15.01.2017

RE-ANIMATOR (1985)

W 1984 dyrektor artystyczny ze znajdującego się w Chicago Organic Theater zapragnął spróbować innego medium i nakręcić film. Nazywał się Stuart Gordon. Za radą swojego znajomego, Boba Greenberga, postanowił, że będzie to horror, gdyż można je nakręcić tanio i niezależnie od ich jakości, zawsze się zwrócą. Gordon zastanawiał się, czy nie nadszedł czas na następną ekranizację Frankensteina. Bob dał mu kolejną dobrą radę: zasugerował Herbert WestaReanimatora H.P. Lovecrafta. Przyszły reżyser był miłośnikiem twórczości tego pisarza, ale nigdy nie dane mu było przeczytanie tego opowiadania, gdyż wówczas nie było one dostępne w druku. Sześć miesięcy później dostał pozwolenie od Biblioteki Publicznej w Chicago, aby przeczytać znajdujący się tam stary, pulpowy magazyn zawierający materiał na przyszły film. Ponieważ pismo wręcz rozsypywało się w rękach ze starości, poprosił o wykonanie kopii. Gdy w końcu przeczytał podzielone na sześć części opowiadanie, uznał, że to jest to.

Rozpoczęto prace na scenariuszem. Pierwotnie pisano go z myślą o telewizji, a cała historia miała zostać rozłożona na półgodzinne odcinki. Miała to być wierna ekranizacja, rozgrywająca się w tej samej epoce co oryginał. Sugerowało to duży budżet, co z miejsca skreślało projekt w oczach włodarzy stacji. Na dodatek telewizje zaczęły odchodzić od formatu półgodzinnego na rzecz godziny. Scenariusz uległ modyfikacji: pierwsze dwie części opowiadania postanowiono zamknąć w jednym dłuższym odcinku. Już wtedy zaczęto przenoszenie fabuły do czasów współczesnych.

Przełom nastąpił, gdy Greenberg zapoznał Gordona z początkującym producentem Brianem Yuzną (przyszłym reżyserem takich filmów jak Society Return of the Living Dead III i dwóch sequeli, właśnie, Re-Animatora). Brian współpracował wówczas z przyszłym dystrybutorem Re-Animatora, Empire Pictures (studio Charlesa Banda, które po upadku miało przerodzić się w króla rynku wideo, czyli Full Moon) nad własnym projektem: antologią na podstawie komiksów undergroundowego rysownika Kima Deitcha, jednak zdawał się on nie zmierzać w żadnym kierunku. Yuzna pozostał zatem z niewykorzystanymi funduszami. Problem budżetu na dzieło Gordona został rozwiązany. Pod wpływem nowego współpracownika zaszła również najważniejsza zmiana: to musiał być film kinowy.



Pierwotnie Stuart chciał nakręcić swój pierwszy film na znanym gruncie: deskach Organic Theater. Jednak zarząd teatru przeraził się, że budynek ma posłużyć jako miejsce produkcji horroru. Nie tracąc zapału, nieopierzony reżyser przeniósł się ze swoją pracą do Los Angeles. W listopadzie 1984 ruszyły 18-dniowe zdjęcia.

Re-Animator Stuarta Gordona jest luźną ekranizacją opowiadania z 1922 roku autorstwa H.P. Lovecrafta. Główny bohater, Dan Cain (Bruce Abbott), jest obiecującym studentem medycyny na Uniwersytecie Miskatonic. Jego plany ukończenia szkoły i poślubienia swojej dziewczyny Megan (Barbara Crampton) zostają pokrzyżowane, gdy w jego życiu pojawia się nowy uczeń uniwersytetu i współlokator: utalentowany, ale niezwykle dziwaczny i krnąbrny Herbert West (Jeffrey Combs). Z początku sprawiający wrażenie nieszkodliwego, szybko odsłania przed Cainem swój straszny sekret: stworzył substancję przywracającą zmarłych do życia. West, który odniósł już pewien sukces w ożywianiu zwierząt, jest opętany wizją w pełni udanego wskrzeszenia człowieka. Dan zostaje wciągnięty w serię eksperymentów, których następstwa będą coraz bardziej groteskowe, a ich twórca: coraz bardziej bezwzględny.

Po pierwszym obejrzeniu Re-Animatora ciężko mi było ocenić ten film. Nie wydał mi się on nadzwyczajny. Jednak z każdym kolejnym seansem, poczynając od drugiego, zaczęło do mnie docierać, że mam do czynienia z produkcją wyjątkową, w której wszystkie elementy doskonale ze sobą współgrają. Będąc miłośnikiem tego typu kina, czyli gatunkowego z naciskiem na horror, przywykłem do filmów mających wyraźnie widoczne wady, poczynając od niedoróbek w scenariuszu, nierównego tempa lub kiepskiego aktorstwa. Jednak w ostatecznym rozrachunku często mi się one podobają, ale mogę również napisać sporo o ich problemach. Tymczasem w Re-Animatorze... ciężko się do czegoś przyczepić. I chyba dlatego ciężko było mi określić moje uczucia wobec dzieła Gordona. Bo nagle trafiłem na obraz, w którym wszystko jest na swoim miejscu i bez przestojów wędruje od punktu A do B. Poczynając od suchego, ale trafnego humoru, wszechobecnych efektów i kończąc na bezbłędnych kreacjach aktorów. Re-Animator korzysta z tematyki i elementów zawartych we wszystkich filmach, które zmieściłem w zdaniu o produkcjach z wadami, czyli absurdu, dziwaczności i makabry, robiąc z nich najlepszych użytek.



Gdy przesłuchiwano aktorów, zbawiennym okazał się fakt, że dobierano ich parami. W ten sposób dostaliśmy ekranową parę w postaci Bruce'a Abbotta i Barbary Crampton, których doskonałe relacje mają swoje odzwierciedlenie na ekranie. Sam Bruce świetnie wciela się w zwykłego, wręcz nieco bezbarwnego młodego mężczyznę, który tak naprawdę reprezentuje publiczność: pełną pytań wobec efektów pracy Westa. Grany przez Jeffreya Combsa szalony naukowiec stał się najbardziej ikoniczną reprezentacją tej lovecraftowskiej postaci. Sam Stuart Gordon przyznał, że spodziewał się kogoś o wyglądzie rodem z opowiadania: błękitnookiego, wysokiego aryjczyka. Jednak nie wyglądem, a grą aktor błyskawicznie otworzył sobie drogę do tej produkcji. Nie było innych Westów. Był tylko Combs, który doskonale oddał ekscentryzm, dziwactwo, fanatyzm oraz znieczulenie cechujące tego (anty)bohatera. Pierwotnie scenariusz skupiał się bardziej na Danie i Meg. Przyznanie większej roli Westowi było chyba najlepszą decyzją, gdyż prawdopodobnie i tak to on ukradłby cały film. Po środku stoi zaś Barbara Crampton w roli dziewczyny, która próbuje uratować swojego chłopaka przed zgubnym wpływem Herberta Westa. Jej rola wymagała odwagi z bardzo oczywistego powodu: występuje na ekranie nago i na dodatek w bardzo niekomfortowej scenie. Pierwotnie rolę Meg miała zagrać inna aktorka, której imię nie jest znane. Po konsultacji z matką uznała, że nie może zagrać w tym filmie. Można powiedzieć, ze Barbara Crampton stała się dla tej produkcji kimś jak Linnea Quiqley: gdy była potrzebna kobieta gotowa na pokazanie swoich wdzięków, ona uratowała sytuację. W połączeniu z nieprzyjemną sceną, gdyby się nad tym zastanowić: jej postać ma najbardziej przekichane w tym filmie.

No i jest jeszcze David Gale, wcielający się w przebiegłego doktora Hilla. Pomiędzy nim a Westem od pierwszego spotkania wywiązuje się konflikt, który staje się napędem dla całej fabuły. Do wyboru było dwóch aktorów: Gale ze swoim "hammerowskim" stylem gry i ktoś, kogo imienia ponownie nie znamy, mający bardziej realistyczne podejście do postaci. Ostatecznie wybór padł na tego pierwszego, gdyż Stuart stwierdził, że jest "niczym Boris Karloff". Co zabawne i zarazem smutne, udział w Re-Animatorze kosztował Gale'a małżeństwo. Nie tylko Barbara Crampton brała udział w TEJ scenie. Żona aktora opuściła kino oburzona.

Zarówno Jeffrey Combs, jak i Barbara Crampton stali się ulubieńcami Gordona. Ten zaangażował ich do swoich kolejnych filmów opartych o twórczość Lovecrafta: From Beyond (1986) i niedocenionego Castle Freak (1995).



Najważniejszym elementem filmu jest sfera wizualna na którą składają się liczne efekty specjalne oraz zaskakująco wierne podejście do... śmierci. Łącznie znalazło się tutaj aż 89 scen z użyciem efektów. Ze względu na ograniczenia budżetowe (milion dolarów) pozwolono sobie tylko na jeden efekt optyczny (wynalazek doktora Hilla, czyli wiertło laserowe. Co ciekawe, ów przyrząd nie istniał w trakcie powstawania i wyświetlania filmu. Re-Animator przewidział zatem późniejszy sposób wykonywania lobotomii). Przy wykorzystaniu doświadczeń z teatru cała reszta efektów została wykonana na planie. Zatem z każdym zwyrodnieniem i obrzydliwością na ekranie (David Gale wyciągający krowi mózg grający ludzki ze sztucznej głowy) aktorzy naprawdę mieli kontakt. A za to przecież kochamy produkcje z tamtego okresu.

Pisząc o wiernym podejściu do śmierci: Stuart Gordon podszedł do sprawy z drastyczną dokładnością, odwiedzając wraz z aktorami kostnice. Reżyser dzięki temu nauczył się, że zwłoki nie są po prostu blade jak w wielu filmach. Mają "wszystkie kolory tęczy". Nie szczędził sobie również drastyczniejszych widoków i sporządził listę trupów z poszczególnymi ranami i uszczerbkami na których potem miano wzorować charakteryzację w filmie. Znajomy patolog sporządził dla niego cały szereg slajdów. Pokaz zrobił na Gordonie tak wstrząsające wrażenie, że ostatecznie zadowolił się oglądaniem samych slajdów pod światłem. Praca nad Re-Animatorem uodporniła go na tego typu widoki, a czarny humor pracowników kostnic, którzy traktują ciała jak śmieci (w końcu leżą w czarnych workach) znalazł swoje miejsce w filmie.

Efektem jest wybuchowy finał, w którym oglądamy zombie w najróżniejszych kolorach (od niebieskiej bladości po krwistą czerwień) i ze zróżnicowanymi okaleczeniami, które mają swoje odbicie w rzeczywistości. Pierwotnie trupów miała być cała armia. Budżet pozwolił na sześć. Czemu akurat tyle? Bo nie mieściły się jednocześnie w kadrze, sprawiając wrażenie większego tłumu.



Pisząc o kolorach, nie sposób nie wspomnieć o najbardziej charakterystycznym elemencie, czyli serum wskrzeszającym, które przez cały film jarzy się zielonym światłem ze strzykawek. Użyto płynu, który znajduje się we flarach. Jakby brakowało wrażeń dla aktorów: jest to niezwykle toksyczny specyfik i pod żadnym pozorem nie mógł zostać rozlany.

Jedna decyzja mogła sprawić, że widzowie nie zobaczyliby ani charakterystycznej zieleni, ani kolorowych zwłok. Stuart pierwotnie miał bardzo ambitny plan, aby nakręcić cały film na taśmie 16mm w czerni i bieli. Jednak Brian Yuzna ukrócił ten szalony plan.

Nie była to jedyna zmiana, która była kluczowa dla ostatecznego wyglądu produkcji. Pierwotnym operatorem kamery był Bob Ebinger, który pracował nad filmem przez pierwszy tydzień. Jego praca pokryła głównie sceny w domu Dana (ponownie, z powodu ograniczeń budżetowych cały film odbywa się we wnętrzach, nie licząc ujęcia uniwersytetu). Mimo, że Charles Band nie włożył w projekt złamanego centa, będąc dystrybutorem nadal miał pewien wpływ. Gdy zobaczył dotychczasowy materiał, uznał, że film jest zdecydowanie za ciemny i może wyglądać lepiej. Zasugerował swojego operatora, starego wyjadacza Maca Ahlberga. Ciężko określić, czy była to zmiana na lepsze od strony technicznej. Ale prawdopodobnie była dla całego filmu.



Stuart Gordon w materiałach, które obejrzałem przy pracy nad tym tekstem, często podkreśla, że na znakomitość Re-Animatora wpłynęło zebranie ekipy składającej się z odpowiednich ludzi. Jednym z nich był właśnie Mac. Będący zupełnym żółtodziobem w świecie kręcenia filmów Stuart znalazł w Ahlbergu mentora, który poprowadził go przez cały projekt. Zaowocowało to długotrwałą współpracą, gdyż nakręcili razem kolejnych siedem produkcji.

Koniec zdjęć (ostatni dzień trwał mordercze 16 godzin) był dopiero początkiem przygody. Pierwsza wersja filmu trwała 135 minut i została skrócono do dynamicznej godziny i dwudziestu minut. Oglądając wycięte sceny byłem nieco rozczarowany, że z filmu zniknęło mnóstwo dialogów rozwijających postacie i ich relacje (zniknął również cały wątek w którym Dr. Hill potrafił... hipnotyzować ludzi, aby byli mu posłuszni. Uznano, że film jest wystarczająco dziwaczny bez tego), jednak tempo zdecydowanie by ucierpiało. Ostateczną wersję dzięki jakości samego filmu ogląda się błyskawicznie.

Re-Animator nie mógł sobie pozwolić na zbyt szeroką kampanię reklamową. Czemu? Bo nie został sklasyfikowany przez MPAA. Okazało się, że po wycięciu wszystkich scen, które pozwoliłyby na uzyskanie kategorii R film trwałby ok. 40 minut. Postanowiono pójść za ciosem i wprowadzić go do kin w wersji "unrated", dzięki czemu publiczność mogła się cieszyć w pełni groteskową wizją reżysera. Rozgłos wypełnił braki w reklamie, sale wypełniły się ludźmi, a Re-Animator stał się małym sukcesem, który zyskał uznanie zarówno publiczności, jak i, ku zaskoczeniu Gordona, krytyków. Jednak nie okazał się blockbusterem i szybko przeminął. Wielkiego powrotu doczekał się dzięki rewolucji wideo, a stamtąd droga prowadziła do uzyskania statusu filmu kultowego wśród miłośników gatunku.

Nieco innego zdania są zatwardziali miłośnicy samego Lovecrafta, którzy uważają, że produkcja nie ma nic wspólnego z pierwowzorem. Należy jednak brać pod uwagę, że już on odstawał mocno od reszty twórczości pisarza, który raczej unikał obrazowych opisów makabry, czemu drukowany Re-Animator wyraźnie zaprzeczał. Z każdym kolejnym napisanym rozdziałem Lovecraft coraz bardziej był przekonany, że pisze parodię i w tym kierunku ostatecznie poszedł. Tak jak jego fani nienawidzą ekranizacji, tak on sam nienawidził swojego opowiadania, które tak naprawdę napisał tylko dla pieniędzy i musiał je sztucznie dzielić na części skrojone do publikacji w kolejnych numerach pulpowego magazynu (streszczenia na początku każdego rozdziału). Mnie jednak bardziej interesuje, że dostaliśmy świetny film. A jednocześnie uważam, że nieco krzywdzące jest przekonanie, że poza motywem reanimacji z opowiadania nie pozostało nic. Z oryginału zachowanych zostało wiele elementów, czasem nieznacznych, które, przy nadaniu postaciom nowych lub zmodyfikowanych ról, zaaranżowano na nowo, tworząc historię bardziej przystosowaną do niespełna półtorej godzinnego filmu, zachowując przy tym ducha oryginału. A ten przecież nie był kwintesencją Lovecrafta. Czy upragniona przez wielu wierna adaptacja sprawdziłaby się? To pytanie na razie pozostaje bez odpowiedzi. Jednak istnieje ryzyko, że byłaby zaledwie odtwórczą ekranizacją. Tymczasem dzieło Stuarta Gordona w swoim szaleństwie i świeżości broni się samo. A po przeczytaniu opowiadania tylko zyskuje.

Przeczytajcie pierwowzór, obejrzyjcie film, powtórzcie. Re-Animator to dla wielu klasyka gatunku i jeżeli jeszcze go nie widzieliście: jest szansa, że również dla was zyska ten status.


Trailer

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz