21.08.2016

NEMESIS (1992)

W zdominowanej przez technologię przyszłości roku 2027 policjanty Alex Rain prowadzi walkę z grupą terrorystyczną Red Army Hammerheads. Organizacja obrała sobie za cel walkę z postępującą cyborgizacją ludzkości. Z każdym dniem Alex czuje się coraz bardziej wypalony, a każda następna rana przynosi jego ciału kolejne elektroniczne modyfikacje przez co zaczyna kwestionować swoje człowieczeństwo. Postanawia złożyć wypowiedzenie, jednak brutalnie zostaje przywrócony do służby przez komisarza Farnswortha. Okazuje się, że dawna przełożona i kochanka Alexa, będąca w pełni cyborgiem Jared, wykrada niezwykle ważne dane w celu przekazania ich terrorystom. Z bombą zainstalowaną w sercu i kilkoma dniami na odzyskanie cennego nośnika, Alex nie ma wyboru i rusza śladem dawnej ukochanej, nie podejrzewając, że pracuje dla nieodpowiednich ludzi... a raczej tego co z nich pozostało.

"Nemesis" Alberta Pyuna to mieszanka cyberpunku i tech noir ubrana w szaty pełnokrwistego filmu akcji. Obok złych facetów w garniturach, azjatyckich gangsterów i głównego bohatera biegającego w podartej koszulce po dżungli mamy zatem takie motywy jak modyfikacje ciała czy świadomość osoby zapisana na nośniku. A dawkę noir dostarcza Alex, faszerujący się narkotykiem zwanym speed oraz wdającym się w długie, opisowe monologi podczas pościgu za swoją femme fatale. Nie zdziwcie się zatem, gdy akcja z Los Angeles przyszłości szybko przeniesie się do tropikalnej Jawy. 

O tym jakim duchu został zrealizowany ten film przypominają widzowi również strzelaniny. Spodziewajcie się strzelania z dwóch pistoletów podczas zjeżdżania na plecach czy bohatera przebijającego się przez kilka pięter dzięki uprzedniemu osłabieniu podłogi kilkoma nabojami. Oraz iskier. Mnóstwa iskier, w końcu przeciwnikami są tutaj ludzie z dużą zawartością metalu w organizmie. To wszystko w połączeniu z efektowną pracą kamery daje nam wspaniałe, dynamiczne sceny akcji będące najmocniejszą stroną tej produkcji.

"Nemesis" był jednym z pierwszych filmów w których wystąpił Olivier Gruner. Francuski kickboxer wciela się w rolę głównego bohatera na tyle dobrze abyśmy kupili go jako steranego życiem twardziela. Twórcy zadbali, aby przez cały film nasz bohater zmieniał wygląd. Zaczyna zatem z "wyglądem detektywa" (moje skojarzenie) - płaszcz, krawat, koszula, ciemne okulary i przyczesane włosy opadające na czoło, aby potem na chwilę, biegnąc boso i bez koszulki przez pustynię, nabrać aparycji Van Damme'a (znowu, moje skojarzenie, może niezbyt udane), a następnie obudzić się za kratkami z fryzurą Stallone'a jako Rambo (jestem pewien, że skojarzenie wielu). 

Gruner, jak na początkującego w kinie amerykańskim obcokrajowca przystało, ma silny akcent. I nie tylko on. Przez cały film zadawałem sobie pytanie "Co z tymi akcentami!?". Bo usłyszycie tutaj również niezwykle stereotypowe akcenty: niemiecki (wat iz zis?) i azjatycki. A reszta aktorów nawet bez akcentów wypowiada swoje kwestie w bardzo przerysowany i czasem wręcz niewyraźny sposób (dopiero na słuchawkach zdołałem zrozumieć część z nich). Można zatem ciskać gromy na poziom aktorstwa, szczególnie, że dużo tutaj recytowania dialogów, a z drugiej strony po prostu kupić je w pełni, szczególnie, że pasuje doskonale do klimatu.

Można zatem spierać się o aktorstwo, ale nie można zaprzeczyć, że postarano się aby postacie wyglądały interesująco i zróżnicowanie. Bądź po prostu atrakcyjnie. Nie obędzie się bez płaszczy, okularów... bądź po prostu braku ubrania.

W rolę głównego złego wciela się Tim Thomerson, weteran kina gatunkowego, którego możecie znać z takim filmów jak "Trancers" czy "Dollman". Tutaj odgrywa rolę typowego "złego skurczybyka", w garniturze, czarnych okularach i siwych włosach zaczesanych do tyłu. Dodajcie do tego kwestie w stylu "da fucking humans!" i już wiecie o co chodzi. Widz dobrze się bawi, aktor zapewne też. 

Mamy dwie role rozbierane. Na kilka chwil pojawia się Deborah Shelton, która rozpoczyna w tym cyklu tradycję ukazywania muskularnych kobiet w negliżu (w przypadku sequeli BARDZO muskularnych. Nie wiem, czy to wymóg studia, czy preferencja Pyuna) oraz... Thomas Jane? Późniejszy Punisher pojawia się tutaj, świecąc oboma pośladkami.

Następnie pomówmy o atrakcjach mniej żywych. Czyli o efektach. A te są tutaj przede wszystkim praktyczne i wypadają znakomicie. Trudno się dziwić, gdyż są one dziełem Fantasy II, firmy, która jest w biznesie od wczesnych lat 80-tych i ma na koncie takie produkcje jak Aliens, Critters, Tremors czy... pierwszy i drugi Terminator. Efekty praktyczne dają tutaj o sobie znać w scenach zgonu. Jednak zamiast krwi i wnętrzności spodziewajcie się poprzerywanych kabli i poskręcanego metalu. A na koniec filmu pojawia się powód dla którego zaznaczyłem, że Fantasy II pracowały przy Terminatorze. Jeden z cyborgów na koniec traci skórę i oto stajemy się świadkami pojedynku z poklatkowym, metalowym szkieletem, żywcem wyjętym z filmu Camerona. W "behind the scenes" narrator próbuje nas przekonać, że poziom efektów w "Nemesis" dorównuje Terminatorowi 2. Rozumiem, że chciano wówczas nawiązać do nowszego filmu, ale nie ulega wątpliwości, że skojarzenia widza powinny iść w kierunku części pierwszej.

Nie zapominajmy również o niesamowitych popisach kaskaderskich. Nie ma tutaj sztuczek. Gdy za dwójką uciekających aktorów wali się kilka ton żelastwa przy towarzystwie wybuchów, dzieje się to naprawdę. Zapewne z zachowaniem wszelkich zasad bezpieczeństwa, ale po zobaczeniu nagrania z planu i tak byłem pełen podziwu.

Znakomita jest również muzyka Michela Rubiniego, a szczególnie powtarzający się melancholijny motyw przewodni, wpisujący się w część "noirową" filmu i doskonale obrazujący wątpliwości targające bohaterem i jego utraconą miłość. To dzięki muzyce ostatnia scena pomiędzy Alexem i Jared dostaje dodatkowy ładunek emocji i... cholera, zdołała mnie chwycić za serce! 

 "Nemesis" jest filmem, który chciałem obejrzeć od kilku lat. A gdy w końcu się do niego dorwałem, potrzebowałem kilku seansów, aby w pełni go docenić. Do tej pory widziałem tylko początkową sekwencję, gdzie nasz bohater w płaszczu i okularach pędzi przez ruiny prowadząc zajadłą wymianę ognia z terrorystami. Dlatego poczułem się nieco rozczarowany, gdy w dalszej części seansu nie pojawiła się już taka postapokaliptyczna sceneria i została zastąpiona lokacją rodem z filmów sensacyjnych, gdzie jakiś inny bohater mógłby walczyć np. z kartelem narkotykowym. Ostatecznie nawet nie oceniłem wówczas filmu, bowiem byłem po prostu zmęczony i umykały mi niuanse fabularne. Zbyt pochopnie zabrałem się za ten film. Drugi seans odbył się w ramach maratonu całej serii (która, mam nadzieję, pojawi się tutaj znowu dzięki części drugiej, ale niestety również dzięki dosyć koszmarnym trzeciej i czwartej). Wtedy już wiedziałem co dokładnie dostanę i wrażenia były dużo pozytywniejsze. Wystawiłem 6/10. Teraz, gdy w końcu usiadłem na spokojnie do filmu w celu napisania tego tekstu, mogłem w pełni się skupić i poukładać sobie w głowie moje przemyślania. I daję notę wyżej.

Wiem, że filmy Alberta Pyuna od lat cierpiały na ten sam problem: po przekazaniu nagranego materiału studiu jego kontrola nad filmem kończyła się. Nie miał żadnego wpływu w jakim stanie ostatecznie obraz trafiał na ekrany. Tak naprawdę większość z wizji Pyuna nie zostało ukazanych na ekranie tak jakby chciał (sam Pyun przyznał, że jedynym takim filmem jest "Mean Guns"). I również "Nemesis" może nie być tym co chciał reżyser. Ale w formie w jakiej został oddany widzom jest porządnym kawałkiem kina akcji, które z powodzeniem korzysta z dobrze znanego motywu umierającego człowieczeństwa w świecie zdominowanym przez technologię. Może nie przemówi do najbardziej zagorzałych zwolenników cyberpunku, ale jeżeli macie ochotę na tą tematykę w lżejszym wydaniu, "Nemesis" będzie udanym seansem. 



Trailer

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz