16.10.2016

FRIGHTMARE (Gwiazda horroru) (1983)

Conrad Radzoff to przebrzmiały i zapomniany aktor, który w czasach kina czarno-białego triumfował na ekranie jako gwiazda kina grozy. Teraz jego postać wampira może co najwyżej wystąpić w reklamie. Na niedługo przed swoją śmiercią z frustracji dopuszcza się dwóch niezauważonych morderstw (w obu przypadkach ofiarami są reżyserzy).

Po pogrzebie grupka studentów aktorstwa postanawia wykraść z grobowca ciało swojego idola i w hołdzie spędzić z nim noc w jego starej posiadłości. Nie spodziewają się, że zmarły powróci do życia i będzie dalej zabijał. I już nie będzie tylko człowiekiem.

Nie ulega wątpliwości, że przy "Frightmare" z 1983 roku (w rzeczywistości nakręcone w 1981 i znane również pod tytułami: trafnym "Horror Star" i "Body Snatchers") reżyserowi przyświecał następujący cel: ożenić klasyczny, gotycki horror z modnym wówczas slasherem. Dostajemy zatem postać Conrada, który w świecie tej produkcji jest figurą na miarę Beli Lugosiego, Christophera Lee, Vincenta Price'a czy Petera Cushinga, ale też grupkę niezbyt inteligentnej młodzieży, którą po kolei spotka śmierć. Z jednej strony największa zaleta filmu, a z drugiej jego największa wada.

Grany przez znanego z "Nieustraszonych Pogromców Wampirów" Polańskiego Ferdy'ego Mayne'a Conrad podnosi klasę filmu i jest jedynym jego interesującym aspektem. Oglądamy klasycznego gwiazdora o dżentelmeńskich manierach, który po śmierci staje się nadnaturalną istotą rodem ze swoich filmów. Conrad, odziany w ikoniczny płaszcz wampira, sunie bezszelestnie w ciemności wśród zawsze zwiastującego jego obecność dymu i wykańcza swoje ofiary przy pomocy mocy psychicznych. Brzmi ciekawie? Pewnie, ale niestety to trochę za mało, aby ponieść ten bezpłciowy horror do końca.

Bo ofiary Conrada to banda, jaką wielokrotnie można znaleźć w tych mniej udanych slasherach: pozbawiona charakteru zbieranina, którą ciężko rozróżnić. Od początku odpychają widza swoją głupotą (kradzież zwłok) i w żaden sposób nie zyskują jego sympatii. Do tego dochodzi drewniana gra aktorska i mamy postacie, które na start zostają zmarginalizowane. Bo oglądający niemal od razu kibicuje czarnemu charakterowi i czeka, aż cała zgraja pójdzie do piachu.

Hej, wiecie, że wśród nich znajduje się młody Jeffrey Combs? Aż ciężko uwierzyć, że to gwiazda "Re-Animatora", kilka lat przed swoim hitem.

Jednak wracając do zabijania, bo o to tutaj chodzi: sceny mordu nie są złe, niekiedy całkiem pomysłowe (napiszę tylko, że Conrad lubi używać telekinezy do podnoszenia trumny), ale znowu: nie wystarczą, bowiem całość jest wyprana z emocji i co gorsza, w wielu momentach zaczyna nudzić. Film cechuje fatalne tempo, które uzewnętrznia słabość slasherowego schematu, czyli "postać błądzi w ciemności przez kilka minut, po czym zostaje zabita". I tak kilka razy, bowiem ofiary eliminowane są pojedynczo. Znane i lubiane. Tylko tutaj strasznie męczące.

Przyzwoita jest natomiast oprawa audiowizualna. Poza kilkoma scenami dziennymi, większość akcji rozgrywa się w nocy, gdzie na ekranie dominują kolory niebieski, czarny i biały. Dodajmy do tego kłęby dymu, wśród których zawsze pojawia się Conrad i wynikiem są całkiem przyjemne dla oka, mroczne scenerie. Szkoda tylko, że dosyć często na ekranie jest za ciemno. Ścieżka dźwiękowa skutecznie bierze udział w tworzeniu nastroju, chociaż czasami zbytnio bombarduje widza zniekształconymi szeptami i szumami, jakby usilnie chciano jak najbardfziej zagęścić atmosferę. Co, patrząc na resztę filmu, nie dziwi.

Czym jest zatem "Frightmare"? Nijakim slasherem, który próbuje oddać hołd produkcjom sprzed kilku dekad z marnym efektem. Warto obejrzeć dla postaci Conrada i niezłego klimatu. Gdyby jednak czarnym charakterem był tradycyjny zabójca z nożem, film byłby nieznośny. Tylko wielka gwiazda horroru była w stanie aż tak podwyższyć ocenę.



Trailer

1 komentarz :

  1. Kurka, ten pomysł na film brzmi fantastycznie, szkoda, że nie zrobili z nim czegoś bardziej interesującego :|

    OdpowiedzUsuń