzeniach na przestrzeni ostatnich lat. Wszystkie zdają się wiązać z postacią tajemniczego Cthulhu i czczącego go kultu. Bohater wejdzie w posiadanie wiedzy, która na zawsze odmieni jego postrzeganie świata i ściągnie na niego nieuleczalne szaleństwo.

Jest to druga ze stworzonych przez H.P Lovecraft Historical Society ekranizacji opowiadań tegoż pisarza. Jednak powstała sześć lat przed opisywanym przeze mnie "The Whisperer in Darkness" (Szepczący w ciemności). Tak jak tamta produkcja, również "The Call of Cthulhu" (Zew Cthulhu) nosi tytuł pierwowzoru. A przede wszystkim jest dużo wierniejszą ekranizacją niż późniejszy film. Dlatego nie obędzie się bez porównań, często działających na korzyść pierwszej produkcji.

Jak już pisałem poprzednio, proza Lovecrafta nie jest łatwa do zekranizowania, ponieważ często opiera się na relacji bohatera, który zazwyczaj przerażające wydarzenia ma już za sobą i opowiada o nich zazwyczaj niesprecyzowanemu słuchaczowi. W "The Whisperer in Darkness" dużą rolę grały listy, co ze zrozumiałych powodów mogło nie sprawdzić się na ekranie i ostatecznie ten element nie trafił do filmu. Tym samym ekranizacja straciła narastające poczucie grozy, które z każdym kolejnym listem odczuwał czytelnik pierwowzoru. "Call of Cthulhu" zdaje się być natomiast łatwiejszym materiałem do adaptacji, a to zaowocowało lepszym filmem.

Ma on bardzo elegancką konstrukcję. Bohater przegląda kolejne teczki z dokumentami, a każda z nich po kolei nosi nazwy rozdziałów, na które podzielone było opowiadanie i prowadzi do kolejnej retrospekcji. Należy zaznaczyć, że bardzo wiernych temu, co zawarto w literackim pierwowzorze. Owszem, jego znajomość nadal jest wskazana, gdyż pominięto kilka szczegółów, szczególnie na temat samego Cthulhu, jednak produkcja radzi sobie dużo lepiej jako film sam w sobie w porównaniu do później ekranizacji w wykonaniu tej grupy. Wprowadzono kilka nieznacznych zmian oraz pokuszono się o własny początek i zakończenie, które w udany sposób dodają dramatyzmu. bez drastycznego ingerowania w treść. Jest duża szansa, że seans zachęci do lektury ludzi, którzy wcześniej nie spotkali się z twórczością Samotnika z Providence.

Ekranizację napisanego na początku lat 30 "The Whisperer in Darkness" wystylizowano na produkcję z tamtego okresu. Powstały latem 1926 "Call of Cthulhu" pozwolił na pójście jeszcze dalej, czyli film niemy. Zatem poza czernią i bielą, charakterystycznymi zdjęciami, scenografią i efektami dostajemy także brak dialogów, które zastąpiono przerywającymi akcję planszami z dosyć ogólnymi napisami i ekspresyjną mimiką aktorów. W trakcie ostatniej retrospekcji ani razu nie pojawia się tekst, obrazy mówią same za siebie. W porównaniu z "Szepczącym", twórcy lepiej poradzili sobie z wykorzystaniem stylistyki, czyniąc ją bardziej wiarygodną. Nie ma tutaj komputerowych monstrów ani nieco zbyt nowoczesnej pracy kamery. Cthulhu jest poklatkowy i pokazany wystarczająco oszczędnie, aby nie zdradzić stojącej za nim "magii", co zapewne chcieliby osiągnąć filmowcy z tamtych czasów, a zdjęcia bardziej statyczne, bez ujęć wyraźnie nowoczesnych, które w późniejszym filmie sprawiały, że czar pryskał. Również długość filmu jest trafiona: niecałe 47 minut, co w zupełności wystarczy, aby opowiedzieć tą historię w wystarczający sposób. Dążenie do ponad półtoragodzinnego seansu w przypadku "The Whisperer in Darkness" zakończyło się sztucznym przedłużeniem fabuły wydarzeniami, które nie miały miejsca w pierwowzorze. A wystarczyłaby godzina, wierna przecież pojęciu "filmu pełnometrażowego" sprzed kilku dekad.

Mam świadomość, że ten tekst pełen był dosyć nachalnych porównań względem "The Whisperer in Darkness" i zapewne powinienem obejrzeć oba filmy w odwrotnej kolejności. Jednak nie ulega wątpliwości, ze "The Call of Cthulhu" to rzecz dużo bardziej udana. Nawet bez tych porównań, określiłbym ją mianem małej perełki wśród ekranizacji literatury, nie tylko tej autorstwa Lovecrafta.

PS. Na koniec mała ciekawostka w postaci dowodu na wierność z jaką H.P Lovecraft Historical Society podeszło do tego projektu. W opowiadaniu dom niejakiego Wilcoxa Lovecraft umieścił w faktycznie istniejącym do tej pory budynku zwanym Fleur-de-Lys, stojącym przy 7 Thomas Street w Providence. Dokładnie ten sam budynek pojawia się w ekranizacji, również w tej samej roli.



Trailer

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz