23.05.2016

CYBER TRACKER (Elektroniczny łowca) (1994)

Eric Phillips (Don "The Dragon" Wilson") jest ochroniarzem senatora Dilly'ego. Ten, mimo sprzeciwu ze strony społeczeństwa, jest zagorzały zwolennikiem zastąpienia zwykłych służb bezpieczeństwa potężnymi androidami, zwanymi Cyber Trackerami. Eric, mimo zaledwie trzy miesięcznej służby, zyskuje u senatora ogromne uznanie, szczególnie po wyciągnięciu go całego z zamachu zorganizowanego przez UHR (Union for Human Rights). Jednak wszystko zmienia się, gdy ochroniarz odkrywa niecne zamiary swojego przełożonego. Od tej chwili Phillips staje się celem numer jeden dla śmiercionośnych robotów.

W poszukiwaniu kolejnych podróbek Terminatora, których w latach 90 powstała całkiem pokaźna gromada, trafiłem na ciąg produkcji od studia PM Entertainment. Była to niezależna wytwórnia istniejąca od 1989 do 2002 roku, zajmująca się produkcjami straight-to-video. Wśród ich filmów czerpiących pełnymi garściami ze Schwarzeneggerowskiego klasyka znalazły się takie tytuły jak "T-Force", "Hologram Man", "Digital Man" i "Cyber Tracker 2". Oraz część pierwsza, którą postanowiłem obejrzeć.

Wyreżyserowany przez jednego z założycieli studia, Richarda Pepina, "Cyber Tracker" to niezbyt wyróżniający się miks "Terminatora", "Robocopa" i wszelakiego kina kopanego. W przypadku tego ostatniego zobowiązuje obecność Dona Wilsona, dlatego wśród strzelanin spodziewajcie się więcej momentów, w których nasz bohater weźmie sprawy w swoje... pięści, ściągnie koszulkę i obije kilka gęb.

Ok, ten ostatni element mieszanki mamy z głowy. Co z pozostałymi? Z "Terminatora" mamy oczywiście postać morderczego androida, który z uporem podąża za jednym celem, nie bacząc na ofiary. Jednak pod względem wytrzymałości nie dorasta do pięt T-800. Zapewne zauważyliście we wstępie, że mamy w tym filmie do czynienia z wieloma androidami. Cyber Tracker występuje w wielu egzemplarzach, kolejno wysyłanych przez czarne charaktery. Dzielnemu Ericowi w ciągu filmu udaje się zniszczyć aż trzy! Co ciekawe, android zawsze przybywa na miejsce w humvee, a nieodłącznym elementem wyposażenia jest bazooka w bagażniku. 

Z "Robocopa" ostał się motyw robota jako stróża prawa. Zapożyczono również pomysł na broń umieszczoną w nodze. Jednak zaprezentowano to tutaj w dosyć dziwaczny sposób. Android odsłania otwór w spodniach i... pistolet materializuje się z jego nagiego uda, z udziałem dyskusyjnego efektu komputerowego. To samo dzieje się z odznaką, która pojawia się w otwartej dłoni.

Jak się prezentuje na ekranie sam Cyber Tracker? Niezbyt porywająco. To po prostu muskularny, łysy facet w czarnej skórze, wygłaszający monotonnym tonem długie formułki z "elektronicznym" efektem utrudniającym zrozumienie jego kwestii. Narzekałem na innego niby-Terminatora, Franka Zagarino w pierwszej części "Shadowchasera", ale tamten przynajmniej miał ciekawszą prezencję. Na dodatek w sequelu mógł się popisać niezwykle barwną, przesadzoną grą aktorską. Jim Maniaci, wcielający się w Cyber Trackera, był obecny w filmach od końca lat 80, głównie w rolach dalekoplanowych. Np. "Biker Customer" czy "Rape Culturist #1". Zakończył karierę w 2002, po Królu Skorpionie.

Nie tylko wróg, ale również sama fabuła nie chwyta za serce i łatwo o niej zapomnieć. Ok. wiem, że w filmie akcji nakręconym z myślą o wideo liczy się przede wszystkim ilość wybuchów i złamanych szczęk, ale wielokrotnie podczas seansu przyłapywałem się na "zaraz, to o co to się wszystko toczy?". Nie obchodziła mnie rozgrywają się w tle historia, ani też żaden z bohaterów. Akcja niby cieszy, szczególnie, że trup ściele się gęsto (bądźcie pewni, że cała gromada nowych postaci, która w pewnym momencie pojawi się na ekranie, niedługo później będzie martwa), jest dużo eksplozji, a podczas strzelanin często w użytku są dwie sztuki broni. Ale nawet z tym elementem jest coś nie tak. Zdarzają się momenty przedziwne, jak np. Cyber Tracker prowadzący ostrą wymianę ognia z członkami UHR w niewielkim pomieszczeniu. Dzieli ich kilka metrów, jakieś szafki i stół jako osłona. Android, mimo, że strzela na wprost, nikogo nie trafia. Mamy zatem scenę w której: a) ci dobrzy trafiają, ale nie mogą wyrządzić wrogowi żadnej szkody, b) ten zły strzela przed siebie całymi seriami i również nie wyrządza żadnej szkody. Najbardziej niepocieszony byłem jednak, gdy Eric wyciąga wspomnianą bazookę z bagażnika, oddaje aż dwa strzały i... nie ma żadnego wybuchu, a jakaś niewidzialna siła odrzuca androida do tyłu.

Po tym ostatnim akapicie można stwierdzić, że naprawdę nie lubię tego filmu. Ale tak naprawdę to po prostu przeciętniak, którego największą wartością jest bycie zapomnianym, budżetowym "rip-offem" Terminatora, wydanym prosto na wideo. Czyli to co lubię i o czym piszę na tej stronie. Ale poza tymi zaletami "zewnętrznymi" nie ma zbyt wiele do zaoferowania.



Trailer

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz