25.04.2016

PUPPET MASTER (Władca lalek) (1989)

Wezwani przez dawnego, problematycznego znajomego, Neila, czterej obdarzeni specjalnymi mocami psychicy, Alex, Dana, Carlissa i Frank, przybywają do hotelu Bodega Bay Inn. Miejsce to w czasie drugiej wojny światowej było siedzibą tajemniczego twórcy marionetek, Andre Toulona, który wiedział jak tchnąć w nie życie. Po przybyciu, czwórka zastaje swojego "przyjaciela" w trumnie. Za namową jego żony, postanawiają spędzić noc w budynku, aby  rano pochować zmarłego. Nie spodziewają się, że ich kłopoty z Neilem jeszcze się nie skończyły. Oraz że staną się ofiarami wspomnianych lalek, które wpadły w niepowołane ręce.

Przytaczane już przeze mnie na tym blogu studio Full Moon ma na swoim koncie kilka wieloczęściowych serii straight-to-video, a do najdłuższych należą takie cykle jak Trancers i Subspecies. Jednak pierwsze skrzypce gra "Puppet Master", najpopularniejszy ich twór, który ma się doczekać jedenastej (!) już części.

"Puppet Master" z 1989 roku był pierwszą produkcją wydaną przez pionierskie, dzisiaj będące cieniem samego siebie, studio Charlesa Banda. Ten, jak się później okazało, słusznie założył, że wydanie filmu prosto na rynek wideo przyniesie większe zyski, rezygnując z planowanej premiery w kinach.

Jak to się zatem ogląda? Mimo, że mój kontakt  z produkcjami od Full Moon był dosyć skromny, nie mogło mi umknąć, że "Puppet Master" wyznaczył wyraźny kierunek dla reszty ich filmów. Filmów bazujących na pomysłach wyciągniętych z najprostszych historyjek do straszenia, niekoniecznie porywających, ale mających urok i ostatecznie pozostawiających satysfakcję. Takie były opisywane przeze mnie późniejsze "Subspecies" i "Dark Angel: The Ascent". Taki też jest "Puppet Master".

Przez większość filmu śledzimy zatem psychików nękanych przez tytułowe marionetki. Gdy się nad tym zastanowić, pomysł na takie starcie jest całkiem dziwny i przez to interesujący. Zamiast bandy nastolatków mamy dorosłych ludzi i na dodatek obdarzonych nadnaturalnymi umiejętnościami. Z drugiej strony zachowują się równie głupio, giną równie łatwo i są tak samo niesympatyczni jak nieletnie mięso armatnie zaludniające tego typu produkcje. Grupka bohaterów budzi raczej niechęć i tylko jeden z nich, Alex (przewidujący przyszłość w snach), nie wzbudza negatywnych odczuć, co oczywiście było zamierzone. I to jemu przyjdzie zrobić najwięcej. Reszta ekipy jest raczej bezużyteczna, a ich moce nie wnoszą zbyt wiele. Oczywiście, moc niejakiej Carlissy (która potrafi odczytywać emocje z przedmiotów tz. kto gdzie uprawiał seks) staje się pretekstem, aby kamera pokazała widzom obnażony biust. 

Bardziej interesującymi bohaterami okazują się być same marionetki, stanowiące całkiem zróżnicowaną i interesującą do oglądania zgraję. Mamy więc "twarz" serii, czyli uzbrojonego w nóż i hak Blade'a, okładającego wielkimi łapskami swoje ofiary Pinheada (zbieżność imion przypadkowa), wwiercającego się w różne części ciała (np. nogi czy gardła) Tunnelera i wypuszczającą z ust pijawki Leech Woman. Oraz Jestera, który dla odmiany, nikomu nie robi krzywdy. Lista lalek oczywiście rozszerza się w kolejnych częściach, i trochę szkoda, że tutaj tak naprawdę nie ma ich za wiele na ekranie. Gdy już są, ich animacja jest przyjemna dla oka i nie sposób nie docenić ilości pracy (animacja poklatkowa, pojedyncze marionetki poruszane przez pięć osób naraz) włożonej w  trwające pół minuty, często nawet mniej, fragmenty. Jednak przez większość czasu będziecie oglądać akcję ich oczami.

Nie spodziewajcie się szczególnie wyszukanych ani krwawych zabójstw. Nie spodziewajcie się też szczególnie porywającej fabuły ani akcji. W tych wszystkich aspektach "Puppet Master" jest prościutki i nie wzbudza wielkich emocji. A jednak finał wywował we mnie satysfakcję. Mimo, że rozwiązanie zagadki należy do oczywistych, w zupełności je "kupiłem". A lalki, które przez cały film zdawały mi się zaledwie dodatkiem, tak samo jak moce, na koniec udowadniają, że to one są tutaj głównymi bohaterami. Powolna, brutalna zemsta w ich wykonaniu pozostawiła mnie sytego. 

"Puppet Master" to nieskomplikowana produkcja, która nie zwali was z krzesła, a przez większość seansu pozostawi obojętnymi. Jednak pomysł, klimat i finał czynią ten film wysoce "oglądalnym" i seans mija w śpiesznym tempie. To jeden z tych filmów, które bez zastanowienia można umieścić po środku skali ocen, jednak ze świadomością, że coś je wybija ponad przeciętność. W tym przypadku mordercze lalki.



Trailer

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz