13.03.2017

[(ZA) DŁUGIE SERIE] MANIAC COP

Rok 1987. William Lustig po kilkuletniej przerwie w reżyserowaniu poszukuje kolejnego projektu, którym mógłby się zająć. Okazja nadarza się, gdy w podczas festiwalu filmowego w Los Angeles spotyka reżysera i, co najważniejsze, scenarzystę Larry'ego Cohena. Lustig, będący fanem Cohena, szybko się z nim zapoznaje. Podczas wspólnego lunchu w lutym Cohen zadaje mu kluczowe pytanie: "Czemu nigdy nie nakręciłeś sequela do Maniac? (filmu z 1980 z Joe Spinellem, który w 2012 doczekał się remake'u z Elijahem Woodem w roli głównej). William stwierdza, że jest to definitywnie zakończona historia. W tym momencie Cohen uruchamia swój znany z błyskawicznych pomysłów mózg. Zgodnie ze swoją tradycją przedstawiania na ekranie pozytywnie kojarzonych rzeczy w potworny sposób (niemowlęta - It's Alive wraz z sequelami, lody - The Stuff, karetki - The Ambulance) i padło na policjantów. W jednej chwili powstał tytuł Maniac Cop wraz z hasłem "You have the right the remain silent... forever". 

Przygotowania do produkcji okazały się tak samo szybkie jak procesy myślowe Cohena. Ponieważ potrzebni byli inwestorzy, w marcu postanowiono nakręcić część materiału bez żadnego scenariusza. Lustig zadzwonił do nikogo innego, tylko Bruce'a Campbella, który właśnie ukończył swoje magnum opus, czyli Evil Dead II. Ten musiał po prostu przyjechać do Nowego Jorku, a o reszcie miano zadecydować na miejscu. Tym samym scena parady Świętego Patryka, która pojawia się w ostatnim akcie filmu, została nakręcona na długo przed faktycznymi zdjęciami. Poza Bruce'm na miejscu stawił się również Sam Raimi, który pomógł przy nagraniu, ba, nawet występuje w jednym ujęciu jako reporter. Scena stała się "demem", które wraz faktem, że ludzie myśleli, iż to właśnie Raimi kręci film (co Lustig celowo przemilczał) było wystarczającą kartą przetargową. Problem budżetu został rozwiązany i można było przystąpić do właściwej produkcji.

Monotonne jest pisanie o szybkości Cohena, ale to prawda. Scenarzysta nie tylko z zaskakującą prędkością wpadał na pomysł, ale również przelewał je na papier. Ponieważ chciał zająć się swoimi projektami, napisał skrypt w ok. dziesięć dni i przekazał go Lustigowi, aby wyreżyserował film. Zdjęcia wystartowały w sierpniu, a w maju 1988 pierwszy Maniac Cop doczekał się mocno limitowanej premiery kinowej.

Maniac Cop (1988)
Film rozpoczyna się, gdy Nowym Jorkiem (w którym tak naprawdę kręcono przez kilka dni, skupiając się na plenerach, przez resztę czasu udaje go Los Angeles) wstrząsa seria morderstw na niewinnych obywatelach. Na nastroje społeczne szczególnie wpływa fakt, że mordy najwyraźniej są wykonywane przez stróża prawa. Głównym podejrzanym staje się policjant Jack Forrest (Bruce Campbell) po tym, gdy jego żona zostaje znaleziona martwa w pokoju motelowym. Tym samym, w którym poprzedniego wieczora nakrywa go na zdradzaniu jej z inną funkcjonariuszką, Theresą Mallory (Laurene Landon). Los Jacka zdaje się być przesądzony. Jednak wszystko się zmienia, gdy dzięki dochodzeniu detektywa Franka McRae (Tom Atkins) sprawcą okazuje się ktoś zupełnie inny. Ktoś, kto już dawno powinien nie żyć.

I nie jest wielką tajemnica, że w pierwszym Maniac Copie zabójcą jest grany przez nieżyjącego już Roberta Z'Dara oficer Matt Cordell, który, krótko mówiąc, powraca zza grobu, aby zemścić się na za wyrządzone mu szkody. Legendarny super-policjant, który lekceważył prawa rzekomo należące się wszelkim szumowinom i najpierw strzelał, a dopiero potem zadawał pytania. Umieszczony w więzieniu Sing Sing przez nieuczciwych oficjeli, zostaje zmasakrowany przez trójkę kryminalistów których sam tam niegdyś wysłał.. Jednak czy faktycznie można użyć określenia "zza grobu" jest sporne. Bowiem Cordell to postać z którą ciężko dojść do ładu. Nigdy nie staje się jasne, czy naprawdę mamy do czynienia z żywym trupem, czy też, jak później jest sugerowane, udaje mu się przeżyć, ale jest kompletnie zniszczony psychicznie. Pewnym jest jednak, że kule się go nie imają, ale jak pamiętamy z Halloween, bycie psychopatycznym mordercą wystarczy, aby nabyć tą właściwość. Załóżmy jednak, że scenarzysta i reżyser pozostawili ten aspekt do rozstrzygnięcia widzom. Natomiast kolejne części nie wywołują już żadnych wątpliwości, że Cordell jest zombie, ba, w trzecim filmie powraca dzięki voodoo. 

Obaj twórcy od początku nie mogli się ze sobą zgodzić w kwestii jego wyglądu. Lustig po zobaczeniu Z'Dara w roli mordercy w filmie Night Stalker z 1986 zapragnął go do roli Cordella. Tymczasem Cohenowi marzył się typ "tancerza" o zwinnych ruchach. Nikogo takiego nie znaleziono. Gdy patrzy się na skrytą w cieniu potężną sylwetkę (i brodę, ale o tym nawet nie trzeba pisać) odzianą w mundur, nie ma wątpliwości, że dobrze się stało. Już sam zarys jest wystarczająco charakterystyczny, ale chciano czegoś więcej: twarzy, który zapadnie w pamięć każdemu fanowi horroru. I tutaj zaczęły się problemy. Nie bez powodu postać mordercy przez większość czasu jest schowana w ciemności: nie znaleziono czasu na określenie definitywnej charakteryzacji. Dlatego zmienia się ona kilka razy podczas filmu, pozostając ukryta. Twarz w pełnym świetle widzowie mogą zobaczyć dopiero na koniec. Twórcy nie byli zadowoleni z jej wyglądu, dlatego też w drugiej części Cordell wygląda zupełnie inaczej, tracąc swój ludzki wygląd (co, biorąc pod uwagę, że prawdopodobnie spędza kilka miesięcy na dnie rzeki, nie dziwi). Problem w tym, że również w części trzeciej twarz ulega zmianie (i prezentuje się nieco mizernie, szczególnie w zestawieniu ze znakomitą charakteryzacją z drugiego filmu). W jednym z wywiadów Cohen wyraził rozczarowanie, że nie udało się stworzyć oblicza na miarę Freddy'ego Kruegera. Tak rozpoznawalnego, że można je sprzedawać na gadżetach. Jednocześnie nie chciano postaci, która tak jak on, stałaby się autoparodią. Matt Cordell do samego końca pozostaje milczący i śmiertelnie groźny.

Cordell zmiennym jest.
Maniac Cop nie był ogromnym sukcesem kinowym, ale zarobił wystarczająco dużo, aby można było myśleć o sequelu, co też przewidział Cohen, jasno dając do zrozumienia w scenariuszu, że zagrożenie w postaci maniakalnego gliny nie zostało pokonane. Ale w przeciwieństwie do swojego kolegi scenarzysty, William Lustig lubił historie zamknięte w jednym obrazie. Jednak gdy Larry nagle dostarczył mu gotowy scenariusz, oniemiał z wrażenia i stwierdził, że ten film trzeba nakręcić. Pod koniec roku 1989 ruszyły zdjęcia.

Tak jak przy pierwszej części, Lustig ponownie musiał nagiąć nieco fakty, aby uzyskać (tym razem międzynarodowych) inwestorów. Zapytany, kto gra w jego filmie, chlapnął "Robert Davi" (który dopiero co wystąpił w Licence to Kill), co oczywiście było nieprawdą, ale zapewniło filmowi dystrybucję w Europie. Lustig na szczęście uniknął katastrofy, naprawdę zatrudniając aktora.

Maniac Cop 2 (1990)
Maniac Cop 2 rozgrywa się kilka miesięcy po pierwszym filmie. Gdy wydaje się, że problem Matta Cordella został ostatecznie rozwiązany, wybucha nowa fala morderstw, której ofiarami stają się również Jack i Theresa. Obowiązek zmierzenia się z mordercą spada na detektywa Seana McKinneya (Robert Davi), wyznającego podobną filozofię co niegdyś Cordell, oraz oficer Susan Riley (Claudia Christian).

Tak, jedyne postaci, którym udaje dożyć się do sequela, zostają brutalnie wyeliminowane w pierwszej połowie filmu, co jest szczególnie szokujące w przypadku Bruce'a Campbella. Szachownica zostaje wyczyszczona dla nowej obsady. Robert Davi świetnie sprawdza się jako ciężko doświadczony przez służbę i pozbawiony wszelkich złudzeń detektyw, Leo Rossi dodaje komizmu w roli Turkella, mordercy striptizerek widzącego w Cordellu przyjaciela (ta kreacja z zachowania i wyglądu jest wzorowana na... Igorze, zagranym przez Belę Lugosiego w Son of Frankenstein. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że William Lustig nazywa Maniac Copa połączeniem Frankensteina z French Connection), a Claudia Christian... to oddzielna historia. Lustigowi ze wszystkimi aktorami pracowało się znakomicie. Poza Christian, która cały czas kwestionowała jego polecenia i miała własną wizję odgrywanej postaci. Konflikt z reżyserem ma swoje odzwierciedlenie na ekranie, gdyż postać grana przez wyraźnie nie chcąca być na planie aktorkę wypada nijako i nienaturalnie, patrząc przez cały czas gdzieś w dal.

Niestety, krnąbrna aktoreczka nie była największym problemem przy produkcji. Pierwotnie Maniac Cop 2, tak jak poprzednik, miał trafić do kin. Dystrybutorem miało być New Line Cinema, wówczas mające w garści Freddy'ego oraz Leatherface'a. Jednak na scenę wkroczyło IVE (International Video Entertainment) z lepszą ofertą. Wbrew woli Lustiga wybrano tą opcję i film, który z powodzeniem mógłby gościć na srebrnym ekranie, stał się imponującym, ale jednak straight-to-video. 

Nie zmienia to faktu, że dysponujący dużo większym budżetem (cztery miliony w zestawieniu z nieco ponad milionem z pierwszym części) Maniac Cop 2 jest najlepszą częścią cyklu (chociaż wśród fanów nadal rywalizującą z pierwszą). Niczym w sequelu Terminatora postanowiono pójść w kierunku czystej akcji, racząc widzów efektownymi strzelaninami i pościgami. Historia Matta Cordella mogła zostać zamknięta w idealny sposób i Maniac Cop mógł zostać zapamiętany jako zgrabna dylogia. Jednak dystrybutor chciał inaczej, po sukcesie drugiego filmu sprzedając prawa do serii Overseseas Film Group.

Znaczyło to, że Cohen i Lustig stracili kontrolę nad swoim dzieckiem. Maniac Cop 3: Badge of Silence, który doczekał się premiery na wideo na początku 1993, powstawał w cieniu konfliktu i ciągłej kontroli. Jak twierdzi Lustig, on i Larry zostali zatrudnieni przez studio tylko dlatego, aby przykleić ich nazwiska na ostatecznym produkcie (co też zrobiono). Podczas gdy ojcowie serii chcieli pokazać w sequelu nowe postacie (czarnoskóry główny bohater, na co studio się nie zgodziło, przez co ponownie na ekranie pojawia się Robert Davi) i sytuacje, nowym włodarzom zależało na kalce poprzednich filmów, a jak nauczyło nas wiele innych przypadków (chociażby The Crow: City of Angels) zazwyczaj nie kończy się to zbyt spektakularnie. Obaj panowie szybko powiedzieli: dość! Cohen opuścił produkcję jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć, a Lustig po czterech tygodniach reżyserowania, zużywając cały budżet i zostawiając na pastwę studia zaledwie 50 minut materiału. Ze zmodyfikowanym przez producenta scenariuszem i garścią ponownie użytych scen z poprzednich filmów zdołano sklecić finalny produkt. Maniac Cop 3 okazał się daleki od ideału, ale nadal strawny.

Gdy wydawało się, że Matt Cordell w końcu dopełnił swojej zemsty, świat żywych znowu się o niego upomina. Za sprawą tajemniczego Houngana, maniakalny glina powraca do życia dzięki magii voodoo.

Jego powrót zbiega się z tragicznym incydentem. Policjantka Katie Sullivan (Gretchen Becker), przez media nazywana "Maniac Kate" dzięki jej stanowczemu obchodzeniu się z przestępcami, w wyniku strzelaniny z psychopatą Frankiem Jessupem (Jackie Earl Haley) zapada w śpiączkę. Jednak nic nie jest przypadkiem, a całe zajście było z góry przewidzianą próbą pozbycia się niewygodnej funkcjonariuszki. Historia zatacza koło i Matt Cordell dobrze o tym wie, eliminując po kolei osobników zagrażających życiu Katie. Jego tropem ponownie rusza detektyw McKinney.

Maniac Cop 3: Badge of Silence
Maniac Cop 3 to miks niezłych i dziwnych pomysłów, ubranych w najbardziej rozbudowaną fabułę z całego cyklu, przez co traci tempo napędzanych prostym pomysłem pierwszych dwóch produkcji. Wzorem Jason Lives seria obiera stuprocentowo paranormalny kierunek, jednak wątek magii voodoo jest tak naprawdę tylko dosyć kiepskim pretekstem do wskrzeszenia Cordella. Postać Houngana jest płaska jak deska i zdaje się nie mieć żadnej motywacji. Chyba, że po prostu zależy mu, aby monstrum dostało swoją księżniczkę. Tak, ponownie można się doszukiwać powiązania Frankensteinem, tym razem Bride of Frankenstein.. Jednak dyskusyjne jest, czy seria potrzebowała scenariusza tego typu.

Równocześnie udało się stworzyć, zarówno w warstwie wizualnej, jak i treściowej, najmroczniejszą część cyklu. Poprzednio największym czarnym charakterem (chociaż mającym rację w swoim pragnieniu zemsty) był Matt Cordell, a przestępcy byli zaledwie pociesznymi płotkami. W trzeciej części sytuacja odwraca się i na jego drodze staną lekceważący swoich pacjentów lekarz, dwóch łowców sensacji, którzy jeżdżąc całymi nocami po mieście z kamerą, żerują na ludzkim cierpieniu i wspomniany Jessup, nadpobudliwy psychopata, grany przez dobrze znanego fanom z kilku kultowych produkcji (np. Dollman od Full Moon) Jackie Earl Haley (Freddy Krueger w niezbyt fortunnym remake'u A Nightmare From Elm Street). Każdy z nich w jakiś sposób zagraża wybrance Cordella. Z taką plejadą nieprzyjemnych typów po raz pierwszy Maniac Cop zaczyna przypominać slashera (i to raczej z późniejszego okresu, gdy przestano zaludniać ekran postaciami, których śmierci wcale nie chcieliśmy), czyli gatunek, w którym Cohen niezbyt się lubuje i nie pisał poprzednich części z myślą o tej konwencji. Tymczasem w Badge of Silence oglądamy jak nasz umarlak wykańcza kolejne kanalie i kiwamy głową z akceptacją.

Ostatecznie trzeci Maniac Cop jest przyzwoitym, ale jednak najsłabszym ogniwem serii, zgodnie za takie uważanym. Włócząc się po raz kolejny po ulicach z Cordellem, odnosi się wrażenie, że właściwa historia została już opowiedziana i czujemy się równie zirytowani jak on sam, chcąc, aby dano mu już spokój. Po przeciągniętym, aczkolwiek efektownym finale myślimy "No, w końcu". Jednak zakończenie ponownie tego nie sugeruje. Ale rzeczywistość postanowiła inaczej i wraz z napisami końcowymi żegnamy postać maniakalnego gliny. A przynajmniej w tym wcieleniu.

Dla pierwotnych twórców Maniac Cop 3 był bolesnym ciosem, a szczególnie Lustiga, który do dzisiaj nie może pogodzić się z powstaniem tego filmu i chce o nim po prostu zapomnieć. Przyznaje, że czasami w rozmowach z Cohenem zastanawia się, czy należałoby nakręcić zupełnie własną, czwartą część. Są to jednak tylko luźne dyskusje. Reżyser dodaje, że jest w zupełności zadowolony z dwóch udanych filmów i może tak powinno zostać. Serię możemy uznać za zakończoną, szczególnie, że w 2015 pożegnaliśmy się z Robertem Z'Darem, który nie grał tylko Cordella. On nim był.


Plakat zwiastujący potencjalny remake
Maniac Copa.
[EDIT 27.03.17] Wiem, wiem, remake jest potwierdzony. Mimo wszystko wolałem być ostrożny...

Kilka miesięcy po śmierci ikonicznego aktora rozbrzmiała informacja, że powstaje remake z Lustigiem i samym Nicolasem Windingiem Refnem w rolach producentów. Na krzesełku reżysera miałby zasiąść odpowiedzialny za odważne sequele do Universal Soldier John Hyams, a historią zająłby się scenarzysta komiksowy Ed Brubaker. Co prawda od czasu do czasu pojawiają się kolejne skromne informacje z ust Refna i najwyraźniej projekt powoli zmierza do przodu, ale nadal zdaje się on pozostawać on w sferze mglistych niusów, które nie muszą się spełnić. Pozostaje utemperować swoje oczekiwania i cierpliwie czekać.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o potencjalnym remake'u, w głowie wyjątkowo pojawiło mi się "to może zadziałać", w opozycji dla częstego "przecież oryginał i tak będzie lepszy!". Już w latach 80-tych Cohen napisał Maniac Copa jako pytanie "co by było, gdybyśmy bali się policji?". On sam nigdy nie miał z nią problemów, ale podkreśla, że dla ludzi pochodzących z grup etnicznych mundurowi zawsze byli zagrożeniem, tak jak Matt Cordell dla każdego przechodnia. A obecnie nie jest tajemnicą, że całe Stany Zjednoczone nienawidzą policji. Przy takich nastrojach społecznych nowy Maniac Cop w rękach odpowiednich ludzi (a proponowana ekipa brzmi obiecująco) mógłby okazać się celnym komentarzem.

To jednak na razie tylko ewentualna przyszłość. Pozostaje cieszyć się istniejącą trylogią, która jako całość jest naprawdę smakowitym, krwistym kąskiem, który schował się w cieniu wielkich braci noszących maskę hokejową i pasiasty sweter. Polecam z całego serca obejrzenie całej serii i wyrobienie sobie o niej opinii. Inaczej będziecie mieli tylko prawo do zachowania milczenia... na zawsze!

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz