03.07.2016

PHOENIX THE WARRIOR (Świat bez mężczyzn) (1988)

W opustoszałym świecie po wojnie bakteriologicznej nie ma już mężczyzn. Ostała się tylko garstka kobiet, które walczą o przetrwanie na post-apokaliptycznych pustkowiach. Jedna z nich, każącą się nazywać Wielebną Matką, zapragnęła władzy i mocy, chcąc stworzyć nową rasę kobiet. Każdy, kto zechce się sprzeciwić Matce, zostaje wyklęty i jest ścigany przez jej pozbawione skrupułów podwładne.

Pewnego dnia tytułowa wojowniczka, Phoenix, uwalnia z ich rąk niejaką Keelę. Ta okazuje się... być w ciąży. Kobiety ruszają razem w podróż, a podczas niej dowiedzą się, czy faktycznie żyją w świecie bez mężczyzn...

Witajcie w świecie "Phoenix the Warrior", znanego również pod niezbyt trafiającym do mnie tytułem "She-Wolves of the Wasteland". Jak przystało na produkcję straight-to-video, kryjącą się pod więcej niż jednym tytułem i okładką, jest to świat prosty, pełen zaskakująco atrakcyjnych kobiet, odzianych w skąpe stroje i mające dostęp do szerokiego asortymentu broni palnej oraz pojazdów. A w wyniku zarządzonego przez Wielebną Matkę (nie)porządku, w większości przypadków chcą się pozabijać. Dodajmy, że wszystkie fryzury są tutaj nastroszone niczym u członkiń rockowych girls bandów, a ich właścicielki posługują się pseudonimami takimi jak Cobalt czy Neon. Jeżeli to wszystko zaakceptujecie, czeka was całkiem przyjemnie spędzone półtorej godziny.

"Phoenix the Warrior" to bez wątpienia rzecz inspirowana "Mad Maxem", jednak nie będąca "rip-offem". Biorąc pod uwagę moje doświadczenia z tego typu kinem i istnienie ogromnych ilości filmów żywcem biorących motywy z serii Georga Millera, byłem zdziwiony. Tak jak wspominałem w poprzednim akapicie, przygody Phoenix są nieskomplikowane i prezentują najprostsze, pulpowe podejście do tematu post-apokalipsy. I to chyba najbardziej wpływa na jakość seansu. "Phoenix the Warrior" nie zawiera wielkich wzlotów, ale nie ma też przynudzających dolin, dzięki czemu film przez cały czas trzyma równy poziom. Najbardziej w tym wszystkim "skomplikowany" jest wątek niecnych planów Matki (na marginesie wyglądającej jak królowa Borg z późniejszego "Star Trek: First Contact"), ale tak naprawdę widza niezbyt one obchodzą (szczególnie, że są typowym bełkotem o mocy oraz władzy). Oglądający chce się skupić na jednej rzeczy: pół-nagich dziewczynach skaczących sobie do gardeł. A jakiś tam zły przecież musi być. Męskie kino jak się patrzy.

Większość widowni zapewne stwierdzi, że ma do czynienia z jakimś soft-core, jednak erotyka nie wychodzi tutaj poza prezencję bohaterek i kilka ujęć obnażonych piersi. Jedna scena seksu nawet się nie zaczyna (spoiler, nawet nie jest lesbijska). A, i tak, w tym świecie też mają prostytutki, co rozbawiło mnie, chociaż chyba nie powinno dziwić. Ale nigdzie dalej to nie zmierza.

Akcja nie traci tempa i nie odczuwałem spadku zainteresowania seansem, mimo, że nie było to jednak najkrótsze półtorej godziny w moim życiu. Znalazło się miejsce na kilka scen "samochodowych" w  duchu Mad Maxa, ale przede wszystkim dominują tutaj strzelaniny. Nie są może szczególnie dynamicznie nakręcone, ale jeżeli lubicie popatrzeć, jak postacie na ekranie wdają się w wymianę ognia bez żadnych udziwnień, w zupełności wam to wystarczy. Bardziej bezpośrednich metod wyrównywania rachunków również nie zabraknie.

W parze z prostą treścią idzie również prosty wygląd. Do nakręcenia filmu o tej tematyce zwykle wystarczy odpowiednia lokacja. I twórcy korzystają z tego ile mogą. Poza kilkoma budowlami skleconymi z kawałków blachy, spodziewajcie się głównie widoku piaszczystych krajobrazów. Nawet siedziba naszej "pani szwarcharakter" nie okazuje się być wielką twierdzą, a po prostu kolejną mizerną wioską, w której gdzieś tam znajduje się ciemny pokoik obwieszony przezroczystą folią z siedzeniem na środku. I w nim przez cały film Wielebna Matka snuje swoje plany, nie robiąc zbyt wiele. Oczywiście, skoro piszę już o wyglądzie, należy wspomnieć o dziewczynach. Z pewnością nie można narzekać na brak zróżnicowania w ubiorze, urodzie i dzierżonej broni. Poza wyjątkami, wszystkim im bliżej do fotogenicznych cosplayerek na zlocie fanów klimatów postapo niż do zaprawionych wojowniczek, ale przecież o to w tym filmie chodzi. Całość, wraz z nielicznymi przykładami charakteryzacji bardziej złożonej niż fryzura i makijaż, składa się na budżetową, ale przyjemną dla oka wizję. A to wszystko okraszone zostało elektroniczna muzyką, która wręcz krzyczy "film na kasecie". 

Na co można ponarzekać? Na dosyć antyklimatyczną końcówkę. Kto ma zginąć, ginie. Ale w tak mało efektowny sposób, że zastanawiałem się, na ile było to podyktowane budżetem, a na ile faktem, ze w filmie nie ma żadnego gore, poza ranami postrzałowymi i rozbryzgami krwi. Co wrażliwsze uszy mogą nie znieść faktu, że podczas dialogów w trakcie zmiany ujęć wyraźnie słychać różnicę w dźwiękach w tle (np. szum silnika, który cichnie lub rozbrzmiewa ponownie w zależności od pokazywanej postaci). No i gra aktorska. Panny, mimo, ze piękne, potrafią być naprawdę drewniane, z niejaką Cobalt na czele, której sposób wypowiadania kwestii nieraz wywoływał u mnie uśmiech na twarzy.

Ale to wszystko tylko wygrzebywanie wad na siłę. Często chwalę filmy za skuteczne wykorzystywanie prostych założeń. A z nich i skromnych środków "Phoenix the Warrior" robi dobry użytek. Jeżeli szukacie filmu do "strawienia na wieczór", nie mającego wielkich ambicji, ale też trzymającego przez cały czas pewien poziom, a post-apokalipsa w najbardziej podstawowym wydaniu do was przemawia, wypróbujcie tą produkcję. Dajcie się porwać do świata bez mężczyzn.



Trailer

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz