31.07.2016

[SOFT DRUGS] W kinie na rekinie, czyli "THE SHALLOWS"


W zeszły czwartek znalazłem kilka godzin, aby wybrać się do kina na "The Shallows", czyli "183 metry strachu". Co prawda ze wszystkich archetypicznych dla kina monstrów rekiny chyba przemawiają do mnie najmniej, a z produkcji o nich widziałem TYLKO będące wzorem "Jaws" (tak!), ale pojawienie się takiego filmu w kinach to obecnie rzadkość. Dlatego też uznałem, że grzechem byłoby przegapić możliwość zobaczenia tego w kinie.

I miałem rację, bowiem "The Shallows" jest piękne i ukazany w nim krajobraz trzeba zobaczyć na dużym ekranie. A jeżeli nie trafi się wam hałaśliwa publiczność (miałem to szczęście), to ten film jest idealny aby po prostu usiąść w ciemnej sali i obejrzeć go od początku do końca, oddając mu się na te niecałe półtorej godziny.

Koncept znacie z trailerów: miłośniczka surfingu zostaje uwięziona na niewielkiej skale nieopodal brzegu, od którego dzieli ją ogromny rekin, wcześniej fundując jej paskudną ranę na nodze. 

Amatorzy kina survivalowego kręcą nosem, że zabrakło realizmu. Ja natomiast łyknąłem ten film jak... no właśnie... rekin. "The Shallows" łączy pozorny realizm z szaleństwem kina gatunkowego, do którego przecież należy. A gdyby się zastanowić to tak naprawdę nie ma tu nic bardziej przesadzonego od tego, co widzieliśmy w klasycznym obrazie Spielberga. Przygotujcie się zatem na rekina, które jest niezwykle silną maszyną do pożerania. Absolutnie wszystkiego.

Największą słabością tej produkcji są... efekty komputerowe. Komputerowy rekin (oraz inne wodne stworzenia) kole w oczy. A to w połączeniu z efekciarstwem, które cechuje wiele dzisiejszych produkcji sprawia, że mimo nie przekraczania granicy wyznaczonej przez "Jaws""The Shallows" wydaje się dużo bardziej przegięte. Nie do końca przekonał mnie też sposób w jaki ukazano ekran telefonu w formie komputerowej projekcji na ekranie, dzięki czemu możemy śledzić przebieg rozmów tekstowych czy zobaczyć zdjęcia przeglądane przez bohaterkę. Pomysł ciekawy, ale jego realizacja zbytnio mi przypominała spoty reklamowe kolejnego smartfona.

Mimo kilku postaci miejscowych oraz rodziny głównej bohaterki, jest to zdecydowanie film jednego aktora. A gdyby ten zawiódł, pociągnąłby ze sobą całość na dno. Ale nic z tych rzeczy: Blake Lively z którą spędzamy jakieś 95% seansu sprawdza się znakomicie i nie ustępuje innym znany postaciom twardych kobiet postawionych w trudnej sytuacji.

Nie zapominajmy jednak, że znalazło się też miejsce dla jeszcze jednego bohatera, czyli... mewy. Przynajmniej jedno zwierze nie jest komputerowe! Tak jak nasza bohaterka, zostaje zraniony i ląduje na przeklętej skale, towarzysząc jej aż do końca filmu. I pewnie dziwnie to zabrzmi, ale mewa spisuje się na medal, stanowiąc w pewien sposób oparcie dla Nancy oraz wprowadzając nieco humoru, stając się maskotką produkcji.

Zastanawiam się, czemu najpierw wystawiłem na IMDB ocenę 6/10 Chyba niepotrzebne efekciarstwo naprawdę musiało zszargać moją opinię. W ostatecznym rozrachunku daję oczko wyżej. Był to szybki i przyjemny seans, a napięcie udzieliło mi się na tyle, że do samego końca mocno biło mi serce. A może to po prostu dlatego, że ciężko o taki film w kinie?

"The Shallows" wraz z nowym "The Purge" złożyło się na dużo pozytywniejszy obraz tegorocznego lata w kinie niż się spodziewałem. Miło zobaczyć dwie "mniejsze" produkcje (a piszę to z rezerwą, bo to nadal filmy dużych wytwórni robione za miliony) atrakcyjne dla miłośników kina gatunkowego w przybliżonym czasie.

A filmowe rekiny? Zaczynam je lubić.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz