07.11.2017

SCALPS (1983)


Listopad 1982. Początkujący reżyser Fred Olen Ray przybywa wraz ze swoim bratem do Kalifornii. Bez grosza przy duszy desperacko poszukuje jakiegokolwiek zajęcia.. W Los Angeles Fred spotyka dawnego znajomego z Florydy, T.L. Lankforda, który został scenarzystą. Reżyser pokazuje mu materiały ze swojej poprzedniej produkcji, The Alien Dead (1980). Lankford stwierdza, że skoro Fred jest w stanie nakręcić film za 12-15 tysięcy dolarów, razem mogliby zebrać pieniądze na kolejny.

Siedząc w apartamencie bez biurka, Olen Ray, z maszyną do pisania podpartą walizką trzymaną na kolanach, napisał najtańszy film, jaki przyszedł mu do głowy (six kids, station wagon and a tent). Po 24 godzinach pierwsza wersja scenariusza była gotowa. Od samego początku w prawdziwie niskobudżetowym duchu narodziło się Scalps.

Fabuła opowiada o szóstce studentów archeologii, planujących kolejną ekspedycję pod przewodnictwem profesora Machena (niewielka rola Kirka Alyna, pierwszego ekranowego Supermana), którego interesują indiańskie cmentarzyska. Uczelnia sprowadza go na ziemię, przypominając mu o obowiązującym w Kalifornii zakazie przeprowadzania wykopalisk w takich miejscach. Nie mogąc towarzyszyć swoim podopiecznym, przekazuje im mapę i daje im do zrozumienia, że to tylko wycieczka. Po czym dodaje, że muszą wybrać się dalej, tam, gdzie jeszcze nie kopano. Nie spodziewają się, że miejsce będące celem ich podróży od dawnych czasów nawiedza widmo pewnego okrutnego Indianina, które wkrótce zagnieździ się w nowym ciele…



Pisanie scenariusza w niezbyt wygodnych warunkach było zaledwie wstępem do dziwnego, pełnego wybojów procesu produkcyjnego. Film był kręcony trybem weekendowym w okresie kilku miesięcy. Pierwotnie reżyser myślał, że wystarczy wycieczka do parku Vasquez Rock, jednak ekipa została wyrzucona przez strażnika niedługo po wyciągnięciu kamery. Udało się jednak nakręcić tam nieco materiału (przy późniejszym Biohazard (1985) w tym samym miejscu udało się ukraść kilka scen bez żadnych nieprzyjemności). Konieczne było zatem poszukiwanie miejsc zdjęciowych na wszelakich poboczach. W ten sposób grupa trafiła na posesję państwa Alfrey, którzy okazali się na tyle życzliwi, aby udostępnić im łazienkę i dostęp do prądu. Natomiast na podwórku rozbito obozowisko, w którym przebywają postacie w filmie. Tam też powstało większość momentów, które naprawdę nagrywano w nocy. Reszta produkcji, kręcona dalej niż sięgało źródło prądu, jest wręcz najeżona scenami potraktowanymi w postprodukcji techniką day to night . Efekt, jak się domyślacie, nie jest zbyt przekonujący. Dla niedoświadczonej ekipy Scalps było swoistą szkołą filmową i to widać na ekranie. Wiele ujęć jest nieostre lub zbyt mocno oświetlone (użyto najzwyklejszego kartonu pokrytego folią, aby odbijać światło słoneczne w kierunku aktorów).

Tak jak reszta elementów, efekty oraz charakteryzacja są skromne, ale spełniają swoją funkcję. W jednej ze scen bohater w ognisku dostrzega złowieszczą, indiańską twarz, która po chwili eksploduje. Aby uzyskać ten efekt, za maską umieszczono po prostu… strzelbę. A następujący potem wybuch ogniska to wynik rzuconej weń garstki czarnego prochu. Takie sztuczki tylko potwierdzają, że twórcy musieli kombinować na każdym kroku, korzystając ze wszystkiego, na co mogli sobie pozwolić. Jak przystało na film pod tytułem Scalps, znalazła się jedna scena skalpowania. Niektórych być może rozczaruje, że tylko jedna. Jednak jest na tyle krwawa, aby zapewnić filmowi solidną dawkę makabry. I jak się okazało, na tyle makabryczna, że film nie mógł się opędzić od cenzury. Nie wybiegajmy jednak zbytnio do przodu.



Duża część produkcji została zdubbingowana. Zrozumiecie ten krok po scenie na stacji benzynowej, która stała tuż przy ruchliwej drodze. Tam zdecydowano się na nagranie dźwięku na żywo. Harmider, jaki z tego wynikł, jest nie do opisania. Natomiast czasami sytuacja staje się odwrotna: dźwięku jest stanowczo za mało. Gdy jedna z bohaterek podczas ucieczki zostaje kilkukrotnie trafiona z łuku, cała sekwencja rozgrywa się niemal w całkowitej ciszy.

Zdawałoby się zatem, że strona audio jest największą bolączką Scalps. Równocześnie jest również jego największą siłą. Zarówno każdy widz, jak i sam reżyser nie zaprzeczy, że film jest przeciągnięty. Jak w wielu tego typu produkcjach pomysł wystarczył zaledwie na dramatyczną końcówkę. Przez resztę seansu oglądamy jadący samochód, spacerujących bohaterów i rozedrgane krajobrazy. Jednak temu wszystkiemu towarzyszy niepokojąca muzyka, od samego początku budująca nastrój nadchodzącej zagłady, za który miłośnicy gatunku cenią ten film. Los bohaterów poznajemy wcześnie również dzięki montażowi, który sam w sobie jest spoilerem. Gdy film wpadł w ręce dystrybutora, wydarzył się scenariusz jeszcze dziwniejszy niż podczas zdjęć. Prawdziwe skalpowanie dopiero miało się zacząć.



21 Century, studio, które miało wprowadzić Scalps do kin, jeszcze przed ukończeniem filmu poprosiło o przesłanie całego materiału. Również tego, który w zamyśle reżysera, na pewno nie miał trafić do finalnego produktu (głównie ujęcia testowe efektów, charakteryzacji itp.). Kto by pomyślał, że nowi właściciele wykorzystają wszystko?

W filmie pojawia się tajemnicza sylwetka o twarzą lwa. W zamyśle miała pokazać się na ekranie tylko na kilka sekund, po czym zniknąć. Ostatecznie jest obecna już w pierwszych minutach filmu, w świetle dnia i podnosząc dziwacznie wargę niczym Billy Idol. Był to oczywiście materiał testowy mający na celu sprawdzenie poprawności działania animatronicznej maski. Studio jednak wiedziało lepiej. Stąd także wspomniane spoilery. Od początku widz zobaczy, kto zostanie zabity, a morderczy Indianin zagości na ekranie na długo, zanim jeden z bohaterów zostanie opętany. A wszystko po to, aby pierwsza połowa nie była zbyt nudna. Jakby tego było mało, studio zażyczyło sobie dodatkowej… sceny gwałtu, która do dzisiaj wzbudza w reżyserze dyskomfort.

Sam Fred Olen Rey obecnie nie wie, czemu nie wybrał na seans, gdy Scalps trafiło do kin. Jako jedyny zrobił to T.L. Lankford i wrócił zszokowany tym, co zobaczył. Reżyser tym samym stracił jedyną wówczas okazję, aby obejrzeć kompletną, nieocenzurowaną wersję swojego własnego filmu. Gdy trafił na wideo, na całym świecie nie uniknął cięć. Jedynie amerykańskie wydanie od Continental Videos zachowało drastyczne sceny, ale nadal było niepełne; skrócono je z 83 do 75 minut (aby na kasecie znalazło się miejsce dla drugiego filmu, The Slayer (1982)).



Scalps w swojej pełnej formie trafiło do widzów dopiero w 2004 roku, gdy w USA Retromedia (wydawnictwo założone w 2001 roku przez samego reżysera) opublikowało wersję DVD. Pozlepiane z różnych źródeł wydanie pozostawiało wiele do życzenia w kwestii jakości obrazu. Ten problem naprawił wydany w 2016, ponownie przez Retromedia, Blu-ray (do Anglii trafił natomiast dzięki 88Films, którego wydanie DVD posłużyło przy pisaniu tego tekstu). Film został odrestaurowany, ale nie spodziewajcie się obrazu ostrego jak… tomahawk? Całość jest zmiękczony i bardzo ziarnista (film kręcono na traśmie 16 mm, którą następnie rozszerzono do 32 na potrzeby kina). Wszystkie sceny, które do tej pory wycinano, wróciły na swoje miejsce, ale ich jakość mocno odstaje od reszty, gdyż zaczerpnięto je z taśmy analogowej. To sprawia, że Scalps jest jeszcze bardziej onirycznym przeżyciem.

Kultowa w pewnych kręgach produkcja doczekała się dwóch fanowskich filmów. Pierwszy to nakręcony w 2004 na terenie… strefy neutralnej pomiędzy Irakiem a Arabią Saudyjską (!) Blood Desert, remake, który, ze względów prawnych doczekał się wydania dopiero w marcu 2016 roku. Miesiąc później jego krótki fragment został dodany do nowego wydania pierwowzoru. Sam zrobiłem podejście do tego kuriozum. Wybaczcie, ale obejrzałem tylko pierwsze 20 minut... Drugi projekt to krótkometrażowy sequel. W oryginale na końcu napisów końcowych żartobliwie umieszczono zapowiedź kolejnej części, zatytułowanej Scalps II: The Return of DJ. W 2007 niezależny reżyser niskobudżetowych horrorów, Dustin Ferguson (który w chwili pisania tego tekstu pracuje nad piątą częścią Nemesis) postanowił naprawdę nakręcić tę kontynuację. Niestety, wygląda na to, że Blu-ray od Retromedia jest jedynym dostępnym źródłem tej 20-minutowej ciekawostki, gdyż nie udało mi się do niej dotrzeć w żaden inny sposób.

Scalps to kolejny z dziesiątek dziwacznych, niskobudżetowych hororów, które kryją za sobą niezwykle interesującą historię. Dla przeciętnego widza, ba, nawet dla przeciętnego fana horroru może okazać się zupełnie niestrawny. Jednak jeżeli uważacie się za wyjadaczy gatunku lub pretendujecie do tego miana, powinniście zapoznać się z tą zapomnianą produkcją.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz